W Bolesławcu jak w raju. Glina przynosi miastu światową sławę i pieniądze. Ale także przytłacza, bo turyści pędzą do sklepów z ceramiką i zapominają, że miasto gromadziło skarby przez prawie 800 lat.
Nie można mieć do nich pretensji. Specjaliści od promocji miasta przygotowali wprawdzie miniprzewodniki "Bolesławiec. Nie tylko ceramika", ale w obiegu są też książeczki zatytułowane "Miasto ceramiki". Na skwerach stoją dzbanki w rozmiarze XXL, ceramiczna ławka ma honorowe miejsce w Rynku, a gliniane tabliczki uliczne zaczęły wypierać te tradycyjne, z metalu.
Od Meksyku po Tokio ludzie piją kawę w filiżankach z kobaltowymi wzorami. Nawet Robert Redford sprzedawał je w swoim domu wysyłkowym Sundance.
W mieście pracuje ponad 20 firm ceramicznych i ledwo wyrabiają z zamówieniami.
Bezrobocie wynoszące 3,6 proc. to właściwie problem, bo brakuje pracowników.
Łatwo wpaść w ceramiczne szaleństwo. Turystyczny Szlak Garncarzy zaczyna się już na dworcu kolejowym, obszerny hol został prawie sto lat temu wyłożony zielono-turkusowymi kaflami miejscowej produkcji i wciąż efektownie wygląda.
Pierwszy garncarz został zapisany w miejskich księgach w 1380 r., a po przeszło stu latach Bolesławiec miał już tylu rzemieślników, że utworzyli cech. Niemal za progiem warsztatów mogli wykopać znakomite gliny, odpowiednie do produkcji wyrobów kamionkowych wypalanych w temperaturze 1280-1300 stopni Celsjusza. Twardych, nieprzesiąkliwych, odpornych nawet na działanie kwasów.
Wielki, większy, z Bolesławca
Brzuchate żeberkowe dzbany, kufle na piwo, michy o charakterystycznym brązowym kolorze szkliwa można oglądać w Muzeum Ceramiki przy ul. Mickiewicza. Jednak i tak oko przyciąga najpierw replika Wielkiego Garnca. Ulepiony przez Johanna Gottlieba Joppego w 1753 r. miał być największy na świecie.
"Na podwórku warsztatu stoi olbrzymi garnek, wykonany około pół wieku temu o pojemności około pięćdziesięciu buszli [ponad 1950 l - przyp. red.]. Mierzy mniej więcej dwanaście stóp wysokości, jest wypukły jak beczka, przechowują go w specjalnym pomieszczeniu. Wydaje mi się, że Niemcy mają szczególną predylekcję do rzeczy ogromnych rozmiarów: ten garnek oraz wyroby z Heidelbergu i Königstein służą za przykład, jak bardzo pojęcie wielkości wchodzi do ich pojęcia wzniosłości" - tak w 1800 r. pisał w liście do brata John Quincy Adams, przyszły prezydent USA.
Wielki Garniec był ikoną miasta. "Jesteś słynny w całym świecie / I przynosisz piękny pieniądz" - śpiewano z przekonaniem, bo za oglądanie tego dzieła należało zapłacić.
Reprodukowany na pocztówkach, sprzedawany w postaci miniaturowych replik, został nawet bohaterem sztuki teatralnej. Pewien bogacz założył się, że umieści zbiór grochu ze swego pola w jednym garnku. Gdy okazało się, że to aż 30 szefli (szefla, pruska miara objętości, równa się prawie 55 l), żaden z doświadczonych garncarzy nie odważył się wykonać tak wielkiego gara. Z pomocą bogaczowi przyszedł młody czeladnik, zakochany w jego córce. Wytoczył Wielki Garniec i w nagrodę otrzymał rękę ukochanej.

MIECZYSŁAW MICHALAK
Prawdziwy twórca garnca faktycznie był młody, miał 30 lat i chciał się chyba popisać przed nowymi ziomkami, bo przyjechał do Bolesławca z Muskau i dopiero co dostał obywatelstwo. O tym, żeby garniec pomógł mu zdobyć żonę, nic nie wiadomo. Podobnie jak o okolicznościach zniszczenia sławnego naczynia w 1945 r. Ale pamięć Wielkiego Garnca wciąż trwa i nadal prowokuje mistrzów do prób stworzenia podobnego dzieła.
A mury rosną
Muzeum Ceramiki głosi wprawdzie chwałę bolesławieckiej ceramiki, ale jest też dobrym miejscem, żeby opuścić Szlak Garncarzy i wejść na Szlak Kamieniarzy. Bo z kamienia Bolesławiec też słynął. Tutejszy piaskowiec posłużył do budowy połowy Berlina i Poczdamu.
To zasługa firmy Zeidler und Wimmel, która w 1872 r. przeniosła się z Kassel do Bunzlau. Miała prawie stuletnie tradycje, z Wimmelem współpracowały takie architektoniczne gwiazdy, jak obaj Langhansowie, Schinkel i Stüler. Kamieniołomy z okolic Bolesławca dostarczały materiał m.in. do budowy Reichstagu w Berlinie, Muzeum Stieglitza w Petersburgu, Zamku Cesarskiego w Poznaniu i pałaców w Poczdamie.
Bolesławiecki piaskowiec trafił też do Warszawy, wykorzystano go do budowy Pałacu Kultury i Nauki oraz Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej. Nieoczekiwane załamanie zamówień spowodował dopiero Nikita Chruszow, który w 1958 r. zwiedzał MDM i zamiast zachwycić się rzeźbionymi elewacjami i kandelabrami na pl. Konstytucji, mruknął: "Za drogo budujecie!".
Sam Bolesławiec cenił swój kamień, jednym z symboli miasta stał się most kolejowy przez Bóbr, otwarty w 1846 r. Pionierska konstrukcja, dzieło miejscowego architekta Friedricha Engelhardta Gansela, przypominająca rzymskie akwedukty. Most został wymurowany z ciosów piaskowca, budowniczowie zużyli 31 tys. m sześc. kamienia. Ma 35 sklepionych przęseł, 489 m długości i 23 m wysokości.
To jeden z największych kamiennych kolejowych mostów w Europie. W nocy oświetla go 58 projektorów. Tego widoku nie da się zapomnieć. Jest na miarę ambicji Bolesławca, od średniowiecza lubiącego się pokazać.

MIECZYSŁAW MICHALAK
"Miasto wszystko murowane, dwa razy murem opasane, fosa także murowana, do miasta i z miasta mosty murowane, na których statuy z kamienia wyrobione stoją" - zanotował w 1730 r. nieznany nam z imienia członek orszaku księcia Sanguszki, ordynata ostrogskiego z Kolbuszowej.
Fortyfikacje zaczęto budować przed 1316 r., miasta faktycznie bronił podwójny pierścień murów z basztami oraz system fos i stawów. Nie zawsze stanowił skuteczną ochronę, nie oparł się Bolesławiec najazdom husyckim i wojnie trzydziestoletniej, a w czasie wojen napoleońskich umocnienia zostały tak bardzo zniszczone, że w 1841 r. zapadła decyzja o rozbiórce. W ich miejsce założono promenadę, czyli zielony szlak spacerowy.
Park otaczający Muzeum Ceramiki to część Górnej Promenady, z romantycznym lapidarium, a sam budynek powstał w 1908 r. z połączenia domu kapelmistrza i średniowiecznej baszty. Tych reliktów murów obronnych jest więcej, najlepiej zachowane są umocnienia przy ul. Kubika.
Malowniczości dodaje im staw (przed wojną dodatkowymi atrakcjami były sztuczna grota z tufu oraz niewielki ogród zoologiczny) i pomnik Feldmarszałka Michaiła Kutuzowa, który umarł w Bolesławcu. Monument z żeliwa ma ponad 12 m wysokości, jest dziełem wielkich artystów: Karla Friedricha Schinkla i Johanna Gottfrieda Schadowa, autora "Kwadrygi" na Bramie Brandenburskiej.
Pokonać Napoleona i umrzeć
Rosjanie tu regularnie pielgrzymują, bo Kutuzow przeszedł do rosyjskiej patriotycznej legendy jako zbawca Rosji i wcielenie prawdziwych rosyjskich cnót. Wielbiciele widzieli w nim mędrca rozumiejącego, że wojna to chaos i najlepsze, co może uczynić dowódca, to powstrzymać się od działania.
Nieliczni przeciwnicy głosili wprawdzie, że jest zniedołężniałym, gnuśnym i lubieżnym starcem (z niewyleczonym syfilisem), ale nawet jeśli mieli rację, to Kutuzow, powstrzymując rwących się do walki generałów, dokonał właściwego wyboru. Pozwolił, by Napoleona pokonały w Rosji mróz, głód i przestrzeń.
Sam uległ tyfusowi, choć na kamieniu węgielnym pomnika napisano, że zmarł z powodu ran.
Gdy Kutuzow przyjechał do Bolesławca 18 kwietnia 1813 r., był już ciężko chory. Przenocował i ruszył w dalszą drogę wraz ze sztabem i dworem cara Aleksandra I, ale musiał wrócić do miasta. Ulokowano go w nowiutkim domu handlarza solą (dziś przy ul. Kutuzowa, należy do Muzeum Ceramiki), sprowadzono czterech lekarzy, wyścielono słomą okoliczne bruki, żeby hałas wozów nie drażnił marszałka. Wszystko na nic, Kutuzow słabł.
W liście do żony donosił: "Piszę do ciebie, mój przyjacielu, pierwszy raz ciężką ręką, czym ty możesz się zdziwić, a być może i zmartwić - choroba taka, że w prawej ręce odjęła mi czucie... teraz posyłam 10 tysięcy talarów na opłatę długów, 3 tysiące Annuszce i 3 tysiące Paraszence... Ty możesz spodziewać się ode mnie jeszcze".
Ale koniec nadszedł szybciej, 28 kwietnia. Ciało zabalsamowano i w cynowej trumnie przewieziono do Petersburga. Przez lata krążyła wieść, że w Bolesławcu zostało serce marszałka, jednak pod pomnikiem w kształcie złamanej kolumny (po 1945 r. wokół pomnika urządzono cmentarz żołnierzy radzieckich) pochowano tylko jego wnętrzności.
Kawa dla Bonapartego
Bolesławiec korzysta z legendy boga wojny, jest w Europejskiej Federacji Miast Napoleońskich i przyjmuje zarówno wielbicieli geniuszu cesarza Francuzów, jak i tych, którzy uważają go za tyrana.
Bonaparte był w Bunzlau pięciokrotnie, choć nie zawsze w pełnej chwale.
Cofając się spod Moskwy, w grudniu 1812 r., musiał zatrzymać się w mieście, bo pękły jego sanie. Czekał na transport w gospodzie Pod Czarnym Orłem (dziś ul. Prusa 2), ale podał się oberżyście za hrabiego Caulaincourt, księcia Vicenzy. Dostał śniadanie, kawę w błękitnej bolesławieckiej filiżance i porcję niemiłych opinii na temat wojny, żołnierzy, polityków i podatków. Przełknął wszystko.
Powinien być zadowolony, bo jego ludzi gorzej w Bolesławcu podejmowano, o czym przypomina płaskorzeźba na ratuszu, odsłonięta ponad sto lat temu. W lutym 1807 r. jadący z Włoch generał Jean Brun zatrzymał się w gospodzie Pod Trzema Lipami, ale miał pecha, bo do miasta przyjechała akurat Rosalie von Bonin, żona pruskiego oficera posiadającego majątek ziemski w Łące. Rosalie towarzyszyło kilku kawalerzystów, a generał był jeszcze bez swoich oddziałów, za to z kasą wojskową. Pani von Bonin najechała napoleońskiego wojaka, odebrała mu 70 tys. talarów i szablę. Zrobiła to osobiście, więc wstyd był podwójny.
Życie jak w Madrycie
Cóż, mieszkańcy Bolesławca i okolic mieli bujny temperament, nie na takie hazardy się ważyli. Pod wieżą ratusza można oglądać loch głodowy, głęboki na sześć metrów, przez wieki zapomniany, odkryty dopiero w 1926 r. Pełnił rolę więzienia, na co wskazywał napis w najstarszym trakcie ratusza: "Przestrzegaj prawa, niesprawiedliwość jest rzeczą zgubną".
Ale sprawiedliwość bywa rzeczą względną, zależną od rządzących. W tym lochu więziono 500 lat temu wielokrotnego burmistrza miasta Anshelmusa Scholtza. Po złożeniu urzędu wystąpił przeciw magistratowi, zapominając, że opozycja może mniej.
Magistrat, osadzając Scholtza w więzieniu, zlekceważył nawet królewski glejt, nie wysłał też swoich przedstawicieli na proces, który burmistrz wytoczył.
Miasto na wiele mogło sobie pozwolić, było silne i bogate. Żyło z handlu, powstało na skrzyżowaniu tzw. Drogi Królewskiej (Via Regia), łączącej Europę Zachodnią z Rusią, oraz traktu prowadzącego z Czech na północ. Było ważnym ośrodkiem eksportującym saletrę, pośredniczącym w handlu solą, sprzedającym płótno i ceramikę.
Widomym znakiem zasobności bolesławian jest ratusz. Pierwszy, drewniany, został spalony przez husytów, więc w 1432 r. wymurowali nowy. A sto lat później zlecili rozbudowę wybitnemu architektowi Wendelowi Rosskopfowi. Reprezentacyjna sala rajców, dziś Pałac Ślubów, wygląda jak miniatura Sali Władysławowskiej na Hradczanach, najpiękniejszego pomieszczenia praskiego zamku.

MIECZYSŁAW MICHALAK
Ale pieniądze wydawano nie tylko na oprawę majestatu władzy. Na skwerze przy ul. Bankowej stoi kamień upamiętniający założenie sieci wodociągowej. W 1531 r. rozpoczęto budowę akweduktu, który był prowadzony podziemnymi, murowanymi tunelami. Wodę dostarczano z tzw. Żywego Źródła, słynęła ze smaku i dobroczynnych właściwości, pili ją król czeski Ferdynand i król Szwecji Karol XII.
Według legendy ze źródła płynęły trzy strumienie: dla spragnionych zwierząt, dla ludzi pragnących sprawiedliwości i wierności małżeńskiej oraz trzecie, które miało zapewnić żywot wieczny. "Queckbrunn" wyczerpało się w 1928 r., więc nie wiadomo, czy woda, która tryska na Rynku, zagwarantuje sprawiedliwość lub wierność. Ale o żywot wieczny lepiej prosić w najstarszym kościele miasta pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i św. Mikołaja. Stoi przy Rynku, a jego wieża razem z ratuszową dominuje w panoramie miasta.
Goście z wielkiego świata
Piękna świątynia, z XIII-wiecznym rodowodem i barokowym wyposażeniem. Włoski architekt Giulio Simonetti, któremu zlecono przebudowę, tak dobrze wywiązał się z zadania, że mieszkańcy przyjęli go do swego grona. Wybrali na rajcę, obdarzyli szacunkiem i licznymi zleceniami.
W ołtarzu głównym, przedstawiającym scenę Wniebowzięcia NMP, umieszczono srebrne muszle, a figury patronów pielgrzymów i pokutników można spotkać w bocznych ołtarzach.
To znaki przypominające, że kościół od średniowiecza znajdował się na Szlaku Jakubowym do sanktuarium apostoła w Santiago de Compostela.
Specjalnym dekretem z czerwca 1298 r. arcybiskup Galicji i prymas Hiszpanii Gundislaus nadał nawiedzającym świątynię w określone dni roku liturgicznego 40 dni odpustu. Każdy bowiem, kto wszedł na Szlak Jakubowy, trafiał pod opiekę hiszpańskiego biskupa.
Miasto miało z tego profity, bo pielgrzymów trzeba było nakarmić i przenocować, bynajmniej nie za "Bóg zapłać". W rynkowych karczmach miejscowe piwo - na wodzie z "Queckbrunn" i w kuflu z nieprzesiąkliwej glinki - dodawało sił na dalszą drogę, więc beczki szybko wysychały.
Tradycja pielgrzymowania do Santiago de Compostela zanikła w XVII w., ale w ostatnich latach znowu się odradza i coraz więcej ludzi wędruje Szlakiem Jakubowym. Bolesławiec czeka, choć piwa już swojego nie ma. Ale za to zostały piękne kufle.
Wszystkie komentarze