Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Najpierw jedziemy do schroniska Andrzejówka w Górach Kamiennych, jednego z nielicznych w Sudetach, do których można dotrzeć samochodem. Parkingi znajdują się tuż pod obiektem. Ma to swoje dobre i złe strony. W weekendy, przy dobrej pogodzie, jest tu zwykle dość tłoczno.

To miejsce piękne samo w sobie. Schronisko jest malowniczo położone u stóp Waligóry, wokół rozciągają się otwarte stoki i inne szczyty. Można się stąd wybrać np. do ruin zamku Rogowiec, do klimatycznego Sokołowska lub na wieżę widokową na Ruprechtickim Szpiczaku. To właśnie jest nasz pierwszy cel.

Co widać z brzydkiej wieży

Szpiczak ma 880 m n.p.m. Przez szczyt przebiega granica, ale wieża widokowa znajduje się już po czeskiej stronie. Na szczęście dla turystów nie ma to dziś żadnego znaczenia. Wędrówka od Andrzejówki do samej granicy to po prostu przyjemna wycieczka – po drodze nie trzeba pokonywać żadnej góry – chyba że ktoś zapragnie wejść na Waligórę – ani poważniejszych podejść. Można spokojnie oddychać czystym powietrzem. Najlepiej wybrać czarny szlak, prowadzący do Przełęczy Pod Szpiczakiem (ok. 1,5 godz. w jedną stronę).

Dopiero ostatni odcinek, podejście na właściwy szczyt, potrafi dać w kość. Typowe zjawisko w Górach Kamiennych: odległości i wysokości są tu mniejsze niż w Karkonoszach czy Masywie Śnieżnika, ale wzniesienia często mają kształt stożka. To sprawia, że podejścia są krótkie, ale nieraz bardzo ostre. Są tu takie miejsca, gdzie można się poczuć jak pająk wdrapujący się na brzeg miski.

Fot. Sławek Szymański

Sama wieża na Szpiczaku, zbudowana już prawie 20 lat temu, jest brzydką, stalową konstrukcją. Stawiana była przede wszystkim w celach użytkowych – jako telekomunikacyjna, ale pomyślano też o ogólnodostępnym tarasie.

Trzeba dodać, że każdy może tu wejść, ale nie każdy wchodzi. Schody i podesty zbudowano ze stalowej kratownicy, a ich bieg ułożony jest tak, że pod nogami cały czas widzimy rosnącą wysokość. W efekcie niektórzy mogą tu odczuwać lęk wysokości i po drodze rezygnują, mimo że wieża nie jest bardzo wysoka.

Warto jednak podjąć wyzwanie, bo widok jest tu wspaniały. Rozciąga się stąd pełna panorama, a wzrok sięga naprawdę daleko, bo w pobliżu nie ma żadnych wyższych barier. Dlatego, oprócz najbliższych szczytów, pokrytych teraz jeszcze gęstym zielonym dywanem, widać stąd w całej okazałości Góry Stołowe, Orlickie i Bystrzyckie, Góry Bardzkie i Sowie, a także Masyw Śnieżnika.

Do Andrzejówki można wrócić szeroką drogą po wschodniej stronie Waligóry. Jest trochę krótsza niż czarny szlak.

Kufel albo hiperboloida

Drugi cel naszej wycieczki to wieża widokowa na górze Borowej, czyli najwyższym szczycie Gór Wałbrzyskich (853 m n.p.m.). Najwygodniejszy parking znajduje się na samym końcu ul. Pokrzywianka w Jedlinie-Zdroju.

Na szczyt Borowej jest stąd tylko 1 km, czyli blisko, ale równocześnie aż 250 metrów przewyższenia. Ta góra jest niewysoka, ale podejście najkrótszym, czarnym szlakiem na jej szczyt należy do najtrudniejszych w całych Sudetach: bardzo strome, dość śliskie, bo nie ma tu skał, lecz ziemia, korzenie i drobne kamienie. Trzeba się tu pod górę wdrapywać – bardzo dosłownie. To nie przypadek, że ten odcinek nosi nazwę „Ścieżka przez mękę". W sumie pokonanie tego 1 km od parkingu zajmuje ok. 45 minut. Jednak na szczyt można też dostać się szlakiem czerwonym, dużo łagodniejszym. A na pewno lepiej tamtędy schodzić.

Wieża na Borowej została zbudowana w 2017 roku. W porównaniu z konstrukcją na Szpiczaku jest dziełem designerskim. Niektórym przypomina koszyk, innym lampion, mi kufel do piwa pszenicznego. Tablica na górze informuje, że wieża ma kształt hiperboloidy jednopowłokowej o przekroju szesnastokąta.

Tu schody i podesty również wykonano z kratownicy, ale gęstej, a ich kręty bieg przypomina wejście na średniowieczną wieżę. Tu o lęku wysokości raczej nie ma mowy.

A co widać z góry? Wszystkie okoliczne pasma, Karkonosze ze Śnieżką, jak również Wałbrzych i Jedlinę-Zdrój. Z tego miejsca można docenić, jak pięknie położone są te miasta i jak ciekawe są krajobrazy w tej części Sudetów.

Oprócz wież widokowych, są tu też inne atrakcje turystyczne, w tym podziemia kompleksu Riese, Zamek Grodno czy Zamek Książ. Można też wypożyczyć na miejscu rower górski i pojeździć na tutejszych trasach. I wcale nie musi to być cały dzień.

Np. przy pałacu Jedlinka otwarto niedawno nową pętlę typu single track, bardzo przyjazną, dość krótką (ok. 4 km), w sam raz dla początkujących lub dla mniejszych dzieci. Kto szuka pomysłów na urozmaicony dzień – tak żeby połączyć 2-3 atrakcje – to w tych okolicach łatwo można taką wycieczkę zaplanować.

Jak tam dojechać

Do Andrzejówki pojechaliśmy najpierw przez A4 do węzła Kostomłoty, dalej obok Świdnicy i DK 35 do Wałbrzycha, skąd jest już blisko do schroniska. Stamtąd pod Borową najbliżej jest przez Głuszycę i Jedlinę-Zdrój, ale malownicza droga, która tamtędy prowadzi (wojewódzka nr 380), jest w tej chwili w remoncie, więc trzeba jechać skrajem Wałbrzycha. Z Borowej wracaliśmy drogą wojewódzką nr 382 wzdłuż Doliny Bystrzycy, czyli przez Zagórze Śl. do Świdnicy, i dalej już DK 35 bezpośrednio do Wrocławia.

Samochodem przejechaliśmy tego dnia ok. 180 km (tam i z powrotem), a po górach chodziliśmy (lub podziwialiśmy widoki) łącznie ok. 6 godz.

Gdzie zjeść i odpocząć

Gastronomia w tych okolicach jest nieźle rozwinięta. Z czystym sumieniem można polecić Andrzejówkę, która została odświeżona i wyposażona w nowe menu. Warto tam zajrzeć choćby na chwilę. Chętnie odwiedzana restauracja jest też przy parkingu pod Borową, można również zajrzeć do niedalekiego Pałacu Jedlinka, spory wybór znajdziemy także w Zagórzu Śl.

Czym podróżowaliśmy

Podróżowaliśmy samochodem Volvo XC60 Recharge T8 Plug-in, z 8-biegową automatyczną skrzynią biegów, wypożyczonym nam przez salon Volvo Car Wrocław-Bielany Wrocławskie.

Za każdym razem, kiedy jadę hybrydą, stawiam sobie za cel, by osiągnąć jak najmniejsze spalanie. Wychodzę z założenia, że po to właśnie są tego rodzaju samochody. W przypadku tego auta, wyłącznie na silniku elektrycznym można przejechać ok. 40 km. W ruchu miejskim tyle powinno wystarczyć, by dojechać np. do pracy i z powrotem, w ogóle lub tylko w niewielkim stopniu korzystając przy tym z napędu spalinowego.

A jak wygląda efektywność takiego zestawu w czasie wycieczki za miasto? Silnik elektryczny współpracuje ze spalinowym. Dzięki temu, do Świdnicy średnie spalanie wyniosło 2,2 litra na 100 km, mimo jazdy po autostradzie. Później, gdy bateria się wyczerpała, a na dodatek wjechaliśmy w teren górski, wyraźnie wzrosło, ale w sumie na całej trasie wyniosło ok. 5,8 litra.

Czy to miarodajny wynik? Trzeba podkreślić, że bardzo dużo zależy od stylu jazdy. Jak zauważyłem, wsiadając do auta, moi poprzednicy za kierownicą wspólnie wykręcili średnio 8,5 l na 100 km, czyli zdecydowanie więcej. Ten samochód całkiem nieźle przyśpiesza nawet bez gwałtownego naciskania na pedał gazu. Do prędkości dozwolonych na A4 czy AOW potrafi rozpędzić się tylko za pomocą silnika elektrycznego. Przy mocniejszym przyśpieszeniu pożera jednak dużo paliwa, co jest oczywiste przy tej masie i mocy (390 KM, w tym 303 KM to wkład jednostki konwencjonalnej). Po prostu trzeba to wziąć pod uwagę.

Widok z wieży Borowej na WałbrzychWidok z wieży Borowej na Wałbrzych fot. Sławek Szymański

Baterię w tym samochodzie można doładować ze zwykłego gniazdka – służy do tego specjalny adapter. Jeśli w trakcie wycieczki jest taka możliwość, to benzyny będzie potrzeba jeszcze mniej.

Przypomnijmy, że zgodnie z unijnym programem Fit for 55, już w 2030 roku każde nowe auto sprzedawane w UE ma emitować 90 g CO2/km. To oznacza, że przeciętnie powinno spalać niewiele ponad 3 litry na 100 km. A już za 14 lat każde nowe auto sprzedawane w Unii Europejskiej ma być zeroemisyjne.

Ekologiczne samochody

Według danych Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) w 2019 roku na świecie jeździło łącznie 4,79 mln samochodów elektrycznych, ponad połowa w Chinach. W całej Europie niespełna 1 mln. Z kolei aut hybrydowych typu plug-in, czyli umożliwiających jazdę tylko na zasilaniu elektrycznym, było 2,4 mln, w tym ok. 780 tys. w Europie.

A jak wygląda sytuacja w Polsce? Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych (PSPA) i Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego uruchomiły tzw. Licznik Elektromobilności, zbierający dane na ten temat. Według informacji z końca grudnia 2020 w Polsce zarejestrowanych było łącznie 18 875 samochodów osobowych z napędem elektrycznym, z czego ok. 10 tys. to pojazdy w pełni elektryczne, a prawie 9 tys. to hybrydy plug-in. W ubiegłym roku przybyło 9879 aut osobowych z napędem elektrycznym, tj. o 140 proc. więcej niż w 2019.

Wzrost jest imponujący, ale w porównaniu z samochodami z napędem konwencjonalnym, są to nadal śladowe ilości. Główną barierą, zwłaszcza w przypadku stuprocentowych elektryków, pozostaje nadal zbyt wolny rozwój infrastruktury. Tak jest nie tylko w Polsce. Wszystko wskazuje jednak na to, że infrastruktura ma rozwijać się coraz szybciej, a na naszych drogach już niedługo będzie przybywać po kilkadziesiąt tysięcy samochodów z napędem elektrycznym.

Widok z wieży Borowej na Wałbrzych

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.