Miał długie włosy, kiedy zachorował na ostrą białaczkę limfoblastyczną typu B, Kajo nie czekał aż same wypadną. Od razu przekazał je na peruki dla kobiet w trakcie leczenia onkologicznego.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kajtek Lehmann był zawsze bardzo wysportowanym dzieckiem. We wszystkich dyscyplinach sportu osiągał sukces, nawet w szachach.

Zimno mimo upału

Ma talent do piłki nożnej. Trenuje w klubie Akademia Murawskiego w Zielonej Górze. Cały czas jest w grze. Nauka w szkole sportowej, sporo treningów. Czasem się nie wysypia, czasem nie ma wolnej chwili na jedzenie. Jest w kadrze województwa. O godz. 7.15 zaczyna szkołę, o godz. 19.30 mama odbiera go z treningu. Następnego dnia zaczyna o godz. 8.

Tak wyglądały kolejne tygodnie.

- To było ponad możliwości fizyczne – mówi dziś mama Kajtka, Andżelika Barańska-Lehmann. Kajo chudł. W czerwcu, w drodze na trening, mimo wysokiej temperatury powietrza cały drżał z zimna. Byli nad jeziorem, panował ogromny upał, a mimo to ciągle było mu zimno. Pojawiła się gorączka – utrzymywała się trzy dni, ale nie pojawiły się żadne inne objawy. Był 12 lipca 2019 roku - dzień urodzin babci chłopca.

Miał wypróbować nową hulajnogę, ale pojechali do przychodni. We trójkę – Kajo i rodzice, choć to przypadek, bo ani przez chwilę nie spodziewali się niczego strasznego.

Przyjęła ich lekarka, która była w trakcie specjalizacji z hematologii. Węzły chłonne Kajtka okazały się powiększone. Był piątek godz. 18. Już dwie godziny później trafili na oddział.

- Wykluczyliśmy wszystko, zostało tylko jedno. To choroba rozrostowa – powiedział lekarz. Kajo miał trzynaście lat.

Kilka dni później z Zielonej Góry, gdzie mieszkają, pojechali do wrocławskiego Przylądka Nadziei. Z dokumentami, w których napisano: "podejrzenie ostrej białaczki limfoblastycznej". - Badanie szpiku wykazało zajętość sięgającą 98 proc., a białaczka jest diagnozowana już od 25 proc. – wspomina mama.

Kiedy po przyjeździe do Wrocławia zobaczyła w Przylądku Nadziei dzieci bez włosów, nie mogła oddychać. - Myślałam: ucieknę, będę biec, ile dam radę. Serce od razu mówiło: musisz zostać – wspomina.

Sił dodawało skojarzenie z pewnym wcześniejszym wyjazdem do Wrocławia, sprzed paru lat. Pewnego lata, gdy Kajtek miał dziewięć lat, trenował do skutku. Stawiał piłkę i kopał nawet do późnego wieczora. Powtarzał cały czas to samo. Nie mówił po co. W końcu pojechali na turniej do Wrocławia.

- Pełne trybuny. On staje w narożniku, słońce pada na niego, oddaje strzał i piłka wpada dokładnie tam, gdzie sobie zaplanował – wspomina mama.

Kajo: "Czy ja mam białaczkę?"

W Przylądku Kajo od początku każdego podnosił na duchu.

- Dzieci wspierają siebie i rodziców, rodzice siebie nawzajem. Gdy do kuchni wchodzi jeden zdołowany rodzic, cała reszta go z tego wyciąga. Wszyscy staramy się ubierać na kolorowo i jesteśmy tak barwni jak sam Przylądek – mówi mama Kajtka.

Czasem trzeba się wypłakać, ale najpierw wyjść, by dziecku nie pokazywać łez.

Mama Kajtka: - Drzewa w parku przy klinice widziały wiele. Jest tam mnóstwo łez i cierpienia, ale na górę wraca się z nową energią. Nasze dziecko potrzebuje nas promiennych i radosnych.

Młodszy brat Kajtka – Julek też jest w klasie sportowej. Ciężko zniósł chorobę brata. Mama chłopców: - Gdy dziecko zachoruje, dotyczy to całej rodziny. Julian miał dziesięć lat, gdy Kajtek zaczął chorować. Mówił, że cały nasz świat się zawalił.

Przylądek Nadziei we Wrocławiu
Przylądek Nadziei we Wrocławiu  Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl

Kajtek był leczony zgodnie z procedurami protokołu. Wcześniej doświadczeni trenerzy mówili, że Kajtek na boisku widzi akcje i możliwości, zanim się wydarzą. Wchodził na boisko i miał do wykonania zadanie. Tak samo podszedł do leczenia. Na początku jedynie zapytał: - Czy ja mam białaczkę? Czy to jest wyleczalne? Mama w odpowiedzi podała najwyższe procenty wyleczalności, o jakich czytała i słyszała.

Kajo nie czekał aż wypadną mu jego piękne, długie włosy. Wsparł program "Daj Włos!" Fundacji Rak'n'Roll. Kiedy już nie miał włosów, przyciągało to uwagę wielu osób. Mama zapytała wtedy, jak się czuje, gdy wszyscy patrzą.

Odpowiedział: - Ale mama, o co chodzi? Przecież normalnie się czuję. Miałem długie włosy, to patrzyli, teraz jestem łysy, też patrzą.

Przylądek Nadziei mimo całego bólu i cierpienia kojarzy się dobrze i nastoletniemu pacjentowi, i jego mamie – z ludźmi, z uśmiechami, ze smakami, z nocą spędzoną na oglądaniu seriali czy programów rozrywkowych.

- Ta moc, która bije od tych dzieci i ogrom miłości są olbrzymie. Przebywać z tymi dziećmi to zaszczyt – mówi mama Kajtka. I dodaje: - Nasze onkologiczne dzieciaki są fenomenalne. Dorośli mogliby się od nich uczyć. Jedna dziewczynka napisała testament. To dzieci, które nie boją się śmierci.

Mama: "Stawiam na zdrowie"

Kiedy wyszli ze szpitala, rozpoczęła się pandemia. - Mieliśmy nabrać oddechu, a zaczął szaleć koronawirus – mówi pani Andżelika.

Serce Kajtka obecnie nie wygląda jakby przeszło chemioterapię – tak mówią dziś lekarze. Wyniki badań są idealne. Fizjoterapeutka Emilia Kijok, która sama sportowcem jest dwukrotnie dłużej niż fizjoterapeutką, pracując z Kajtkiem, powiedziała, kiedy i jaki powinien być kolejny krok. Teraz Kajo pracuje z trenerem. Nie chce już jednak wrócić do piłki. Uważa, że nie ma tej wydolności, którą miał przed chorobą.

Czasem powraca zmęczenie. Bardzo boli głowa. Kajtek zostaje wtedy w domu, by się zregenerować. Sen pomaga prawie na wszystko.

- Stawiam na zdrowie. Nie na szkołę, nie na naukę – mówi mama. Po rozmowach w szkole decydują, że Kajtek będzie miał indywidualny tok nauczania. Udało się dopasować naukę do możliwości fizycznych.

Choć Kajo zostawił piłkę, kumple z boiska nigdy nie zostawili jego. - Piłkarze są bardzo zgrani. Kajetana nigdy nie opuścili jego przyjaciele, cały czas byli przy nim – podkreśla mama.

"Kajo! Czekamy!" - w koszulkach z takim napisem wyszli na murawę, gdy tylko dowiedzieli się o chorobie. Koledzy zaczęli zbierać do puszek pieniądze na leczenie Kajtka. Rodzice trenujących chłopców zaczęli się zgłaszać do DKMS-u , by rejestrować się jako potencjalni dawcy szpiku kostnego. Historia Kajtka obiegła lokalne media. Wszyscy wiedzieli, że nastoletni piłkarz jest w trakcie meczu życia.

 

Kajtek lubi, kiedy wszystko ma jakiś konkretny cel. Uczy się z dziadkiem funkcji, ale pyta, do czego to wykorzysta. W Przylądku grał w gry strategiczne. Ma zdolności matematyczne, nie sprawia mu problemu logiczne myślenie. Myśli o tym, co zrobić, żeby cyfry miały przełożenie na coś konkretnego. Zaczyna interesować się ekonomią i grami, w których wyniki są przeliczane na pieniądze. Mocno stawia na niezależność, może zdobędzie ją w ten sposób.

Kajo już czasem zapowiada rodzicom, że niedługo będzie mieszkał sam.

"Nie wiemy, jak będzie"

Andżelika Barańska-Lehmann na temat choroby ma mnóstwo przemyśleń. Przeżywa historie i choroby innych chorych dzieci. Dzwonią do niej mamy chorych dzieci, ale już nie płaczą, gdy wyniki lecą w dół. Po dwóch dniach często jest lepiej.

- Ale co powiedzieć mamie, która traci dziecko? Wybaczenie i akceptacja tego, co się stało, to pierwsze kroki – mówi.

Uważa, że choroba onkologiczna pojawia się po coś. - Wszystko prowadzi do tego, żebyśmy byli dobrzy dla siebie. Dziecko nie zachorowało bez przyczyny. Choroba to nie kara, w niczym nikt z nas nie zawinił. To sygnał, że coś trzeba zrobić, cofnąć się i przeanalizować. Strach doprowadza nas do choroby. Stres wywołuje choroby. Gdy zmienimy swoją drogę życiową, choroba odpuści – przekonuje mama Kajtka.

Wszystko jej zdaniem jest do przejścia, a na całej tej drodze spotyka się ludzi, którzy pomagają ją przejść. Takim doświadczeniem choroba stała się dla Kajtka i całej jego rodziny.

- Nie każdemu możemy powiedzieć "wszystko będzie dobrze", bo nie wiemy, jak będzie. Jeżeli przyszła choroba dziecka, znaczy, że możesz ją udźwignąć. Nie czuję żalu, nie czuję smutku, nie poczułam tego, że nie ma siły wyższej, bez względu na to, czym dla kogo jest – mówi pani Andżelika.

Mocno wierzy w siłę woli i miłość. - Wszystko zaczyna się i kończy się w nas. Nie ma siły, która miałaby większą moc niż to, co możemy zrobić sami. Nie ma większej siły od siły miłości. Miłość dzieci do nas, miłość, którą my przekazujemy innym jest największa – podkreśla. Nie lubi określenia "wojownik", bo uważa, że nowotwór to część nas, nie przychodzi z zewnątrz, a tocząc walkę z nim, walczymy ze sobą. Z nim trzeba wygrać - jak ważny mecz z wymagającym rywalem.

1 procent na ratunek

Kajtek jest jednym z dzieci leczonych we wrocławskiej Klinice Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej „Przylądek Nadziei". Klinikę i leczenie onkologiczne dzieci wspiera Fundacja "Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową", która jest partnerem naszego cyklu redakcyjnego.

Każdego roku fundacja pomaga 2000 dzieci z całej Polski. Ty też możesz pomóc jej podopiecznym w walce o życie, wpłacając jeden procent podatku: KRS 0000086210.

Więcej informacji o działalności Fundacji "Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową" znajdziesz na jej stronie internetowej: naratunek.org.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Hej, Kajo! Pani Andżeliko, dziękuję za opowiedzenie tej historii. Daje mnóstwo siły.
    już oceniałe(a)ś
    3
    0
    Czyta sie z przyjemnoscia o tym chlopczyku. Pozdrawiam ze Szwecji LK
    już oceniałe(a)ś
    2
    0