Na wiosnę kwiatki rosną i kwitnie miesiąc maj - a Uniwersytet Wrocławski rozkwitł rektorską kampanią wyborczą. Nie z własnej zresztą woli, ale to już całkiem inna historia na inną, być może powyborczą okazję. Na razie przyjrzałem się uniwersyteckim formalnościom wyborczym - tak ze starego legislacyjnego nawyku.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Obecnie obowiązujące prawo o szkolnictwie wyższym, niemalże autorskie dzieło Jarosława Gowina, jest przy całej swej obszerności – 470 artykułów, 15 działów – najbardziej elastycznym produktem prawnym w tej dziedzinie, z jakim się spotkałem w ciągu ostatniego trzydziestolecia. Nie ma tu prób urządzania uczelnianej rzeczywistości wedle jakiegoś jednolitego, wydumanego za biurkiem wzorca, panuje tu raczej zasada „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz". Tym ścielonym łożem jest statut uczelni przesądzający o strukturach, zależnościach i dynamice działań.

Zostając przez chwilę przy tej łóżkowej analogii, wiele wskazuje na to, że uniwersytet konsultował konstrukcję owego dzieła ze znanym z mitologii greckiej Prokrustesem, zwanym też Prokrustem. Co wystaje – przyciąć, a co nie sięga – naciągnąć!

Temat prawie jak rzeka – 289 paragrafów, 14 działów, 75 stron druku A4. Ale tu i teraz będzie wyłącznie o trzęsawisku wyborczym, bo to maj jest akurat, już wybory idą w świat. Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że prawo bywa, bywało i będzie rozmaicie przycinane i naciągane. Od tego w końcu są prawnicy i eksperci. Trzeba to jednak robić ze znawstwem i finezją, a nie z zaciekłością pijanego parobka wymachującego sztachetą czy też Ziobrzej ekipy prawno-prokuratorskiej.

Skoro art. 24 Prawa o szkolnictwie wyższym i nauce stanowi, że „Rektora uczelni publicznej wybiera kolegium elektorów bezwzględną większością głosów", to statut Uniwersytetu Wrocławskiego nie może głosić w § 91, że „wybór Rektora jest dokonywany bezwzględną większością ważnie oddanych głosów statutowego składu Uniwersyteckiego Kolegium Elektorów".

Potępienie amatorszczyzny

W epoce słusznie minionej funkcjonowało pojęcie demokracji socjalistycznej przedstawianej jako ulepszona wersja bezprzymiotnikowej demokracji uprawianej na Zachodzie. Tu jest trochę podobnie, chociaż nie wiadomo po co.

Bezwzględna większość oznacza, że dla zwycięstwa niezbędny jest uzyskanie tzw. większej połowy ważnie oddanych głosów. Natomiast „bezwzględna większość ważnie oddanych głosów statutowego składu" oznacza, że skoro Uniwersyteckie Kolegium Elektorów ma statutowo 200 członków, to rektorski szczebel zwycięstwa ma wysokość 101 głosów. Tak więc niezależnie od tego, czy będzie głosowało 200, 180 czy 150 osób, do zwycięstwa jest konieczne 101 głosów. Owszem, można i tak, nie potępiam tu intencji. Potępiam natomiast amatorszczyznę i beztroskę statutotwórczej ekipy. Skoro ustawa pisze wyłącznie o bezprzymiotnikowej bezwzględnej większości, to nie ma tu nic do dodania. Dobrymi chęciami to brukuje się piekło, a nie pisze statuty.

Ta wyboista statutowa droga prowadzi dalej do Rady Uniwersytetu. Jest to stosunkowo nowy twór, powołany do życia Gowinowską ustawą z 2018 r. Miała to być w zamyśle taka niby zewnętrzna rada nadzorcza uczelni, ale skończyło się na takim w gruncie rzeczy opiniodawczym pół na pół organie powoływanym przez senat uczelni – połowa składu z zewnątrz, połowa składu z uczelni, przewodniczenie zarezerwowane dla „zewnętrznego" członka. Wśród publicznie zrozumiałych kompetencji stanowiących jest wnioskowanie do ministra o wysokość rektorskiej pensji, udzielanie rektorowi zezwolenia na dodatkowe płatne czynności oraz zgodnie z art. 18 ust. 1 pkt 5 ustawy „wskazywanie kandydatów na rektora po zaopiniowaniu przez senat".

Zresztą całe to majowe nikomu niepotrzebne szaleństwo rozpętało się skutkiem owych działań. Rada wystąpiła do ministra o pensję dla rektora na poziomie porównywalnym z wynagrodzeniem podobnych polskich uczelni. Minister na to przystał, ale uniwersyteckie związki zawodowe uznały, że się nie należy. No dobra, jest wolność opinii. Rada udzieliła rektorowi Wiszewskiemu zezwolenia na dodatkowe zarobki na całą kadencję – zgodnie z wymogami ustawy. Jednak niektóre uniwersyteckie związki zawodowe uznały, że za późno, a ich przewodniczący wyskrobali skargodonos do ministra.

Ministrowi Czarnkowi nie trzeba dwa razy pod nos smakowitej potrawy stawiać, skutkiem czego mamy teraz wybory i utrzymujące się od dwóch miesięcy częściowe odrętwienie decyzyjno-wykonawcze Uniwersytetu Wrocławskiego. Stwierdzam to niezależnie od uznania i szacunku dla prof. Jana Sobczyka, który jako najstarszy senator pełni z klasą i determinacją funkcję p.o. rektora. Ale p.o. to jednak tylko p.o., a uczelnia potrzebuje ponownie rektora bezprzymiotnikowego.

Wyboista droga

Wracając zaś do art. 18 ustawy i wyborczych uprawnień Rady Uniwersytetu. Wyborcza droga do rektorstwa jest dość wyboista. Najpierw trzeba zostać czymś w rodzaju kandydata na kandydata. Służą temu określone ustawą (Rada Uniwersytetu) i statutem (Uniwersyteckie Kolegium Elektorów) organy. Służy po temu, nie wchodząc tu w szczegóły, opisane statutem postępowanie indykacyjne. Potem zgodnie z ustawą kandydaci na kandydatów trafiają do senatu, który im się przygląda i wydaje swe oceny. Są tylko dwie możliwości: ocena jest pozytywna lub ocena nie jest pozytywna. Nie ma żadnych uzasadnień. Kandydaci na kandydatów z chwilą uzyskania oceny senatu stają się kandydatami, niezależnie od owej oceny. Mogą już poddać się werdyktowi elektorów na posiedzeniu elekcyjnym i ubiegać się o swoją bezwzględną większość.

W międzyczasie jednak pomiędzy oceniającym posiedzeniem senatu a elekcyjnym posiedzeniem Uniwersyteckiego Kolegium Elektorów Rada Uniwersytetu jako jedyny uniwersytecki organ ma zagwarantowane ustawą prawo wskazania kandydatów na rektora, ale już spośród owych ocenionych przez senat kandydatów. Owo wskazanie ma w gruncie rzeczy tyle samo praktycznych skutków co opinia senatu. Rada może sobie wskazać lub nie, a i tak wybiera Kolegium Elektorów. Żeby daleko nie szukać – obecny rektor Uniwersytetu Warszawskiego, prof. dr hab. Alojzy Z. Nowak, został wskazany przez Kolegium Elektorów, został oceniony na „nie" przez senat, nie został jako kandydat wskazany przez Radę Uniwersytetu, a i tak rektorem został. A nawet z tego, co wiem, wręcz Rektorem.

Ale takie rzeczy to nie na Uniwersytecie Wrocławskim. Prokrustowa ekipa statutowa, pisząca wedle wielu oznak pod wezwaniem „tak zmieniać, żeby wszystko zostało po staremu", postawiła przed Radą Uniwersytetu bezsensowne zasieki. Przyznała wprawdzie statutowe prawo wskazywania kandydatów na kandydatów Uniwersyteckiemu Kolegium Elektorów i Radzie Uniwersytetu, ale uzupełniła to absurdalnym statutowym zapisem (§ 85 ust. 2), że „ta sama osoba może być wskazana tylko przez jeden z organów, o których mowa w ust. 1". Innymi słowy, skoro Uniwersyteckie Kolegium Elektorów wyłoniło 9 maja 15 kandydatów na kandydatów, to wedle twórców statutu Rada Uniwersytetu wyłoni na swym posiedzeniu 13 maja dodatkowych kandydatów na kandydatów nr 16, 17, 18… Żeby zaś było jeszcze śmieszniej, o ile jeszcze jest komuś do śmiechu, to owych kandydatów na kandydatów jest tak naprawdę – o ile ma to jakiekolwiek znaczenie – dziesiątka, a nie piętnastka, jako że pięć osób z owej piętnastki otrzymało po jednym głosie. Natomiast § 86 ust. 3 stanowi, że „w wyniku zgłoszeń indykacyjnych odpada osoba z najmniejszą liczbą głosów, chyba że miałby zostać jeden kandydat na Rektora".

Rola Tezeusza

Jakby tego wszystkiego było jeszcze mało, statutowi prokrustowcy wsadzili do statutu zapis (§ 85 ust. 4): „Zgłoszenie kandydatury w wyborach Rektora oraz zaopiniowanie kandydata przez Senat dopełniają skuteczności wskazania kandydata na Rektora", co statutowo uniemożliwia wykonanie ustawowego obowiązku i prawa Rady Uniwersytetu do wskazania kandydatów już po decyzji senatu.

Żeby zaś komuś nie wydawało się, że tak sobie narzekam ze względu na jakieś skazy mego charakteru, to przytaczam tu odnośny cytat:

„Brzmienie ust. 1 pkt 5 komentowanego artykułu [art. 18 ust. 1 pkt 5 – przyp. aut.] nakłada na radę uczelni zobowiązanie do działania w dwóch krokach. W pierwszym rada zgłasza kandydatów senatowi z wnioskiem o ich zaopiniowanie. W drugim po zapoznaniu się z opinią senatu wskazuje kandydatów na rektora z grona osób zaopiniowanych przez senat. Wskazanie to jest adresowane do kolegium elektorów, bezpośrednio albo za pośrednictwem uczelnianej komisji wyborczej, jeśli statut przewiduje jej działanie. (Jerzy Woźnicki [red.], „Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce. Komentarz", Wolters Kluwer Polska, Warszawa 2019).

Wreszcie – co z tym fantem zrobić?

Moim zdaniem ilość i jakość proceduralnych zaniechań jest na tyle poważna, że w razie kontynuowania wdrożonych procedur grozi to unieważnieniem całego procesu wyborczego – ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami. Jedynym organem mogącym tu skutecznie zadziałać jest senat, w którego gestii są sprawy statutowe. Dotychczasowy kalendarz wyborczy trzeba zawiesić – zadanie dla Uczelnianej Komisji Wyborczej. A posiedzenie senatu przygotować i zwołać – p.o. nie p.o., liczy się charakter.

Co zaś do prokrustowego statutowego łoża, widzę się w roli Tezeusza. To łoże nie ma prawa się utrzymać. A Kartagina musi być zburzona.

Prof. dr hab. Ludwik Turko – przewodniczący KZ NSZZ „Solidarność" UWr (1981–1990), sędzia Trybunału Stanu (1997–2001), przewodniczący Uczelnianej Komisji Wyborczej UWr (2011–2014).

***

Zagłosuj w plebiscycie na swoje ulubione zielone miejsca we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Niestety, niezależnie od wyników wyborów uniwersytety będą dalej coraz bardziej przekształcały się w korporacje, w których w wymiarze naukowym obowiązuje punktoza ustalana według subiektywnych kryteriów urzędników i ministerialnych funkcjonariuszy, a jedynym miernikiem jakości dydaktyki jest treść sylabusa. Ciekawe, czy pensje pracowników UWr będą dalej wyraźnie niższe od pensji pracowników innych dużych polskich uniwersytetów.
    @_hector
    Dopóki będą inwestować w szklane jaja oraz tysiące na dodatkowe fuchy dla vipów oraz członków komisji do spraw tworzenia komisji i innych komisji - odpowiedź brzmi: tak, podwyżek nie będzie.
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    dlaczego pan Turko dopiero teraz zgłębił statut UWr? obowiązywał już podczas poprzednich wyborów rektora?
    @india
    Ponieważ pan Turko dopiero teraz broni byłego rektora, oburzony wszystkim co jest przeciw niemu, nawet statutem UWr. Notabene, Rada UWr skierowała oficjalne pismo do p. o. rektora o zmianę przepisów statutu. Może będzie głosowanie na kolanie :-)
    już oceniałe(a)ś
    11
    0
    @india
    Ponieważ pytanie "dlaczego teraz" jest skierowane bezpośrednio do mnie, to odpowiadam:
    Pytanie jest równie zasadne, jak dociekanie dlaczego drogówka akurat teraz przyłapała kierowcę na wykroczeniu. W niczym to jednak sytuacji kierowcy nie zmienia
    już oceniałe(a)ś
    4
    3
    @ludwikturko
    No cóż, pewnie Pan słyszał, że nie ma niezasadnych (głupich) pytań, takie bywają tylko odpowiedzi...
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Wydawało mi się, że jakiś czas temu - na początku tej afery - czytałam jakiś list pana Turko, oburzonego niesłychanym tupetem związkowców, korzystających z sytuacji... ale może mylę nazwiska.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    @india
    Nie mylisz. To ten sam pan, który oburzony "donosem" związków pisał już poddańcze artykuły w obronie byłego rektora.
    już oceniałe(a)ś
    1
    1
    Tej uczelni już nic nie uratuje. Tam jest wszystko tylko brak niezależnej nauki. Dominują za to: intrygi, prywata, udawanie "nauki", chora atmosfera, nieudacznictwo na każdym kroku, tchórzostwo, asekuranctwo. Wiszewski tylko wzmocnił te patologie. Trzeba liczyć, że nie ma żadnych szans na powrót na funkcję rektora.
    @Bakunin-2022
    Co do wzmocnienia patologii, to pełna zgoda. Z powrotem może być jeszcze różnie...
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    A Pan Profesor zupełnie bezinteresownie dostrzegł zagrożenie, ale tak zupełnie niewinnie, beż żadnego gescheftu w tle. Gaudeamus igitur, albo raczej nos habebit humus , choć to raczej mierzwa i kompost już, ale dalej można, że tak powiem i z nawozu kiepskiego lepić exegi monumentum. Powodzenia w trudzie.
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    Ustawę nie napisał J. Gowin tylko grupa profesorów, dla których jednym celem nie było prowadzenie badań, czy dążenie do prawdy, ale zachowanie istniejącej hierarchii. Hierarchii ukształtowanej za czasów ustroju jedynie słusznego. J. Gowin chciał m.in. uprościć ścieżkę awansową, ale spotkał się ze zdecydowanym sprzeciwem profesorów z PO i PIS. Punktoza i reszta negatywych zjawisk to naturalna konsekwencja tych działań.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0