Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rozmowa z Agatą Ferenc z Koalicji Wrocław Wita Uchodźców, prezeską fundacji PERYFERIA Ośrodek Solidarności Międzykulturowej

Karolina Kijek: W czwartek wróciłaś z granicy polsko-białoruskiej, gdzie od ponad dwóch tygodni znajduje się grupa uchodźców. 

Agata Ferenc:- Spędziłam tam trzy dni, pod namiotem, w samym centrum wydarzeń. W takich warunkach polowych, przy załamaniu pogody i bardzo trudnej sytuacji, także pod względem psychicznym, naprawdę trudno dłużej wytrzymać. I niestety, sytuacja wygląda coraz gorzej. Jest wręcz krytyczna. 

CZYTAJ: Usnarz Górny. Uchodźcy chorują, marzną i mokną w deszczu [AKTUALIZUJEMY]

W środę, przez chwilę, wszyscy na miejscu cieszyliśmy się, gdy dotarły do nas informacje, że Europejski Trybunał Praw Człowieka nakazał Polsce, w ramach środka tymczasowego, udzielić natychmiastowej pomocy osobom przebywającym w pasie przygranicznym. Czyli zapewnić żywność, wodę, pomoc medyczną, tymczasowe schronienie. 

Gdy ta wiadomość nadeszła, krzyczeliśmy do siebie i klaskaliśmy. Tłumaczka, która jest na miejscu, starała się wytłumaczyć tej grupie, co oznacza decyzja Strasburga. Przekazała im, że jest duża szansa, iż pomoc zostanie im udzielona, ale muszą być cierpliwi.

Niestety, to był tylko chwilowy moment radości. Po nim nastąpiła kolejna frustracja, bo pomoc jest potrzebna w tym momencie.

Premier Morawiecki powiedział tymczasem, że grupa znajduje się na terytorium Białorusi, więc potrzeba zgody białoruskich władz, aby im pomóc. 

- Trudno mi powiedzieć, co teraz się wydarzy i jak można ten wyrok przekuć w rzeczywistość. Pracuje nad tym wielu prawników. Nasuwają się pytania, że skoro tak jest, to dlaczego tym ludziom wydają rozkazy polskie służby? Czy więc Polska okupuje w ten sposób ziemię białoruską?

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Można tak dyskutować pewnie jeszcze przez wiele czasu, ale tam go po prostu nie ma. I to bardzo mocno widać w emocjach prawników, ratowników, wolontariuszy, pracowników fundacji Ocalenie, która pełni tam kluczową rolę. 

Opowiedz więc o tym, jak wygląda sytuacja na miejscu.  

- Jest tam cała rzesza ludzi, gotowa na różne scenariusze, które mogą nastąpić.

CZYTAJ: Usnarz Górny. 52-latka jest w bardzo złym stanie. Potrzebna natychmiastowa pomoc

Przyjechała karetka z Warszawy, bo żadnej z okolicy nie dało się ściągnąć. Lekarze, którzy próbowali udzielić pomocy grupie, nie zostali do niej dopuszczeni. Jesteśmy jednak w stałym kontakcie i na bieżąco są prowadzone konsultacje, jeśli tylko udaje się zdobyć jakieś informacje na temat stanu zdrowia poszczególnych osób.

Na bieżąco są dostarczane rzeczy, na które jest w tym momencie zapotrzebowanie.

Sporo ludzi przyjeżdża też codziennie na miejsce, aby po prostu zapytać, jak nas wesprzeć. Mają taką potrzebę, chcą się jakoś włączyć w to, co się dzieje. Organizacja na miejscu jest bardzo dobra, więc po prostu zostawiają swoje dane kontaktowe i odjeżdżają. Są gotowi do działania. To bardzo ważne. Niestety, nie wystarczy, żeby przełamać tę patową sytuację.

Usnarz Górny - nieopodal przetrzymywani są uchodźcy. Na zdjęciu wolontariusze z Warszawy, którzy przyjechali pomagać Fundacji OcalenieUsnarz Górny - nieopodal przetrzymywani są uchodźcy. Na zdjęciu wolontariusze z Warszawy, którzy przyjechali pomagać Fundacji Ocalenie Fot. Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta

Poseł Franciszek Sterczewski napisał: "Widziałem przerażone oczy tych ludzi, którzy trzęsą ze strachu i zimna". Ty również je widziałaś? 

- Nie. Dzieli nas od nich odległość około 150 metrów. Przez lornetkę można zobaczyć czasem zarysy postaci. Są zasłonięci samochodami straży granicznej, która próbuje w różny sposób nie dopuścić do kontaktu między nimi, a nami.  

Udało się jednak nawiązać kontakt. 

- Wypracowaliśmy własny system. Oni machają, pokazują nam znaki, my na nie odpowiadamy. Gdy tylko ich widać, tłumaczka zadaje pytania korzystając z megafonu. Czasem uda im się przekazać konkretną wiadomość, o ile nie zostanie zagłuszona przez silniki wojskowych samochodów.

CZYTAJ: Tłumaczka na granicy polsko-białoruskiej: "25 osób jest chorych, 52-latka w stanie ciężkim"

Czasem piszą wiadomości na kartonach czy kawałkach materiału. Używają do tego prawdopodobnie drewna spalonego w ognisku, przy którym się ogrzewają. Napisy pokazują później nam. Nie dałoby się ich odczytać, gdyby nie fotograf z bardzo dobrym obiektywem. Jest to więc mozolna praca zorganizowanego zespołu. W taki sposób udało nam się na przykład dojść do tego, na jakie dolegliwości cierpią konkretne osoby.

Udało nam się także puścić im afgańską muzykę. Słyszeliśmy jak się cieszą. Odpowiadaliśmy tym samym. To był bardzo wzruszający moment.

Ten kontakt ma też ważne znaczenie psychologiczne. Daje tym ludziom nadzieję i poczucie, że ktoś cały czas o nich dalej walczy. Być może to teraz najważniejsze, żeby przetrwali i się nie poddali. 

O co proszą? 

- O wodę, jedzenie i lekarza. Piszą też "pomóżcie, umieramy". Co pewien czas sygnalizują, że dostali coś do jedzenia od strony białoruskiej, np. chleb czy owoce. Piją wodę z pobliskiego strumyka. W ten sposób, na dłuższą metę nie da się przeżyć.

Usnarz. Migranci na granicy polsko-białoruskiejUsnarz. Migranci na granicy polsko-białoruskiej Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Choć jest to utrudnione, bo nie widzimy swoich twarzy, nawiązujemy też kontakt emocjonalny. Pierwszego dnia, gdy dotarłam, pytali - przez napis na kartonie - o tłumaczkę, czy jest dostępna. Używali jej imienia. 

Na miejscu jest wsparcie, którego potrzebują ci ludzie? 

- Jest i czeka. Zapakowaliśmy chociażby całą torbę z podstawowymi lekami, odżywkami białkowymi, kocami termicznymi. Część z tego próbował dostarczyć przebywającym na granicy poseł Franek Sterczewski. Ten jego bieg był spontaniczny. Dzień wcześniej podszedł bliżej, więc założyliśmy, że może się uda. Poszedł spróbować, ale się nie udało. 

Cała akcja jednak przyniosła ogromy oddźwięk, wzmocniła zainteresowanie tematem i to się też bardzo liczy.

Przychodzą okoliczni mieszkańcy? 

- Tak. Mówimy im, po co tu jesteśmy i co robimy. Reakcje są różne. Niektórzy uważają, że cała sytuacja jest po prostu wyreżyserowana. Inni są zdenerwowani i ja to rozumiem. To, co się dzieje, zaburza im pewien porządek życia, mają prawo się stresować. 

Usnarz. Migranci na granicy polsko-białoruskiejFot. Grzegorz Dabrowski / Agencja Gazeta / BIALYSTOK

Praca z lokalną społecznością to bardzo ważna część całej akcji na miejscu, także w perspektywie długofalowej. Sytuacja na granicy będzie stale się pogarszać, a lokalni mieszkańcy to najczęściej dla uchodźców pierwszy kontakt i wiele od nich zależy.

Są też mieszkańcy, którzy mówią, że "gdyby nie było całej afery", to by pomogli. Ale teraz się boją.

Czego? 

- Na przykład tego, że zostaną napiętnowani albo będą mieli problemy - paradoks polega na tym, że za to, co robili w zasadzie od zawsze. To są starsi mieszkańcy, niektórzy pamiętający wojnę. Nie odmawiali przekraczającym granicę pożywienia, wody, ubrania. Ale teraz mówią, że przez atmosferę wokół sprawy, po prostu boją się to robić.

Przyznają też, że są rozczarowani postępowaniem straży granicznej. Ten zawód jest tam poważany. Strażnik graniczny dotychczas kojarzył się z tym, że pomagał, gdy krowy przeszły na drugą stronę granicy. 

Usnarz. Migranci na granicy polsko-białoruskiejFot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

A co na to strażnicy graniczni? 

- Narzekają, że źle się o nich mówi, ale to nie są ich decyzje i oni tylko wykonują rozkazy. Jednak szczerze mówiąc, zastanawiam się, jak można to robić, a później po prostu wracać do domu, jeść z rodziną obiad, a w niedzielę modlić się w kościele. 

Co możemy zrobić tu, we Wrocławiu, aby pomóc uchodźcom. 

- Możemy oczywiście cały czas wpłacać pieniądze na sfinansowanie prawników dla osób, które starają się o ochronę międzynarodową czy obserwować lokalne organizacje pomagające takim osobom i dowiadywać się, jakiego wsparcia potrzebują. Na przykład w tym momencie dzieci z doświadczeniem uchodźczym i migracyjnym, mieszkające już w Polsce, idą do szkół, więc są organizowane zbiórki potrzebnych artykułów szkolnych.

Korzystajmy też z tego, że poziom zainteresowania kwestiami uchodźczymi wzrósł i rozmawiajmy o tym z najbliższymi, rodzinami, przyjaciółmi. Edukujmy pod tym kątem dziećmi. Naciskajmy na polityków, na władze lokalne, abyśmy wspólnie przygotowali nasz kraj na przyjęcie uchodźców i uchodźczyń, chociażby na poziomie samorządowym. 

I po prostu, proponujmy tym ludziom tworzenie wspólnoty. Według naszej kultury, to właśnie po naszej stronie leży zaproszenie i ugoszczenie. A przecież uchodźcy już są wśród nas, mieszkają także we Wrocławiu. 

Zaprośmy więc ich na spacer, obiad, wspólne bieganie. Po prostu ich zauważmy. Podobnie jak innych obcokrajowców, którzy są naszymi sąsiadami. Nawiążmy z nimi kontakt. Pamiętajmy, że integracja działa w dwie strony i opiera się na partnerskiej relacji.

Usnarz. Migranci na granicy polsko-białoruskiejFot. Grzegorz Dabrowski / Agencja Gazeta / BIALYSTOK

Pojechałaś na granicę z potrzeby serca? 

- Raczej ze wściekłości i potrzeby zareagowania. Nie byłam w stanie zająć się niczym innym.

Pojechałam tam też dlatego, że zawodowo mam doświadczenie w pracy na granicach w różnych częściach świata i dobrze sobie radzę w sytuacjach kryzysowych. Od 2015 roku, odkąd działa Koalicja Wrocław Wita Uchodźców – powołana na rzecz wspierania osób z doświadczeniem uchodźczym - jeździłam z pomocą na Bałkany i do Grecji, w miejsca, przez które biegły szlaki uchodźcze. Spotkałam tam ludzi z różnych krajów, którzy rzucili pracę, zrezygnowali z wakacji, wydali oszczędności, żeby tam działać w ramach wolontariatu.

Jeśli chodzi o sytuację na granicy polsko-białoruskiej, to dla mnie ważne jest też to, że jestem po prostu świadkinią tego, co tam się dzieje. My, którzy jesteśmy po tej drugiej stronie, widzimy, jak te osoby są poddawane torturom, a zapisy konwencji genewskiej są po prostu deptane. 

Pojechałam też z poczucia, że być może kiedyś będą potrzebni ludzie, aby powiedzieć "tak, widziałem", "tak, byłam tam", żeby ludzie odpowiedzialni za tę sytuację ponieśli konsekwencje.

Jaka jest twoja główna refleksja po tym, co zobaczyłaś? 

- Myślę, że to sytuacja patowa. Kwestia godzin, może dni, nim dojdzie do ogromnej tragedii i ktoś umrze. To będzie ogromny wstyd i hańba dla nas, jako ludzi, dla naszego kraju, ale i dla całej wspólnoty, jaką jest Unia Europejska, bo to także jest jej granica. 

To, co się na niej dzieje, regularnie wydarza się na świecie. Ale tak po ludzku, jestem wstrząśnięta tym, że to u nas, w naszym kraju. Jako Polka, czuję o wiele większą odpowiedzialność w tej sytuacji. I mam dużą potrzebę powiedzenia: "To nie w moim imieniu". 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.