Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Spotkali się, bo PPS i PPR się łączyły i w kraju odbywały się zjazdy. On zaproponował, że ją podwiezie na jeden z nich, bo dysponował wtedy towarem deficytowym – autem. Ona nie odmówiła. To właściwie była ich pierwsza randka. Po drugim spotkaniu napisała na niego donos. On był już wtedy szychą w milicji obywatelskiej, więc pismo trafiło na jego biurko.

– Za drugim razem, jak mieli razem jechać, mama zauważyła, że on ma założony bandaż na szyi, więc się tym zainteresowała – opowiada Ala Elczewska, córka Haliny z PPR i Macieja z PPS w książce „Dziewczyny z Gross-Rosen" naszej redakcyjnej koleżanki Agnieszki Dobkiewicz. – Myślała, że ktoś go postrzelił, uderzył, a on powiedział: „Nikt mnie nie postrzelił, nikt mnie nie uderzył, miałem upojną noc i mam tu taką »zassawkę«". I jej się to zachowanie bardzo nie podobało! Towarzysz, w PPS, żeby się tak niemoralnie zachowywał.

Jadzia, Halinka i Inka Elczewskie. Dwie pierwsze przeżyły wojnę i trafiły do WrocławiaJadzia, Halinka i Inka Elczewskie. Dwie pierwsze przeżyły wojnę i trafiły do Wrocławia /Shoah Fundation Institute, zbiory rodziny

To właśnie wtedy napisała donos. Finał był jednak zaskakujący: – Następnym razem, gdy się spotkali, to on jej zaproponował, że jeżeli się tak o niego martwi, to może wyszłaby za niego za mąż – opowiada Ala Elczewska. – Legenda podaje, że ona powiedziała: „Przecież my się w ogóle nie znamy". Na co on odpowiedział: „Daję wam tydzień".

CZYTAJ TAKŻE: Nieznana historia kapo z Gross-Rosen. Katował więźniów obozu koncentracyjnego, po wojnie chciał budować "ukochaną Ojczyznę"

Dziewczyny z Gross-Rosen. Czekały na Arnolda

Halinka, wtedy jeszcze po pierwszym mężu Inzelsztajn, przyjechała właśnie do Wrocławia. W 1945 roku, gdy skończyła się II wojna światowa, przestała być więźniarką filii KL Gross-Rosen. Trafiła tam prosto z KL Auschwitz do niewolniczej pracy. Umieszczono ją w AL Halbstadt z siostrą Jadzią. Tylko one przetrwały selekcję. Ich mama, tata i siostra stracili życie. Gdy przyszła wolność, ocalone kobiety osiadły na Dolnym Śląsku i czekały na męża Jadzi, także byłego więźnia KL Gross-Rosen. – Gdy Arnold Mostowicz się odnalazł, przez kilka miesięcy dochodzili do siebie w Mieroszowie, a później wyjechali do Wrocławia – opowiada autorce „Dziewczyn z Gross-Rosen" Marian Turski.

Czytaj także: Egzekucja w Górach Sowich na rysunku jednego z więźniów. Po latach odnalazł się świadek tych wydarzeń

– Później Jadzia i Arnold przenieśli się do Wrocławia, ponieważ Mostowicz został powołany tam do pracy. Siłą rzeczy i Halina przeniosła się z nimi. Ona we Friedlandzie była związana z dowódcą bodajże Straży Pogranicznej czy Garnizonu Pogranicznego. To był bardzo przystojny mężczyzna. W randze pułkownika. Ale wtedy ja niewiele miałem z nią kontaktów. Czy związek z tym panem miał znaczący wpływ na jej chęć przeniesienia się do Wrocławia? Tak czy owak, Halinka miała za duży format jak na małe miasteczko i podobnie ambicje. Ponownie spotkałem się z Mostowiczami już we Wrocławiu. Przyjechałem tam właśnie z Wałbrzycha, bo chciałem studiować – opowiadał Marian Turski Agnieszce Dobkiewicz.

'Dziewczyny z Gross-Rosen' spotkanie z autorką książki'Dziewczyny z Gross-Rosen' spotkanie z autorką książki / Centrum Historii Zajezdnia

Dziewczyny z Gros Rosen. Ulewny deszcz

Halinka we Wrocławiu zamieszkała z Mostowiczami. – Ale miała własny pokój i w tym pokoju, w jej łóżku pewnego dnia czekał na nią towarzysz Maciej – opowiada w książce „Dziewczyny z Gross-Rosen" Majka Elczewska, druga córka Halinki z PPR i Macieja z PPS. – Legenda mówi, że padał ulewny deszcz, a nawet psa się nie wypuszcza na taką pogodę, więc nie miała serca, żeby go wyrzucić. Oczywiście w tle rozbrzmiewała „Sonata księżycowa", puszczona na adapterze, i przy tej „Sonacie" ja się poczęłam.

Ślub był równie szybki i niespodziewany jak narzeczeństwo. – Na początku marca zadzwonił już wtedy towarzysz-kochanek i zapytał: „Halineczko kochana, czy ty masz może pół godziny?" – mówi Majka Elczewska. – Mama powiedziała: „Mam mieć?". „Świetnie, już przysyłam po ciebie samochód". A mama już z potężnym brzuchem była, bo ja się urodziłam 14 marca. Podjechali do jakiegoś urzędu stanu cywilnego, wzięli ślub, po czym on pojechał w podróż służbową, a ona piechotą, ze mną w brzuchu, poszła do pracy.

Halinka Elczewska, jej siostra Jadwiga i jej mąż Arnold Mostowicz na Dolnym ŚląskuHalinka Elczewska, jej siostra Jadwiga i jej mąż Arnold Mostowicz na Dolnym Śląsku Ryszard Mostowicz

Dziewczyny z Gross-Rosen. Zapraszamy

Historia Haliny Elczewskiej to jedna z sześciu opowieści o więźniarkach, które opisane zostały w najnowszej książce naszej koleżanki redakcyjnej Agnieszki Dobkiewicz „Dziewczyny z Gross-Rosen". To druga po „Małej Norymberdze" pozycja autorki. W pierwszej opisała procesy zbrodniarzy wojennych, którzy stanowili załogę w KL Gross-Rosen i jego filiach, także we Wrocławiu.

Na spotkanie z autorką zapraszamy już 4 grudnia o godzinie 18 do Centrum Historii Zajezdnia przy ul. Grabiszyńskiej we Wrocławiu. Wydarzenie organizuje wydawnictwo Znak Horyzont, a poprowadzi je Olga Maria Szelc.

– Halinka nigdy nie ukrywała, że była zapatrzona w komunistyczne ideały i że miała wielką chęć odbudowania Polski po wojnie – mówi Agnieszka Dobkiewicz. – Opowiadała, że we Wrocławiu to ona jako dyrektorka szkoły wybudowała pierwszy budynek w mieście i na Dolnym Śląsku. Bardzo dobrze wspominała ten czas. Tutaj urodziły się jej trzy córki – Majka, Ala i Zosia.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.