Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
DZIENNIKARSTWO ŚLEDCZE
TU DOWIESZ SIĘ WIĘCEJ O PROGRAMIE

AKTUALIZACJA 6 WRZEŚNIA, GODZ. 13.01 ''Bicie to nie jest technika obezwładniania''. Dawni gliniarze komentują czarną serię dolnośląskiej policji

AKTUALIZACJA 3 WRZEŚNIA, GODZ. 6.34 Koledzy Dmytra: Nie był agresywny. Trochę wypił na grillu i spokojnie poszedł do autobusu

AKTUALIZACJA 2 WRZEŚNIA, GODZ. 18.25 Śmierć Ukraińca w izbie wytrzeźwień. "Czuję ogromny wstyd, że takie sytuacje mają miejsce we Wrocławiu"

AKTUALIZACJA 2 WRZEŚNIA, GODZ. 15.59. Ratownik medyczny z izby wytrzeźwień zrezygnował z pracy

AKTUALIZACJA 2 WRZEŚNIA, GODZ. 10.28 Poseł Jaros: Komendant wojewódzki do dymisji, niech tłumaczą się Kaczyński i Kamiński

AKTUALIZACJA 2 WRZEŚNIA, GODZ. 9.52: Po artykule "Wyborczej" czterech policjantów zawieszonych, wobec dwóch wszczęte postępowanie o wydalenie ze służby

Po raz pierwszy o „śmierci Ukraińca w izbie wytrzeźwień" słyszę w połowie sierpnia. Na jednym z komunikatorów pisze do mnie znajomy policjant: „Widziałeś film z interwencji w Lubinie? To pestka, dotrzyj do tego, co działo się 30 lipca w izbie wytrzeźwień. To druga sprawa Igora Stachowiaka. Znów nie żyje chłopak. Muszą polecieć głowy. Jeśli wy nie opiszecie tej sprawy, zostanie zamieciona pod dywan".

Wypytuję, kogo się da, ale nikt nic nie wie. Śmierć nieustalonego z nazwiska obywatela Ukrainy, który zmarł po przewiezieniu do Wrocławskiego Ośrodka Pomocy Osobom Nietrzeźwym (WrOPON), udaje się potwierdzić 18 sierpnia. Tego dnia odnotowujemy ją we wrocławskim dodatku „Wyborczej", ale nie znamy dokładnych okoliczności zdarzenia. Nie wiemy też, że trzy dni wcześniej mężczyzna został już pochowany.

Zdajemy się na relację jednego z pracowników ośrodka: - Gdy policjanci zdjęli mu kajdanki, wpadł w furię. Jeden z opiekunów dostał cios pięścią, drugiego mocno ugryzł w palec. Policjanci normalnie po ścianach latali. Przyjechał drugi patrol. W końcu udało się go zapiąć w pasy. Po chwili zaczął sinieć, tracić oddech.

W rzeczywistości sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Jej szczegóły dokumentuje film z monitoringu zainstalowanego we WrOPON. Udało mi się do niego dotrzeć.

To zapis ostatniej godziny życia 25-letniego Dmytry Nikiforenki. Ukrainiec dwa lata wcześniej przyjechał do Polski w poszukiwaniu lepszego życia z Niemirowa, niewielkiej miejscowości w obwodzie winnickim w centralnej Ukrainie.

Do sporządzenia ostatecznego raportu z sekcji zwłok potrzebne są jeszcze wyniki z badań toksykologicznych i histopatologicznych. Wstępna opinia biegłych mówi jednak, że najbardziej prawdopodobna przyczyna śmierci to „gwałtowne uduszenie".

Śmierć Ukraińca we Wrocławiu. Wyłączone kamerki funkcjonariuszy

„Dobry wieczór we Wrocławiu" – taki neon wita podróżnych wysiadających na wrocławskim Dworcu Głównym. Zna go pewnie każdy ze 100 tysięcy zamieszkujących stolicę Dolnego Śląska Ukraińców.

Dmytro widzi go po raz pierwszy w 2020 roku, gdy przyjeżdża do Wrocławia z Nysy, gdzie pracował wcześniej. Ma 24 lata, w papierach wyuczony zawód technika gazownika i zaliczoną obowiązkową służbę wojskową. W głowie wielkie plany. Już we wrześniu chce żenić się z Zuzą, Ukrainką poznaną podczas pracy w Nysie. Jakiś czas temu musieli się rozstać, bo dziewczynie skończyła się wiza. On zarabia na mieszkanie, ona na kolejny wjazd do Polski musi trochę poczekać w rodzinnej Połtawie.

Dmytro Nikiforenko z narzeczoną, ZuząDmytro Nikiforenko z narzeczoną, Zuzą Fot. archiwum prywatne

30 lipca po pracy Dmytro świętuje ze znajomymi z budowy. Sporo piją wszyscy, ale on ponoć najwięcej (późniejsze badanie wykaże, że miał we krwi 1,5 promila). Robi się późno, więc kumple odprowadzają go na przystanek i wsadzają do autobusu linii N.

Jego zachowanie zwraca uwagę kierowcy: podobno gadał do siebie, uderzał głową o szybę. Kuzynce mężczyzny policja powie później, że to były przejawy „autoagresji". Przyjeżdża pogotowie, ale sanitariusze po przebadaniu i stwierdzeniu, że jest po prostu pijany, wzywają policję i odjeżdżają.

Gdy funkcjonariusze docierają na przystanek, na którym wysiadł Dmytro, jest około 22. Później twierdzą, że agresywnie zachowywał się już w autobusie i dlatego musieli zastosować wobec niego „środki przymusu bezpośredniego": gaz, kajdanki i chwyty. Tyle że kamery monitoringu z „enki" niczego takiego nie potwierdzają.

Nie da się tego stwierdzić również na podstawie zapisu z kamer, które policjanci noszą na mundurach. Bo te - choć przez cały dzień działają normalnie - zaraz po zatrzymaniu Dmytry zostają wyłączone.

W interwencji bierze udział trójka funkcjonariuszy wydziału prewencji Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu: Franciszek K., Rafał P. i Mariusz Sz.

Pod WrOPON podjeżdżają o 22.19, ale z samochodu wyciągają Dmytrę dopiero o 22.27. Nie wiadomo, co działo się z nim w tym czasie. Za to do izby idzie, jakby był groźnym przestępcą: ręce skute z tyłu, wygięte przez funkcjonariuszy nad głowę, do tego jeden z nich dociska jego głowę do dołu.

W poczekalni płacze, zwija się i coś krzyczy (monitoring nie rejestruje dźwięku). Twarz ma całą czerwoną. Jedno z ujęć pokazuje na niej charakterystyczną oleistą plamę po spryskaniu gazem. Na tyle świeżą, że musiał on zostać użyty bezpośrednio przed wprowadzeniem do izby.

Kiedy jeden z policjantów wypełnia dokumentację, inny wraz z pracownikiem WrOPON Konradem K. pilnują Dmytry. Choć nie jest agresywny - co jakiś czas próbuje po prostu wstać - szarpią go, a K. dociska jego głowę do ściany.

O 22.38, po przebadaniu alkomatem, zostaje usadzony na fotelu. Jeden z policjantów rozpina mu kajdanki. Gdy Dmytro rozciąga ręce na boki i próbuje wstać, rzuca się na niego dwóch policjantów i dwóch pracowników izby. Powalają go na ziemię. Siedzą na nim w czwórkę, próbując ponownie spiąć kajdankami. Jeden z funkcjonariuszy przydusza głowę kolanem do podłogi.

W tym momencie wbiega dwójka kolejnych policjantów. To Nikola M. i Konrad S. z komisariatu policji na wrocławskim Ołbinie, którzy dostarczyli do izby innego nietrzeźwego. Po chwili na Dmytrze siedzi już szóstka ludzi.

Śmierć Ukraińca w izbie wytrzeźwień. Ciało na zimnej podłodze

O 22.40 policjanci wnoszą go do izolatki i próbują zapiąć w pasy. Zaczyna się półgodzinna katorga. Skrępowany Dmytro nie atakuje, napina się jednak, szarpie i próbuje oswobodzić. W pewnym momencie siedzi na nim już dziewięć osób: policjantów i pracowników WrOPON. Najbardziej agresywni - policjant Konrad S. i zatrudniony w ośrodku na etacie ratownika Konrad K. - co pewien czas uderzają Ukraińca pięścią.

Funkcjonariusz, kiedy nie bije, przez cały czas nieustannie przydusza. Inny uderza szpicem policyjnej pałki, potem, chwytając ją oburącz, również dociska Dmytrę do łóżka. O 22.45 Konrad K. kopie go kolanem. 22.47 - znów w ruch idą pięści. Dwie minuty później kolejne ciosy. Konrad K. cały czas dusi.

O 22.51 znów biją. Jeden z funkcjonariuszy najwyraźniej orientuje się, że w sali jest kamera, i ustawia się do niej plecami, zasłaniając częściowo to, co się dzieje.

O 22.52 - pomimo że Dmytro leży już spokojnie i w ogóle nie wierzga - policjanci cały czas na nim siedzą i podduszają. Biją po głowie, jeden wciąż przyciska kolanem. Dwie minuty później sytuacja się zmienia. Kompletnie bierna wobec zachowania policji lekarka Joanna K. wybiega z sali i wraca z pulsometrem. Funkcjonariusze zaczynają wypinanie Dmytry z pasów. Ktoś otwiera okno, ktoś bada puls, inny świeci latarką w oczy, obserwując reakcję źrenic.

Policjanci sytuacją się nie przejmują. Śmieją się, a Konrad S. droczy się z jedną z opiekunek WrOPON, trzymając wysoko poniesiony klucz, po który kobieta musi podskakiwać. Potem żartuje z Nikolą M.

W tym czasie pracownicy izby ściągają wiotkiego już Dmytrę z łóżka i kładą na podłodze. Konrad K., który jeszcze kilkanaście minut wcześniej okładał go pięściami, zaczyna masaż serca. Uciska jednak wyłącznie klatkę piersiową, nie inhalując mężczyzny. W końcu ktoś przynosi urządzenie do reanimacji.

O 23.06 do sali wchodzą pielęgniarze z wezwanego pogotowia, w ruch idzie defibrylator. Próby reanimacji trwają prawie 50 minut. Policjanci w tym czasie wchodzą i wychodzą z izolatki. O godz. 23.53 reanimacja zostaje wstrzymana. Lekarze stwierdzają zgon. Równo o północy wszyscy opuszczają salę.

Przez dwie godziny ciało Dmytry leży na wykaflowanej podłodze w samych tylko slipkach. Prokurator dociera do WrOPON dopiero przed godz. 2. Dlaczego o śmierci Ukraińca podczas interwencji policji zostaje powiadomiony dopiero o godz. 1.10, a więc ponad godzinę po stwierdzonym zgodnie? Na to pytanie nie udało mi się uzyskać odpowiedzi.

Śmierć Ukraińca podczas interwencji policji. Śledczy: a może Dima ćpał?

Kiedy w sobotę rano z Dmytrą nie ma żadnego kontaktu, pierwsza niepokoić zaczyna się jego narzeczona Zuza.

- Zadzwoniła przestraszona, bo dotąd nie zdarzyło się, żeby nie odebrał od niej telefonu. Niezależnie od pory dnia czy nocy - opowiada Olga (imię zmienione), kuzynka Dmytry, w Polsce od kilku lat. - Strasznie byli w sobie zakochani. Jak musiała wrócić na Ukrainę, to non stop gadali przez WhatsAppa albo Vibera. Z tego powody Dimka stracił nawet poprzednią pracę, bo zamiast robić, cały czas z nosem w komórce siedział i serduszka wysyłał. W piątek, już po imprezie, też do niej zadzwonił. Była 21.26, Zuza ma to w historii połączeń. Powiedział, że jest na przystanku, jest pijany i wraca już do domu. Potem kontakt się urwał. Gdy dzwoniła o 21.46, już nie odebrał.

Dmytro Nikiforenko zmarł podczas interwencji policji we wrocławskiej izbie wytrzeźwieńDmytro Nikiforenko zmarł podczas interwencji policji we wrocławskiej izbie wytrzeźwień Fot. archiwum prywatne

Olga najpierw obdzwania wrocławskie szpitale, wreszcie powiadamia policję: - Zachowywali się dziwnie. W komisariacie Ołbin powiedzieli mi, że nikt taki nie był zatrzymywany. Dopiero później zadzwoniła do mnie jakaś pani z komisariatu na Starym Mieście i przekazała, że Dima się znalazł, ale nie ma dobrych wiadomości. Więcej powiedzieć nie chciała. Po kilku godzinach zadzwonił pan z konsulatu i poinformował mnie, że Dima nie żyje po tym, jak został zatrzymany w związku ze sprawą prowadzoną przez policję. Co to za sprawa, czego dotyczyła, tego nie powiedzieli.

W poniedziałek, 2 sierpnia, Olgę przesłuchuje policja z komisariatu Wrocław Stare Miasto: - Interesowało ich jedno: czy Dima brał narkotyki. Odniosłam wrażenie, że bardzo im zależy, żeby on te narkotyki brał.

- A brał? - pytam.

Olga: - Nie, z cała pewnością nie. Byliśmy ze sobą bardzo blisko, rozmawialiśmy o wszystkim: o uczuciach, o seksie nawet. Wiedziałabym, gdyby coś brał. To zresztą zupełnie nie w jego stylu. To był cichy chłopak, prawie w ogóle nie imprezował. Nie miał na to czasu. Ciągle tylko praca i Zuza, Zuza i praca. Chciał dla nich czegoś więcej. Wiedział, że musi się teraz trochę poświęcić.

- Agresywny był?

- Dima? A skąd! Alkoholu nie unikał, ale jak już przesadził, to upijał się na wesoło. Nasz Dimka nigdy nie parł do awantury, nie szukał guza. Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby do kogoś z łapami wyskoczył. Może tylko jakby ktoś mu powiedział, że jego matka to k…

18 sierpnia śledztwo w sprawie śmierci Ukraińca podczas interwencji policji zostaje przeniesione do Prokuratury Okręgowej w Świdnicy. Do tego czasu kilka osób ogląda nagranie z monitoringu.

- To jest dramatyczne, okropne i nieludzkie - mówi mi jedna z osób, która widziała je przede mną. - Nie wiem, co działo się, zanim przywieziono tego człowieka do izby wytrzeźwień, jednak sposób, w jaki go w niej potraktowano, urąga wszelkim standardom ludzkim. To, co widać na nagraniu, to zresztą nie agresja. To reakcje typowe dla człowieka skutego kajdankami, wobec którego dodatkowo użyto gazu. Sposobem na postępowaniem z kimś takim nie jest przyciskanie do ziemi. Wystarczyło z nim spokojnie porozmawiać, lekarz mógł zaordynować jakiś środek na uspokojenie, a sami policjanci wykazali się nie tylko brakiem wyszkolenia, ale i agresją w stosunku do zatrzymanego. Nie mam wątpliwości, że zachodzą przesłanki do objęcia ich wszystkich zarzutami.

Prokuratura Okręgowa w Świdnicy sprawy nie komentuje. - Wszystkie okoliczności zdarzenia wyjaśni prowadzone postępowanie. Do czasu jego zakończenia, z uwagi na dobro śledztwa, a także jego początkowy etap, nie jest możliwe udzielenie żadnych informacji o jego przebiegu - tłumaczy rzecznik świdnickiej okręgówki prokurator Tomasz Orepuk.

Nieoficjalnie udaje mi się jednak ustalić, że postępowanie po śmierci Ukraińca podczas interwencji policji prowadzone jest już nie w kierunku przekroczenia uprawnień, ale nieumyślnego spowodowania śmierci Dmytry Nikiforenki. Grozi za to pięć lat więzienia.

Prokurator Orepuk: - Bez komentarza.

Śmierć Ukraińca we Wrocławiu. Co widział dyrektor izby wytrzeźwień? 

Pytania o przebieg feralnej interwencji wysyłam do Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu, komendy wojewódzkiej i głównej. Wiem, że własne postępowanie, mające wyjaśnić okoliczności śmierci Ukraińca podczas interwencji policji, prowadzi Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej.

Pytam o funkcjonariuszy biorących udział w wydarzeniach z 30 lipca. O to, czy zostało wobec nich wszczęte jakiekolwiek postępowanie i czy zostali zawieszeni.

Odpisuje mi tylko komenda miejska. „Po godz. 22:00 w dniu 30 lipca 2021 roku, wrocławscy policjanci otrzymali zgłoszenie z prośbą o pomoc, od pracowników pogotowia ratunkowego, którzy udzielali pomocy medycznej mężczyźnie znajdującemu się przy jednym z przystanków MPK na terenie osiedla Huby - pisze mi aspirant sztabowy Łukasz Dutkowiak, oficer prasowy komendanta miejskiego policji we Wrocławiu.

- Ze zgłoszenia tego wynikało, że mężczyzna jest pijany i agresywny. Z uwagi na stan, w którym się znajdował i brak przeciwwskazań medycznych, podjęto decyzję o jego umieszczeniu we Wrocławskim Ośrodku Pomocy Osobom Nietrzeźwym. Został on przewieziony przez funkcjonariuszy i przekazany pracownikom WrOPON. Niestety mężczyzna ten zmarł i w związku z tym kolejne czynności na miejscu, wykonywane były z udziałem powiadomionego przez policjantów, pełniącego dyżur prokuratora. Na polecenie Komendanta Miejskiego Policji we Wrocławiu wszczęto czynności wyjaśniające w sprawie, w celu pilnego wyjaśnienia przebiegu zdarzania i jego okoliczności".

W ostatnią sobotę spotykam się też ze Stanisławem Grzegorskim, dyrektorem Wrocławskiego Ośrodka Pomocy Osobom Nietrzeźwym. - Jeszcze nie widziałem, by ktoś przywieziony do ośrodka po wypięciu z kajdanek wpadł w taką furię - przekonuje mnie Grzegorski. - Zaatakował funkcjonariuszy, a jednego z pielęgniarzy już w poczekalni ugryzł w palec.

Mówię, że zapis monitoringu tego nie potwierdza - nie było agresji, a pielęgniarz został ugryziony nie w poczekalni, ale wtedy, gdy Dmytro od kilkudziesięciu minut był duszony podczas próby zapięcia w pasy (kamera monitoringu rejestruje to o godz. 22.48). I że dyrektora wówczas w Ośrodku nie było.

Grzegorski zaczyna się robić nerwowy. Jeszcze bardziej, gdy zwracam mu uwagę na co najmniej niewłaściwe zachowanie Konrada K. - Konrada ochrzaniłem, nie widzę jednak podstaw do jego zawieszenia w pracy - odpowiada coraz bardziej zniecierpliwiony. - Nie będę oceniał zachowania policji, to rola prowadzącej śledztwo prokuratury.

3 sierpnia Grzegorski pisze notatkę służbową dla urzędu miasta, który zleca WrOPON prowadzenie izby wytrzeźwień. W dokumencie o tytule „Dotyczy śmierci obywatela Ukrainy we WrOPON w dniu 30.07.2021 r." roi się jednak od błędów i przeinaczeń. Według niego Dmytrę dostarczono do izby ok. godz. 21.30, kiedy w rzeczywistości było to godzinę później.

Dalej dyrektor twierdzi: „Po przeprowadzeniu do pomieszczenia przyjęć i umieszczeniu w fotelu policja rozpięła kajdanki i po chwili nastąpił nagły wybuch agresji. Pomimo obecności dwóch opiekunów - ratowników medycznych oraz dwóch policjantów nie byli w stanie nad nim zapanować, unieruchomić go. Kierownik zmiany wezwał na pomoc stojących na parkingu policjantów, którzy podjęli interwencję i pomogli, po decyzji lekarza o zastosowaniu przymusu bezpośredniego, wpięcia w pasy, przetransportować osobę nietrzeźwą do sali z łóżkami wyposażonymi w pasy".

Pytam, które fragmenty nagrania świadczą o wybuchu agresji. - Nie będę tego oceniał - mówi mi dyrektor Grzegorski.

Policja we Wrocławiu: „Śmierć Igora Stachowiaka niczego nas nie nauczyła"

Przez miesiąc, jaki minął od śmierci Ukraińca podczas interwencji policji, o sprawie wie we Wrocławiu tylko kilka osób. Zachowanie służb przypomina inną tragedię – śmierć w maju 2016 r. we wrocławskim komisariacie policji Wrocław-Stare Miasto Igora Stachowiaka, katowanego i rażonego prądem przez funkcjonariuszy.

I choć jej przebieg został udokumentowany przez kamerę zainstalowaną w paralizatorze, a zapis znany był szefom policji, kaci Igora ukarani zostali dopiero, gdy sprawę nagłośnił „Superwizjer" TVN. Czterech funkcjonariuszy skazanych zostało na kary od 2 do 2,5 roku więzienia. Nie za spowodowanie śmierci, ale wyłącznie za przekroczenie uprawnień.

Ostatecznej przyczyny śmierci nie udało się wówczas ustalić, choć biegli początkowo uznali, że mogło do niej dojść na skutek „przełamania chrząstki tarczowatej i podbiegnięć krwawych w tchawicy", a więc uduszenia. Sekcję zwłok powtarzano tak długo, aż biegli orzekli, że Igor zmarł na skutek „excited delirium" po zażyciu narkotyków, choć ich zawartość w organizmie była śladowa.

Jeszcze przed śmiercią Stachowiaka na biurko ówczesnego komendanta głównego policji gen. Krzysztofa Gajewskiego trafił raport zespołu ds. optymalizacji procedur, złożonego ze specjalistów z zakresu medycyny sądowej, psychiatrii, toksykologii i prawa medycznego z Łódzkiego Uniwersytetu Medycznego. Został on powołany przez gen. Gajewskiego w związku z rosnącą liczbą przypadków śmierci podczas policyjnych interwencji.

„Stwierdzamy, że w niektórych przypadkach można domniemywać, iż do zgonów mogły przyczynić się działania Policji, a konkretne rodzaj i sposób zastosowanych środków bezpośredniego przymusu" - piszą naukowcy. Zalecenia: „podczas interwencji bezwzględnie zakazane powinno być uciskanie szyi, klatki piersiowej, brzucha i pleców, gdyż wtedy dochodzi do ograniczenia możliwości oddychania ze wszystkimi tego skutkami. Interwencja powinna ograniczyć się do unieruchomienia kończyn, z użyciem bądź bez użycia kajdanek". Instrukcja nigdy nie wchodzi w życie.

Mówi doświadczony wrocławski policjant, z kilkunastoletnim stażem:

Sprawa Igora niczego nas nie nauczyła. Przyjmowani do służby rekruci przechodzą krótkie szkolenie i od razu wypuszczani są na ulice. Nie wiedzą, jak radzić sobie z zatrzymanymi, nikt nie bada ich pod kątem psychologicznym, nie uczy, że niedopuszczalne jest np. duszenie, dociskanie głowy kolanem czy stosowanie jakichkolwiek ucisków na klatkę piersiową. Dlatego dochodzi do tragedii.

Tydzień po śmierci Ukraińca podczas interwencji policji w izbie wytrzeźwień, 6 sierpnia, podczas innej interwencji policji i duszenia umiera w Lubinie 34-letni Bartosz S. Przyczyny jego śmierci, podobnie jak ma to miejsce w przypadku Dmytry, wciąż bada prokuratura.

Śmierć Ukraińca we Wrocławiu. „Ile szczęścia i planów jeszcze było przed nami"

15 sierpnia Dmytro Nikiforenko został pochowany na cmentarzu w Niemirowie. 2 lipca skończył 25 lat, we wrześniu miał wziąć ślub z Zuzą. Jego rodziny do dzisiaj nikt nie poinformował o okolicznościach śmierci. O tym, co zarejestrował monitoring, dowiedzieli się ode mnie. Jego ciało na Ukrainę dotarło zabalsamowane - rodzina twierdzi, że twarz miał zniekształconą, rozpoznali go po kształcie podbródka.

Dmytro Nikiforenko z narzeczoną, ZuząDmytro Nikiforenko z narzeczoną, Zuzą Fot. archiwum prywatne

Narzeczona, która nie miała okazji zobaczyć Dmytry przed złożeniem do grobu, pożegnała go recytacją wiersza, której nagranie opublikowała w mediach społecznościowych:

"Siedzę w pokoju sama

Płaczę, więcej Cię już nie ma

Tego, który tak bardzo mnie kochał

Tego, który cenił mnie ponad wszystko

Tego, który cały świat mi podarował

Ty! nauczyłeś mnie kochać

I życie odkryłam od nowa

A ile szczęścia i planów jeszcze było przed nami

Los złodziej wszystko postanowił za nas

Odebrał mi Ciebie

Czy to ta cena,

Którą mam zapłacić?"

 

Śmierć Ukraińca podczas interwencji policji. Konsulat milczy

Przez kilka ostatnich dni bezskutecznie próbowałem nawiązać kontakt z Konsulatem Generalnym Ukrainy w Krakowie. Dzwoniłem na prywatny numer konsula Wiaczesława Wojnarowskiego, ale nie odbierał telefonu. Na prośbę o rozmowę przesłaną SMS-em nie odpowiedział. Na pytania przesłane do konsulatu również nie otrzymałem odpowiedzi.

Tekst powstał w ramach Programu Dziennikarstwa Śledczego przy wsparciu Czytelników "Gazety Wyborczej" oraz Fundacji "Gazety Wyborczej"

Fundacja Gazety WyborczejFundacja Gazety Wyborczej RED

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.