Diagnozy nie było tygodniami, a brzuszek Hani ciągle się powiększał. Wiadomość o poważnej chorobie dziecka zmieniła życie całej rodziny.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W listopadzie 2019 roku Hania Mazurek miała skończyć cztery latka. W październiku miała lekko podwyższoną temperaturę. Pojechała z mamą na ulicę Szpitalną w Poznaniu, żeby zrobić badania. Wszystko wskazywało na problemy z drogami moczowymi. Na miejscu nie miała już jednak temperatury, nie wymiotowała, moczu nie było jak zbadać.

- Odesłali nas do domu - wspomina pani Karolina, mama dziewczynki.

Brzuszek rośnie, diagnozy nie ma

W domu wszystko minęło po trzech dniach. Mama w poniedziałek zadzwoniła do lekarki rodzinnej. Ta w ramach teleporady przepisała syrop i zleciła badania krwi. Wyniki badań były w normie.

Jednak kilka dni później zaczęły się powiększać węzły chłonne na szyi dziecka oraz brzuszek. Powiększenie było znaczne. Przy badaniu okazało się, że powiększona jest także wątroba.

Hania z mamą trafiła do szpitala przy ulicy Krysiewicza w Poznaniu. Poważniejsze choroby nie były brane pod uwagę - podejrzewano mononukleozę.

Jak najszybciej trzeba było prowadzić dalsze badania, bo brzuszek Hani był już spory. Mama Hani usłyszała, że w najlepszym wypadku może być to toksoplazmoza lub mononukleoza. Badania prowadzono w kierunku diagnozy tych chorób.

Ze szpitala przy ul. Krysiewicza przeniesiono Hanię z mamą do szpitala na ulicy Nowowiejskiego w Poznaniu. Tam na oddziale badania trwały przez prawie tydzień, ciągle pod kątem toksoplazmozy.

Jednego dnia było podejrzenie białaczki, ale następnego nie potwierdziło się.

- Gdy przyszła pani doktor i powiedziała, że zrobimy badania na białaczkę, pomyślałam "Boże, nie". To był szok. Całą noc miałam w rękach różaniec i się modliłam, Gdy przyszła rano i powiedziała, że to nie białaczka, nawet nie pamiętałam, jak zareagowałam. Byłam wniebowzięta, że to nie to. Po chwili przyszła pani sprzątaczka i pytała, co się stało, że tak krzyczałam. Nawet o tym nie wiedziałam. To było ze szczęścia - opowiada mama Hani.

Mała też pytała: - Mamusiu, co się dzieje? A kobieta tłumaczyła córeczce: - Dziecko, nie jest źle, dałyśmy radę. Nie jesteś chora.

Okazało się, że pani Karolina cieszyła się przedwcześnie. Drugiego dnia wszystko się zmieniło.

Brzuszek Hani znowu się powiększył. W kolejnych badaniach nadal nie potwierdziła się białaczka, ale wyniki Hani zaczęły drastycznie spadać. Okazało się, że "coś nie tak jest z krwią", jak ujęli to lekarze.

Kolejnego dnia z ulicy Nowowiejskiego Hanię z mamą przewieziono na onkologię - ponownie do szpitala przy uli. Szpitalnej w Poznaniu - w celu dokładniejszych badań i postawienia diagnozy.

Nie była to wiadomość jak grom z jasnego nieba.

- Tu pani podpisze, tu proszę zgoda na to, tu na to. Nie wiedziałam, co mówić mężowi, co rodzinie, to było straszne. Dalej nic nie było wiadomo. Nikt nie powiedział mi wprost, że to białaczka, dostawałam kolejne dokumenty do podpisu ze zgodami na kolejne procedury - opowiada mama dziewczynki.

Tymczasem zgoda na kolejne badania dotyczyła pobrania szpiku.

- Świat przewrócił mi się do góry nogami i nie potrafiłam tego przyjąć do wiadomości. Broniłam się przed tą świadomością. Gdy już się dowiedziałam, szukałam w internecie różnych informacji: ile dzieci z tego wychodzi, jakie jest ryzyko, jakie są procenty - opowiada mama Hani.

Zniszczyć blasty do zera

Przy ulicy Szpitalnej były przez miesiąc. Wykrycie choroby trwało dwa tygodnie.

W końcu doszło do rozmowy o stanie dziecka.

- Chciałam wiedzieć jak najwięcej, a z drugiej strony czułam lęk i strach przed każdym kolejnym dniem - wspomina mama Hani.

U dzieci wszystko postępuje bardzo szybko. Hania miała 97 proc. blastów - komórek nowotworowych. W 15. dobie po rozpoczęciu leczenia blastów nadal było sporo, ale w 30. dobie Hania trafiła do niższej grupy ryzyka.

- Wtedy można było już określić, czy ryzyko jest średnie, czy wysokie, próbować przewidzieć, jak będzie przechodziła leczenie, do jakiej kategorii można ją zaliczyć - tłumaczy mama.

Po miesiącu leczenia w Poznaniu Hania trafiła do Przylądka Nadziei we Wrocławiu. - To dzięki pewnej wspaniałej rodzinie, której będziemy wdzięczni do końca życia - mówi pani Karolina.

Choć obaw przed zmianą miejsca leczenia było mnóstwo, dziś cała rodzina Mazurków wie, że to była najlepsza decyzja.

Starsza siostra Hani ma dziesięć lat. - Z dnia na dzień straciła mamę. Bardzo ciężko zniosła 9-miesięczną rozłąkę. Ja też byłam przerażona, że będę tak daleko od domu bez jakiejkolwiek pomocy rodziny. Matka zawsze myśli, że najważniejsze jest dobro dziecka - wspomina mama dziewczynek. - Teraz bardzo dziękuję Bogu za to, że tak się zdarzyło.

Zmieniło się nie tylko miejsce, ale wszystko - w Przylądku Nadziei mama Hani o chorobie wiedziała coraz więcej - od lekarzy, a nie z internetu, a Hania przestała cierpieć.

Mała pacjentka przechodziła leczenie lżej niż wcześniej.

- Przylądek zmienił nam wszystko. Popłakałam się, gdy zobaczyłam te ogromne różnice w leczeniu w Poznaniu i we Wrocławiu. Dlaczego tak jest, że nic się nie zmienia, mimo że można leczyć inaczej? Czułam spokój i ulgę, że robimy wszystko, by dziecko przechodziło chorobę bez cierpienia. Do badania szpiku - punkcji dziecko jest pod narkozą, a później jest wybudzane przy mamie - mama wyprowadza dziecko na badanie i wita po wybudzeniu - opowiada pani Karolina.

W Przylądku były do czerwca 2020 r. Ostrą białaczkę limfoblastyczną typu B, na którą zachorowała Hania, leczono chemioterapią i sterydami. Blasty trzeba było zniszczyć do zera. W 72. dobie się to udało.

Podczas pobytu Hani w szpitalu niestety jej babcia i dziadek przegrali walkę z nowotworem. Zachorowali nagle. Dziadek zmagał się z tą samą chorobą co Hania. - Nie ukrywam, że ta tragedia źle odbiła się także na Hani - mówi mama.

Dziecko jest teraz w domu - na leczeniu podtrzymującym. Chemię w tabletkach przyjmuje codziennie wieczorem. Raz w tygodniu - w środy - dostaje mocniejszą dawkę. Badanie krwi na początku konieczne było dwa razy w tygodniu - obecnie raz. Trzeba je regularnie robić, żeby wiedzieć, czy i jaką chemię można podać.

W grudniu Hania przeszła COVID-19. - Od tego momentu zdarza się, że kłucie jest potrzebne 2-3 razy w tygodniu, bo często zdarzają się infekcje - mówi mama.

"Mamusiu, dlaczego ja?"

Kiedy mała pacjentka wróciła latem do domu, była bardzo szczęśliwa, że może spędzać czas w ogródku. Była zachwycona. Szybko dochodziła do siebie - odzyskiwała siły i energię.

Przed chorobą Hania chodziła do przedszkola u sióstr dominikanek. Później trzeba było zrezygnować. Wspomina przedszkole do tej pory i bardzo tęskni. Ogląda zdjęcia z tamtego czasu, opowiada o koleżankach, zabawach i siostrach, które oddawały dzieciom całe serce - czeka, kiedy znowu będzie mogła tam wrócić.

- Mamo, jak ja bym chciała wrócić - mówi i pyta: - Dlaczego mamusiu, dlaczego ja?

Jak przyznaje mama Hani, co wtedy dziecku powiedzieć, nie wie do tej pory.

- Odpowiadam: "Najważniejsze, że damy radę, przejdziemy przez to i niedługo zobaczysz, że wrócisz do dzieci, pójdziesz do szkoły. Będziesz miała wszystko tak jak inne dzieci". Bo co innego powiedzieć?

Wierzą w to całą rodziną. Nie może być inaczej.

- Ciągle jest stres. Trzeba wierzyć i się modlić, Wiem, że bez tego nie dałabym rady. Po drodze naoglądałam się tak wielu tragedii, dzieci, którym się udało, ale i takich, którym się nie udało. Dlaczego dzieci cierpią, za co? Łapałam się każdej tej dobrej informacji, żeby podnieść się na duchu. Bez wiary by się nie udało. Trzeba wierzyć, że będzie dobrze. Wierzyć, nie poddawać się i przez wszystko przejść. Dzieci patrzą na rodzica - wszystko widzą i wiedzą bez mówienia. Jeżeli rodzic pokazuje, że jest dobrze, dziecko w to właśnie wierzy i czuje tak samo - podkreśla mama Hani.

Hania uwielbia zwierzęta. Jeszcze przed chorobą miała dwa chomiki, teraz mają w domu dwie papużki. Jak wróciła ze szpitala, rodzina zaadoptowała ze schroniska pieska. Hania jest przeszczęśliwa.

Hania Mazurek uwielbia zwierzęta
Hania Mazurek uwielbia zwierzęta  Fot. Archiwum rodzinne

Od początku, gdy tylko zaczęła mówić, od razu chciała zostać weterynarzem. Kocha zwierzątka i chciałaby je leczyć. W szpitalu badała chore misie, zakładała im plasterki, robiła zastrzyki strzykawkami, które czasem dostawała od pań pielęgniarek.

Sama też jeszcze potrzebuje wielu leków. Po leczeniu sterydami ma tachykardię, bierze leki na serce, chodzi do różnych lekarzy. - Dzięki 1 proc. możemy leczyć Hanię. Jesteśmy wdzięczni wszystkim, którzy nam pomagają - mówią rodzice Hani. - Hania bardzo dzielnie zniosła całe leczenie i jest naszą bohaterką.

1 proc. na ratunek

Hania jest jednym z dzieci leczonych we wrocławskiej Klinice Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej "Przylądek Nadziei". Klinikę i leczenie onkologiczne dzieci wspiera Fundacja "Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową", która jest partnerem naszego cyklu redakcyjnego.

Każdego roku fundacja pomaga 2 tys. dzieci z całej Polski. Ty też możesz pomóc jej podopiecznym w walce o życie, wpłacając jeden procent podatku: KRS 0000086210.

Więcej informacji o działalności Fundacji "Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową" znajdziesz na jej stronie internetowej: naratunek.org.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Hania to superdzielna dziewczyna! Pozdrowienia dla Hani, pani Karoliny i całej rodziny!
    już oceniałe(a)ś
    4
    0