Przez lata państwo, narzucając kolejne przepisy, stało się nieufne w stosunku do obywatela i samorządu. Dzisiaj kontrolują nas: wojewoda, NIK, RIO, CBA, CBŚP, prokuratura i jeszcze wiele innych instytucji - mówi wieloletni prezydent Lubina Robert Raczyński.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wywiad z prezydentem Lubina Robertem Raczyńskim

Magdalena Kozioł: Z jakim pojęciem o samorządzie został pan prezydentem w 1990 r.?

Robert Raczyński: Nic o nim nie wiedziałem. O istnieniu Kodeksu postępowania administracyjnego poinformowała mnie sekretarka.

Po co zaczynać robotę, o której nic się nie wie?

– Prezydenta, burmistrza i wójta wybierała wtedy rada i była to decyzja polityczna. W moim przypadku dość naturalna, bo jako opozycjonista organizowałem komitety obywatelskie. Kiedy ich przedstawiciele zdobyli mandaty, uznali, że ja najlepiej sobie poradzę na stanowisku. Przemawiało za tym też moje doświadczenie zawodowe: miałem prywatną firmę, która zatrudniała ludzi. Dla mnie, jako 28-letniego wtedy kawalera, była to przygoda.

Raczej władza bez władzy.

– Ponad 30 lat temu prezydent był jedynie kierownikiem urzędu, takim zakładnikiem rady miejskiej. Nie miał autonomii w działaniu i swoich kompetencji, nie zatrudniał skarbnika i sekretarza, a przychodząc rano na sesję, mógł z niej wyjść zdymisjonowany.

Do końca 1990 r. nasze finanse były częścią budżetu państwa i każdy prezydent, burmistrz i wójt miał w tym czasie taki sam bałagan. Pieniędzy nie dało się przesuwać z tabelki do tabelki czy z jednej inwestycji do drugiej. Dostawaliśmy od rządu dedykowane fundusze, np. wysokość tego na rozwój kultury uzależniona była od ilości spożywanego alkoholu w gminie, a tego z obszarów wiejskich – od tego, ile chłop przekazał miastu ziemi.

Sytuacja zmieniła się w styczniu 1991 r., czyli osiem miesięcy po ustawie samorządowej, kiedy weszła kolejna – o podziale kompetencji między rządem i samorządem. Wtedy walczyliśmy z hiperinflacją i lokalne budżety nowelizowaliśmy co tydzień, ucząc się, jak samorząd ma działać. A radni chcieli mnie odwołać za to, że wniosłem uchwałę o dietach dla nich, do czego zobowiązywały mnie przepisy.

Niepojęte. Wynagrodzenia nie chcieli?

– Uznali, że ich obraziłem. Mieli wtedy inne nastawienie do pracy. Pełni entuzjazmu wierzyli, że szybko przebudują i naprawią Polskę po komunie. Na sesjach dyskutowali od rana do nocy bez żadnych podziałów politycznych, a jak ktoś był „czerwony”, to unikał identyfikacji. Zmieniło się to po wyborach parlamentarnych w 1993 r.

Ale jeszcze bardziej w 2002 r., kiedy prezydenta po raz pierwszy wybierali mieszkańcy, a on po raz pierwszy mógł realizować swoją wizję polityczną.

– Wyrwano wtedy wiele uprawnień radnym i to był dla nich największy szok. Miałem wtedy przeciwko sobie 23 radnych, którzy nie wierzyli, że mogę bez ich poparcia rządzić miastem. Udowodniłem, że się dało nawet bez absolutorium przez osiem lat.

W 2009 r. zorganizowali referendum, żeby mnie za to odwołać, ale skończyło się frekwencyjną katastrofą. Do urn poszło 1,49 proc. mieszkańców, a opozycja rok przed wyborami straciła na ich organizację sporo pieniędzy. To był dowód, że radni nie zrozumieli zmian, jakie zaszły w samorządzie, i że ich głos nie jest już decydujący.

Po co pan wrócił do ratusza po ośmioletniej przerwie?

– Z polityki się wycofałem, bo założyłem rodzinę i zacząłem pracę w bankowości. W 2002 r. uznałem jednak, że bezpośrednie wybory prezydenta dają nowe możliwości działania. Wtedy krajowa polityka już się psuła, gniłi AWS i UW, wszędzie dostrzegało się nadchodzącą katastrofę. W Lubinie też. Obejmując ponownie urząd, w kasie miejskiej nie miałem pieniędzy na wypłaty dla urzędników, na opłacenie rachunków za prąd, by w nocy świeciły uliczne latarnie, i na ogrzewanie w placówkach oświatowych. Było gorzej niż w latach 90.

Musiałem nawet wynajmować salę kinową, żeby zmieścić wszystkich przedstawicieli wspólnot mieszkaniowych, aby ich przekonać, by nie naliczali miastu karnych odsetek, ponieważ poprzednicy nie płacili za mieszkających tam komunalników.

Prezydent walczył o finanse, to znaczy, że samorząd wtedy się naprawdę narodził?

– Nie. Podam przykład. W 1990 r. o godz. 8.15 przyszło do mnie trzech mieszkańców świeżo przyłączonego osiedla Krzeczyn Wielki. Potrzebowali pieniędzy, by podłączyć się do sieci gazowej. Zaproponowałem, by założyli lokalny komitet gazyfikacji i poszli do pokoju 102, gdzie pani Zosia ich szybko zarejestruje, a oni z dokumentami do mnie wrócą o godz. 9, bo o 10 mam zarząd, na którym zaproponuję przyznanie środków. Komitet w trzy miesiące załatwił temat i sam zatrudnił firmę, która wykonała sieć.

Później byłoby to niemożliwe. Najpierw ci ludzie musieliby czekać na wpis do KRS-u, potem urzędnicy gminni musieliby sprawdzać ich wiarygodność, ogłosić konkurs, przetarg i po czterech latach gazyfikacja mogłaby ruszyć z miejsca. Przez lata państwo, narzucając kolejne przepisy, stało się nieufne w stosunku do obywatela i samorządu. Dzisiaj kontrolują nas: wojewoda, NIK, RIO, CBA, CBŚP, prokuratura i jeszcze wiele innych instytucji. Jeżeli złożę podpis z lewej strony dokumentu, a nie z prawej, to prokurator postawi mi zaraz zarzut o poświadczeniu nieprawdy z karą zagrożoną do 12 lat więzienia.

Kompetencje samorządom cięto też wcześniej.

– Zaczął rząd Waldemara Pawlaka w 1993 r., decydując, że nie przejmiemy oświaty. Rząd Leszka Millera w 2001 r. odebrał wpływ samorządów na służbę zdrowia. Później straciliśmy wpływ na bezpieczeństwo – kompetencje straży miejskiej i wybór np. powiatowego komendanta policji, o którego nominacji starosta zaczął się dowiadywać z gazety albo telewizji. Rząd PO–PSL nie dobił instytucji kuratorium i nie dokończył przekazania do gmin kontrolnych kompetencji oświatowych. PiS to wykorzystał i wzmocnił kuratora. Nie mamy więc już wpływu na organizację siatki szkół, a on, jak mu się nasza propozycja nie spodoba – narzuca swoją.

Stawek za wodę gmina też już nie ustala. Ich ceny Wodom Polskim proponuje prezes spółki wodociągowej po konsultacji z prezydentem, burmistrzem i wójtem.

– Kretynizm. Właśnie dlatego nie ma u nas żadnych inwestycji wodociągowych, bo banki odmawiają udzielania kredytu podmiotowi, który nie ma wpływu na cenę wody.

Prezes wodociągów jest z pana nominacji?

– Jeszcze jest mój, choć nie wiem, czy mi go nie zabiorą. Przychodzi do mnie z propozycją, którą wysyła Wodom Polskim, ale zgodnie z prawem nie musi. Właśnie ta sytuacja pokazuje, jak państwo znowu zawłaszcza lokalne dotąd decyzje. Dlaczego ten proces mógł w ogóle zaistnieć? Jak to się stało, że silny, jak się wydawało, samorząd tak łatwo traci swoje wpływy?

Dlaczego tak się stało?

– Bo jest partyjny, a partyjność oznacza podporządkowanie się i ograniczenie aspiracji. Samorząd utracił wolę sprzeciwu.

Opozycyjnych prezydentów i burmistrzów jest sporo.

– Nie widzę ich. To ja zawsze się sprzeciwiałem i byłem w starciu z każdym rządem. W polityce nie szanuje się tych, którzy spuszczają głowę.

Jakim cudem wygrywa pan kolejne wybory?

– Jakość przeciwników jest coraz słabsza.

Krzysztof Kubów z PiS-u, jeden z pana rywali z 2018 r., poszedł w ministry.

– Ale czy to jest awans? Dlaczego większość ministrów kandydowała w wyborach samorządowych, chcąc objąć funkcję prezydenta, burmistrza i wójta? Minister jest nikim. Realna władza jest w samorządzie.

Tyle że to władza teraz maksymalnie na dwie pięcioletnie kadencje.

– Przyzwyczaiłem się, że w Polsce nie ma trwałych rozwiązań ustrojowych. Nie wiem, co będzie za tydzień, dwa, a co dopiero za rok. Wprowadzenie tych przepisów wyglądało jak porachunki z jakimś wójtem, którego w taki sposób postanowiono wywalić z roboty. Źle się stało, że kadencję wydłużono do pięciu lat, bo jestem zwolennikiem kadencji krótszej – trzyletniej.

Większość samorządowców uznała, że to dobre rozwiązanie, bo np. zaplanowane inwestycje uda się dokończyć.

– A dlaczego w trzy lata nie są w stanie?

Bo długo trwa ich przygotowanie i realizacja – twierdzą.

– To trzeba skrócić procedury. Co będzie, kiedy trzeba będzie przygotowywać je w osiem lat, kadencja będzie wydłużona do 10?

Co pana zdaniem się w samorządzie nie udało?

– Nie udało się utrzymać entuzjazmu, który był w latach 90. Zniknęło tysiące stowarzyszeń, organizacji pozarządowych, które miały pomysły i chciały działać. Jak nie ma takiej aktywności, to nie ma samorządu.

Konsultacje społeczne przecież są.

– Kiedy przychodzi pięć osób, bo nie z tej strony podwórka stoi śmietnik, to już nie to samo. Kiedy przychodziło 500 – pojawiały się pomysły, a nie żądania. Sam walczyłem kilkanaście lat, żeby Lubin pojawił się na mapie kolejowej Polski, bo politycy nie rozumieli argumentów, że zamiast autostrad najpierw trzeba zainwestować w kolej. Na mój wniosek, też po latach walki, udało się zmienić model podatkowy i obniżyć ten, który płaci KGHM.

Domagał się pan zniesienia go.

– No, nie mogę przecież zrobić wszystkiego za 460 posłów.

Głoswanie na sukcesy 30-lecia w Lubinie

Trwa nasz plebiscyt na sukces 30-lecia w dolnośląskich miastach. Potrwa do 30 kwietnia, wyniki ogłosimy 8 maja. W Lubinie wybieramy między następującymi propozycjami:

Supermiasta
CZYTAJ WIĘCEJ
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Dyletant, egocentryk, sojusznik pisowskiej anntysamorzadowe wendetty. Człowiek niezdolny do wspolpracy z kimkolwiek. A przecież to jest istotą samorządu. Bardzo rzeczny manipulator. Mistrz w domenie KGHM. Nie ma prrzyjaciol, Tylko klakierów, wrogów albo wspolnikow w ciemnych politycznie interesach.
    @wnukhubala
    Jeden z tych ,którzy oszukali ludzi swoją bezpartyjnością :( Sprzedali Dolny Śląsk za stanowiska ,a dzisiaj po wytyczne jeżdżą na Nowogrodzką .
    już oceniałe(a)ś
    3
    0
    Prosze nienpublikowac z nim wywiadow. Promotor Kukiza, polecznik pISu.
    już oceniałe(a)ś
    12
    0
    Cokolwiek powie ten pan - byłoby to może wiarygodne gdyby najpierw wyszedł z koalicji z tymi którzy samorządy niszczą i uważają za zło.
    już oceniałe(a)ś
    10
    0
    Szkoda, że w ramach sukcesu w środku rynku jest plac betonowy
    już oceniałe(a)ś
    8
    0
    Co za hipoktryta. Narzeka na polityków ale koalicja z rządzącą ekipą mu nie śmierdziała po to by obsadzić swoimi intratne stanowiska. Odrażający typ. Czy kacyk na włościach już wybatożył mieszkańców Raszówki?
    A może Pan prezydent odniósłby się do zmian w Kolejach Dolnośląskich kiedy to po wejściu w koalicję z PISem wyrzucono kompetentnego i zaangażowanego prezesa Rachwalskiego na jego miejsce wsadzając człowieka na tyle durnego że publicznie przyznał się do tego że 15 lat nie jechał pociągiem. Jakby tego było mało nowa ekipa unieważniła przetarg na pociągi przygotowany jeszcze przez starą ekipę która załatwiła też współfinansowanie z UE na te pociągi. Bo było za drogo. Ogłosili drugi (już swój) przetarg i... wyszło jeszcze drożej. Więc co robi ta niby-kompetentna ekipa? Kilka dni temu powtórnie anuluje przetarg, tym samym bezpowrotnie tracąc unijne dofinansowanie. Nie szuka źródeł finansowania, nie rozmawia z bankami, po prostu anuluje bo tak jest najłatwiej. Rezultatem "kompetentnej inaczej" ekipy będzie brak pociągów na właśnie remontowaną linię do Świdnicy przez Sobótkę. Wyremontowaną za 200 mln zł linią nie będzie miało co jeździć. Ale co tam? Najważniejsze że udało się przywrócić pociągi do Lubina.
    Przypominam, że za prezesa Rachwalskiego Koleje Dolnośląskie były najlepiej w Polsce działającą samorządową spółką kolejową.
    @barok-and-roll
    popracowałbyś z byłym prezesem tobyś zmienił zdanie, klakierze :)
    już oceniałe(a)ś
    0
    1
    @orangen
    Aleś trafił jak kulą w płot, zwiącholu. Mnie jako ewent. użytkownika interesuje jakość usług a nie osobowość prezesa. Jak ci było źle w KD trzeba było przejść do PRów, tam tak nie wymagają bo to g***ana spółka jest, zarządzana centralnie. Jak firma ma być dobra to trzeba zapieprzać w robocie a nie opieprzać się.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    "To ja zawsze się sprzeciwiałem i byłem w starciu z każdym rządem."

    Zwłaszcza z tym rządem, dlatego jestem z nim w koalicji na Dolnym Śląsku. :P

    "Nie udało się utrzymać entuzjazmu, który był w latach 90. Zniknęło tysiące stowarzyszeń, organizacji pozarządowych, które miały pomysły i chciały działać."

    Nic dziwnego - po kilkunastu latach rządzenia miastem przez małego dyktatorka i regularnym "batożeniu" wszelkiej konkurencji...
    już oceniałe(a)ś
    5
    0
    Zdążył już wybatożyć ludzi odsuniętych od lokalnej kolei?
    już oceniałe(a)ś
    5
    0