Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tempo było imponujące. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej, na czerwcowej sesji rady miejskiej, Max Berg zaprezentował projekt ogromnej hali wystawowej i przekonywał radnych, że warto wydać na jej budowę prawie 2 mln marek. Ale ojcowie miasta mnożyli wątpliwości.

Po pierwsze, drogo. Kilka lat wcześniej miasto wysupłało prawie 3,8 mln marek na dwie potężne hale targowe (I - przy dzisiejszej ul. Piaskowej i II – przy ul. Kolejowej) , które miały wchłonąć handel uliczny. Ale pokątne targowiska nadal kwitły, a hale przyniosły w pierwszym roku 143 tys. marek zysku (I) i 75 tys. marek (II), więc ten brak entuzjazmu można zrozumieć.

Po drugie, miejski radca budowlany postanowił zasłużyć na miano awangardowego architekta. "Cała konstrukcja ma być wykonana w żelazobetonie, ściany - na ile to możliwe - ze szkła" - zapowiedział Berg, tłumacząc, że wybrał żelazobeton ze względów przeciwpożarowych, bo uważano wówczas, że jest on odporny na ogień.

Budowa Hali StuleciaBudowa Hali Stulecia Fot. Materiały Hali Stulecia

Ale radny Bujakowsky panikował, że "nie budowano jeszcze tak wielkich hal z żelazobetonu i Wrocław nie powinien być królikiem doświadczalnym". Wprawdzie żelbet do budownictwa trafił pod koniec XIX wieku i szybko zachwycił architektów możliwościami technicznymi, a przede wszystkim dużą swobodą w kształtowaniu elementów, jednak radni tego zachwytu nie musieli podzielać. Żelbetowa kopuła o rozpiętości 67 metrów? Przecież takich ogromnych się nie buduje, to musi się zawalić!

Po trzecie, wprawdzie o gustach się nie dyskutuje, ale jak się radnym projekt nie podoba, to zamykają kurek z pieniędzmi. A projekt hali raził poczucie estetyki panów w tużurkach, kojarzył się z gazomierzem, pudłem na kapelusze, odwróconym koszem na ziemniaki i szklanym tortem. Czyli nie.

 A może jednak tak?

Budowa Hali Stulecia. Kto nie ryzykuje, ten przegrywa

"Ankieta przeprowadzona w innych miastach wykazała, że hale widowiskowe to opłacalny interes. Gdyby teraz Wrocław wycofał się z planów zorganizowania wystawy w 1913 roku, byłaby to europejska kompromitacja" - argumentował radny Wolf.

"Jeśli miasto nic nie ryzykuje - nie może się rozwijać" - uciął marudzenie centusiów nadburmistrz Georg Bender. Wprawdzie kończył już swoją karierę, więc ryzykiem nie musiał się przejmować, ale szczęśliwie miał rację i przekonał ostrożnych ojców miasta. Tereny Wystawowe, z Halą Stulecia, stały się miastu potrzebne. Do robienia pieniędzy, budowania lokalnej dumy, miłego spędzania wolnego czasu. 

Jednak sto dziesięć lat temu nie było hali. Ani Pawilonu Czterech Kopuł. Ani Ogrodu Japońskiego i modrzewiowego kościółka w parku Szczytnickim. Na początku była wielka dziura w ziemi. 

W multimedialnym Visitor Centre, mieszczącym się w Hali Stulecia, można prześledzić budowę. Nie było problemu z rekonstrukcją, choć filmów nie nakręcono. Ale zachowała się ogromna dokumentacja, ponad 600 zdjęć. Po czternastu miesiącach pracy firma Dyckerhoff & Widmann przekazała miastu halę w stanie surowym zamkniętym. Wrocław dostał prezent na Gwiazdkę roku 1912.  

Widok dwóch 14-metrowych wież dźwigu, które poruszają się po torach założonych wokół obrysu przyszłej hali, wciąż robi wrażenie. Połączone liną z trzecią wieżą o wysokości 52 metrów, tworzą rozpiętą nad rusztowaniem karuzelową kolejkę linową, która mogła udźwignąć nawet 2,5 tony. Można podejrzeć, jak pracują młyny wytwarzające na miejscu żwir ze śląskiego granitu, i sprawdzić, czy na miejscu jest tartak dostarczający deski do rusztowań i szalunków. 

Jedyne, czego nie udało się pokazać, to strachu wrocławian czekających na zawalenie się tak niebezpiecznej konstrukcji. 

Obawy były uzasadnione, bo na budowie hali maszyn fabryki w Norymberdze, prowadzonej przez tę samą firmę, która miała wznieść Halę Stulecia, zawaliły się rusztowania. Berg tłumaczył: "U nas do tego nie dojdzie, bo my stosujemy rusztowania drewniane, znacznie bezpieczniejsze niż rusztowania żelazne, których użyto w Norymberdze". 

Najbardziej obawiano się momentu ich demontażu, kiedy cała konstrukcja miała pokazać, że jest zdolna do samodzielnego życia. Paul Heim, wrocławski architekt i współpracownik Berga, wspomniał, że Berg zastosował sztuczkę psychologiczną, żeby zmniejszyć trochę napięcie. Wyszedł na ulicę i poprosił jakiegoś przechodnia, żeby pomógł mu odkręcić dużą śrubę w konstrukcji szalunku. Za złotą markę. Odkręcili, a potem do pracy przystąpili robotnicy. Hala stanęła o własnych siłach.  

Jak tłumaczył Berg (cytowany przez Jerzego Ilkosza, autora monumentalnej monografii Hali i Terenów Wystawowych): "Budowa ta jest prowadzona zarówno przez firmę, jak i przez miasto. Pierwsza ma charakter wykonawczy, druga - trwałej kontroli".    

Nie samą halą zachwyca się Wrocław 

Gdy Dyckerhoff & Widmann wznosili przyszły zabytek UNESCO, Tereny Wystawowe zaczęły rosnąć jak ciasto w dzieży. W listopadzie 1911 r. członkowie komisji głównej Wystawy Stulecia powołali komisję budowlaną, która miała koordynować prace związane z projektowaniem i budową pawilonów wystawowych. Planowano przecież godnie uczcić stulecie "wojny wyzwoleńczej" z Napoleonem, zbudować ekspozycję głoszącą chwałę państwa pruskiego, które pokonało "boga wojny".      

Do komisji budowlanej włączono Hansa Poelziga, ówczesnego dyrektora Królewskiej Akademii Sztuki i Rzemiosła Artystycznego. To on zaproponował budowę Pawilonu Czterech Kopuł na wystawę historyczną.  

Pierwotnie ekspozycję planowano urządzić w obejściu hali, ale organizatorzy obchodów uznali, że będzie ona służyć jako miejsce zgromadzeń wrocławian, sala widowiskowa i koncertowa, a muzealne eksponaty, związane z rokiem 1813 należy pokazać w osobnym budynku.  

Wytyczne dla projektanta (przyjęte na wniosek Poelziga) były rewolucyjne: liczący 3500 m kw. pawilon zostanie wybudowany z betonu i żelazobetonu, ale formą nawiąże do czasów napoleońskich. I tak się stało, Poelzig sięgnął do stylu doryckiego i architektury fryderycjańskiej z pocz. XIX wiek, jednak wykorzystał do budowy bardzo nowoczesny wówczas materiał. 

Max Berg w tym czasie projektował restaurację. Bo organizatorzy Wystawy Stulecia (trwającej od maja do jesieni 1913 r.) przygotowali nie tylko wystawę pamiątek po wojnach napoleońskich. Otwarli lunapark i wytyczyli trasy spacerowe, przygotowali modelowe ogrody na wystawę sztuki ogrodniczej, ale zadbali także, żeby godnie przyjmować gości.  

Korki na Tiergartenstrasse    

Najbardziej oczekiwany był książę Fryderyk Wilhelm (ostatni następca tronu Rzeszy i Prus, zmarł w 1951 roku), który wraz z żoną przyjechał 20 maja 1913 roku. Oczywiście zaproszono go na otwarcie Wystawy Stulecia. 

Hala StuleciaHala Stulecia Archiwum Hali Stulecia

Choć od rana padał drobny, przenikliwy deszcz, na Tiergartenstrasse (ul. M. Skłodowskiej-Curie) panował taki ruch, że zaczęły tworzyć się korki. Nieprzerwany sznur dorożek, samochodów i powozów z gośćmi, udekorowanych kwiatami, chorągiewkami i wstążkami wiwatowymi kierował się w stronę Hali Stulecia. 

Książęca para przybyła z Oleśnicy otwartym samochodem z płóciennym dachem punktualnie o godz. 11. Kronprinz Fryderyk Wilhelm, ubrany w futro, z furażerką na głowie, siedział obok szofera i bezustannie dziękował witającym go tłumom, a księżna schroniła się przed deszczem w głębi samochodu. Zgromadzeni tłumnie wrocławianie zobaczyli ich w całej okazałości dopiero wówczas, gdy szli do hali, witani po drodze przez władze prowincji i miasta. 

Tarasowa serwuje pieczonego marlina 

Wynudzili się zapewne na uroczystości otwarcia hali, bo bez długich przemówień się nie obyło. Nadburmistrz Breslau Paul Matting nazwał ją „pomnikiem wyzwolenia ojczyzny i przestrogą dla przyszłych pokoleń", ale właściwy pomnik wystawiono w Pawilonie Czterech Kopuł. Ekspozycję otwierał dział osobistości, w którym zgromadzono portrety, statuetki i marmurowe popiersia króla Fryderyka Wilhelma III oraz pruskich mężów stanu i wojskowych, uczestniczących w wydarzeniach lat 1813-1815. Księciu szczególnie podobały się pamiątki przesłane przez rodzinę feldmarszałka von Blüchera, zwycięzcy spod Waterloo.  

Zapewne najprzyjemniej było jednak na restauracyjnym tarasie, skąd podziwiali Pergolę, staw i otaczające Halę Stulecia ogrody. 

Ale nie trzeba było być następcą tronu, żeby zakosztować tych samych przyjemności, co on. Każdy gość był wręcz pożądany na Terenach Wystawowych. Restauracja Tarasowa mogła pomieścić 5 tys. głodnych i spragnionych. Poza tym rozstawiono namioty piwne, urządzono bar mleczny, garmażeryjny, z wyszynkiem likierów i wódki, otwarto kilka cukierni, smażalnię kiełbas oraz kioski z lodami i napojami. 

Produkty pochodziły głównie z wrocławskich firm (piwo z browarów Haasego i Kipkego, wino z winiarni Hansena, kawa od Otto Stieblera), a karty dań kusiły wyrafinowanym menu. Jak podaje dr Grzegorz Sobel ("Dzieje wrocławskiej gastronomii"), w restauracji Tarasowej można było zjeść m.in. gołębie faszerowane pieczenią rzymską, udziec z daniela, pieczonego marlina, turbota ostendzkiego z sosem riche i ziemniakami po maltańsku oraz mostek cielęcy w sosie ze smardzów. 

Ta kulinarna legenda zginęła wprawdzie w bombardowaniu Festung Breslau, ale trwają właśnie przygotowania do reaktywacji. Wkrótce we Wrocławskim Centrum Kongresowym zacznie działać restauracja Tarasowa. Piękne widoki już ma, pozostałe przyjemności będziemy dopiero testować.    

Hala StuleciaHala Stulecia fot. Materiały prasowe

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.