Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zapisz się na miejski newsletter wrocławskiej „Gazety Wyborczej”. Codziennie dostaniesz najważniejsze artykuły w jednym e-mailu

Lidia ma 24 lata. Pracowała w dużej firmie w Mińsku. – Gdy dowiedzieliśmy się, jakie są wyniki wyborów prezydenckich, poszliśmy na plac Zwycięstwa. Gdy dzieje się coś ważnego, to właśnie tam, pod pomnikiem Miasta-Bohatera zawsze się zbieramy – opowiada.

I dodaje: - Wzięliśmy białe róże, opaski, naszyjniki, co kto miał białego i poszliśmy pokojowo protestować.

Jej mama Katia podkreśla, że na ulice wyszli zwykli ludzie. Ona sama jest nauczycielką. Nigdy nie należała do opozycji, nie występowała przeciwko władzy, nie brała udziału w manifestacjach.

Uważa, że przełom, gdy Białorusini postawili się Łukaszence, przyniósł koronawirus. – Wszędzie wirus był. Kraje zamykały granice, a nasz prezydent stanął i powiedział, że na Białorusi nie ma wirusa. Przecież wiedzieliśmy, że jest. Ludzie przestali mu wierzyć.

- Ale ciągle wierzyliśmy, że Łukaszenka nie jest szkodliwy – dodaje Katia. – Nikt się nie spodziewał, że każe strzelać do ludzi.

Protest przeciwko represjom białoruskiego reżimuProtest przeciwko represjom białoruskiego reżimu archiwum prywatne

Lidia nawet nie poczuła, że dostała kulą. Gumowy z zewnątrz, a w środku metalowy pocisk trafił ją w środek policzka. Do dziś ma na buzi szramę. Z kolei odłamki granatów hukowych pokaleczyły jej nogę.

Wszystkich rannych zabrano do karetek i wywieziono do wojskowego szpitala. Kobieta przeszła zabieg, bo odłamki utkwiły jej w nodze. – Tam było mnóstwo ludzi pokrwawionych – mówi. Wszyscy czekali.

Więzienie na Akreścina

Jeszcze w szpitalu zabrano jej telefon i przeszukano. Robiono tak wszystkim. Zaraz potem zabrano ją do aresztu śledczego przy ulicy Akreścina w Mińsku. - Tam jechali wszyscy, którzy byli ranni, ale mogli już wyjść ze szpitala – mówi Lidia. – Usłyszeliśmy zarzuty udziału w masowych wydarzeniach z użyciem środków zagrażających życiu policjantów.

I zaznacza: - My się na placu Zwycięstwa musieliśmy się bronić, to nas zaatakowano! A usłyszeliśmy, że to my atakowaliśmy policję! Podczas przesłuchań mówili, że mają nasze nagrania, że to mu napadaliśmy i że byliśmy pijani.

- Wystarczyło, że ktoś przechodził obok, na przykład wracał z pracy czy szedł do sklepu – dopowiada mama Lidii, Katia, która mieszka w Brześciu. – I został przypadkiem ranny. Też go zabierano i stawiano zarzuty.

Gdy tylko dowiedziała się, co dzieje się z córką, postanowili, że wyjeżdżają z Białorusi. - Mąż skontaktował się z Domem Polskim w Warszawie i oni udzielili nam pomocy – mówi Katia. – Warunek był jeden. Musieliśmy tylko dojechać do granicy z Polską.

Wyjazd z Białorusi

Gdy Lidia po 72 godzinach od zatrzymania opuściła więzienie, rodzice bez zwłoki zabrali ją i wyjechali do Polski. – Już nie wierzyliśmy w to, że nic nam nie grozi – mówi Katia. – Wiedzieliśmy, co będzie, wiedzieliśmy, że czekają nas szykany.

W szpitalu Lidia poznała Artema, który w Mińsku prowadzi działalność gospodarczą. Pojechał z nimi. - Na granicy, po polskiej stronie czekały karetki, które zabierały nas do szpitali – mówi Artem, który był poważnie ranny w nogę. Już po wyjeździe przeszukano jego mieszkanie. Do domu Lidii policja weszła, gdy była jeszcze zatrzymana.

Wszyscy, którzy znaleźli się w Polsce, dostali wizy honorowe. Kilkadziesiąt osób przyjechało na Dolny Śląsk, gdzie dochodzą do siebie.

- Są jednak w bardzo trudnej sytuacji – mówi Natasha Polkh, która w Polsce przebywa od 15 lat, a teraz pomaga rodakom. – Nie mają ciepłych rzeczy, cierpią na traumę pourazową, po tym, co się stało, nie mogą też podjąć pracy. Gdyby nie pomoc, byliby w trudnej sytuacji. Czekamy teraz, co postanowi w ich sprawie polski Sejm.

Natasha nawiązała kontakt z Domem Białoruskim w Warszawie, który wspiera chroniących się przed reżimem i jego represjami w naszym kraju i załatwia im wizy honorowe. Chce utworzyć na Dolnym Śląsku jego filię.

Z pieniędzy, które zebrała, wynajęła już dwa mieszkania we Wrocławiu, gdzie będą mogli zamieszkać uciekinierzy. W jej mieszkaniu przebywają kolejne represjonowane osoby. – Do domu nie możemy wrócić – mówią. – Boimy się.

- Na Białorusi nadal odbywają się protesty, które mają na celu obalenie reżimu Łukaszenki. Nadal są one przez ten reżim, krwawo tłumione – przypomina Natasha.

Pieniądze, które wspomogą szykanowanych Białorusinów, można wpłacać TUTAJ.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.