35-letnia wrocławianka Anna Iwaniuk już trzy razy pokonała raka, a w maju urodziła syna. Nowotwór nie odpuszcza i zaatakował po raz czwarty. Nadzieją jest dla niej terapia nierefundowanym lekiem z USA.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pomóc Annie w uzbieraniu pieniędzy na leczenie można  tutaj.

W ciągu ostatnich siedmiu lat Anna zaczęła wierzyć w cuda. Trudno jej inaczej wytłumaczyć to, co przez ten czas się wydarzyło. Rak zaatakował ją cztery razy. Po 40 chemioterapiach zaszła w ciążę i urodziła syna, Lwa. Lekarze nie dawali jej szans na wyzdrowienie, ale w ubiegłym roku w Stanach Zjednoczonych zarejestrowano nowy lek – właśnie dla takich pacjentów jak ona.

Dzięki wsparciu kilkunastu tysięcy osób w Polsce zebrała kwotę potrzebną na rozpoczęcie leczenia. Na jego kontynuowanie - zbiórka wciąż trwa.

Cztery walki Anny z rakiem

Miała 28 lat, gdy pierwszy raz wyczuła w piersi guzek. Przeszła chemioterapię, operację oszczędzającą i naświetlanie. Podczas leczenia uzupełniającego choroba powróciła. W tej samej piersi znów pojawił się guz. Lekarze uznali, że jest nieoperacyjny.

Przez osiem miesięcy przyjmowała chemioterapię, ale nie reagował.

– Powiększał się do momentu, gdy pierś dosłownie pękła. Zaczął rosnąć na zewnątrz, po półtora miesiąca miał już wielkość mandarynki. To było coś okropnego – mówi Anna. 

Lekarze zaproponowali leczenie paliatywne. Wyszłam z gabinetu i zaczęła szukać pomocy gdzie indziej.

– Aż trafiłam do lekarki, która do dzisiaj jest moją lekarką prowadzącą. Usiadłam przed nią i powiedziałam: "Wie pani, dlaczego ten guz tak wyszedł na wierzch? Bo się wyprowadza". Nie wiem, skąd miałam taką siłę. 

Jeden z chirurgów podjął się operacji (jak powiedział później, najtrudniejszej w jego karierze zawodowej). Wyciął pierś razem z mięśniem piersiowym. Później Anna znów usłyszała, że skończyły się sposoby na leczenie.

– Jeśli rak wróci, nic już nie da się zrobić – przyznali lekarze.  

Wtedy przestała się badać, a zaczęła składać życie na nowo: radzić sobie z rozstaniem z wieloletnim partnerem, szukać pracy, dochodzić do siebie po latach chemioterapii. 

Trzecią walkę z rakiem rozpoczęła dwa lata po operacji, jesienią 2019 r. Poczuła ból w klatce piersiowej. Badanie wykazało przerzuty do węzłów chłonnych i płuc. 

– Zrobiono mi więc punktowe naświetlania. Lekarze liczyli, że to być może na chwilę tego raka uspokoi – mówi Anna. Przestała już liczyć na cud. Zaplanowała hucznego sylwestra, zaprosiła przyjaciół i znajomych. Myślała, że to może być jej ostatni. 30 grudnia otrzymała wyniki. Guzy zniknęły. 

– Życie znów zaczęło mi się układać. Poznałam nowego partnera, z którym jestem do dziś. Kolejne badania nie wykazywały zmian – mówi Anna. 

Czwarta, trwająca do dziś walka zaczęła się niecały rok temu, we wrześniu 2020 r. Guzy znowu pojawiły się w węzłach chłonnych. Biopsja była tym razem wyjątkowo niebezpieczna, lekarze nie wykluczali konieczności otworzenia klatki piersiowej. 

Nadzieję na pokonanie nowotworu daje lek z USA 

Anna: – Nigdy się nie bałam takich zabiegów, ale tym razem było inaczej. Dosłownie pochorowałam się ze strachu, więc zabieg trzeba było przesunąć. Teraz myślę, że to ciało mi podpowiadało. Okazało się, że jestem w ciąży.   

Podjęła najtrudniejszą decyzję w swoim życiu: pomimo raka postanowiła urodzić. Od drugiego trymestru brała chemioterapię niezagrażającą ciąży. Syn przyszedł na świat w maju tego roku. Razem z partnerem dali mu na imię Lew, bo dzielnie walczył, jeszcze będąc w brzuchu. 

Mniej więcej w tym czasie, gdy rak zaatakował po raz czwarty, w Stanach Zjednoczonych zarejestrowano nowy lek przeznaczony właśnie dla takich pacjentów jak ona, którzy mają trójujemnego raka piersi.

– Wykazuje niesamowitą skuteczność przy już leczonych rakach przerzutowych. Niestety, nie jest jeszcze zarejestrowany w Unii Europejskiej, a terapia nim jest bardzo kosztowna – mówi Anna. 

Pomoc tysięcy osób. Zbiórka na leczenie wrocławianki

W maju Anna zaczęła zbiórkę pieniędzy na pierwsze trzy miesiące terapii. Taki jest wymóg, aby móc ją rozpocząć. Mniej więcej po tym czasie powinno być wiadomo, czy przynosi ona efekt. Jej koszt to ok. 800 tys. zł. 

Poprzez portale crowdfundingowe udało się zebrać potrzebne środki na ten cel. Wciąż na portalu siepomaga.pl, trwa jednak zbiórka pieniędzy na dalsze leczenie. 

Gdy rozmawiamy o tym przez telefon, Anna jest po dwóch dniach spędzonych w szpitalu. Jej stan się pogorszył. Anna mówi, że rak prawdopodobnie nacieka na główną żyłę i tamuje przepływ krwi.

– Jeśli żyła się zaciśnie, to umrę – mówi. 

Co kilka minut na konto zbiórki wpadają jednak kolejne kwoty. Informację o zbiórce udostępniło w sieci wiele znanych osób, wkrótce ma się pojawić także w autobusach i tramwajach MPK. 

– Ludzie są niesamowici. Wpłacają nawet po 2, 4 zł, z czystego odruchu serca. Ta ogromna suma to efekt wsparcia kilkunastu tysięcy osób – mówi Anna. – Przez te siedem lat bardzo mocno doceniłam relacje międzyludzkie. To one są najważniejsze w życiu. Pieniądze, praca czy nawet zdrowie są wartością przemijającą. Ale gdy mamy ludzi, którzy nas kochają i nas wspierają, mamy wszystko. 

Wierzy w kolejny cud.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem