Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jakub Kurzątkowski, formalnie uczeń pierwszej klasy technikum informatycznego w Bogatyni, ma poparzone 70 proc. powierzchni ciała i jest pod opieką Wrocławskiego Hospicjum dla Dzieci. Po pożarze przez kilka miesięcy walczył o życie w Wielkopolskim Centrum Leczenia Oparzeń, a lekarze dawali mu zaledwie jeden procent szans na przeżycie.

Oprócz oparzeń III stopnia chłopak miał też złamane dwa kręgi. W listopadzie wypisano go ze szpitala i wrócił do rodziny, do Bogatyni.

Własny kawałek nieba

Z mamą, siostrą i pięcioletnim bratem Adasiem – któremu Kuba uratował życie – mieszkają teraz w lokalu socjalnym w Bogatyni, który dostali od gminy. Kuba ma własny pokój, przez okno widzi sąsiedni blok i kawałek nieba. Nie może mieć kontaktu z osobami z zewnątrz – tak było, jeszcze zanim zaczął się problem z koronawirusem – dla niego każda infekcja może być niebezpieczna.

Kuba z Bogatyni został bardzo mocno poparzony, gdy ratował z pożaru swojego brata. Na zdjęciu sprzed pożaruKuba z Bogatyni został bardzo mocno poparzony, gdy ratował z pożaru swojego brata. Na zdjęciu sprzed pożaru Fot. Archiwum rodzinne

Do pokoju Kuby wpada z krzykiem Adaś.

– On właśnie taki jest. Głośny i wszędzie go pełno – mówi Kuba. – Tego dnia mieliśmy iść na spacer, ale zaczął wariować. Nie chciał się ubierać, więc jednak zostaliśmy w domu.

„Ten dzień” był w zeszłym roku, ostatni podczas długiego majowego weekendu. – Jestem już trochę zmęczony opowiadaniem o tym – zaznacza chłopak na wstępie.

Pielęgniarka z hospicjum uprzedziła mnie wcześniej, że Kuba może różnie zareagować.

– Ma syndrom stresu pourazowego – wyjaśnia Iwona Wojciechowska, jego mama. – Nie może spać w nocy, krzyczy. Cały czas podają mu leki, które pomagają wyciszyć emocje.

Adaś nie wiedział, co się dzieje

– Widzę to teraz trochę jak na filmie, jakbym to nie był ja, tylko ktoś inny – zaczyna opowiadać Kuba.

Kuba z Bogatyni został bardzo mocno poparzony, gdy ratował z pożaru swojego brata. Na zdjęciu z bratem AdasiemKuba z Bogatyni został bardzo mocno poparzony, gdy ratował z pożaru swojego brata. Na zdjęciu z bratem Adasiem Fot. Archiwum rodzinne

Było już grubo po południu i w ich mieszkaniu, w starym budynku na poddaszu, zrobiło się zimno, więc postanowił napalić w piecu. Metalowa koza stała tuż przy wyjściu z jego pokoju. Wcześniej był tam stary kaflowy piec, który się rozpadał, więc go rozebrali, a ich mama sama zamontowała tę kozę.

– Trudno było rozpalić. Raz się paliło, raz gasło. Teraz już wiem, że to musiał być zapchany komin. Rozpaliłem, a po jakimś czasie otworzyłem drzwiczki, żeby dorzucić drewno, i nagle coś z pieca buchnęło i wypadło na podłogę.

– To była cofka z komina – dopowiada pani Iwona.

Gdy usłyszała wołanie Kuby, paliła się już podłoga – łatwopalny gumolit zajął się błyskawicznie. Chwyciła koc z pokoju obok, ale już nie dała rady z nim wrócić. Zapaliły się szafa i kasetony na suficie.

– Mama z Oliwką były po drugiej stronie, a my z Adasiem w tym pokoju – opowiada Kuba. Braciszek siedział na łóżku i nie wiedział, co się dzieje. – A gdy ogień poszedł po tych kasetonach górą, to palił się prawie cały sufit.

Jakub chwycił Adasia, wystawił, jak tylko mógł najdalej, za okno i trzymał go tak, dopóki pod oknem nie pojawiła się mama. Trwało to może kilka minut. Temperatura w pokoju była tak wysoka, że na Kubie stopiły się ubrania. Ale na dole był płot – bał się, że jeśli razem z Adasiem wyskoczy, to mogą się na niego nadziać. Rzucił Adasia mamie, gdy tylko wyciągnęła ręce. Osiem, może dziesięć metrów w dół. Złapała. Potem Kuba sam zaczął uciekać, chwycił się parapetu i chciał przedostać się piętro niżej do sąsiadki, ale parapet był oblodzony, a daszek, na którym chciał oprzeć nogi, złamał się pod jego ciężarem. Kuba ześliznął się i zleciał, spadł kilka centymetrów od ogrodzenia.

Dalej niewiele już pamięta, ból poczuł dopiero w karetce. Ratownicy położyli go na brzuchu, bo najbardziej poparzony jest z tyłu – na karku, plecach i tylnej części nóg. W szpitalu też długi czas leżał na brzuchu. Poparzone miał także drogi oddechowe.

Światełko w tunelu

O tragedii huczała cała Bogatynia. Pediatra Magdalena Załucka-Seweryn, ordynatorka oddziału szpitala w Bogatyni, która zna Kubę od dziecka, nie ma wątpliwości, że chłopak jest bohaterem.

Jakub Kurzątkowski w szpitalu. Został bardzo mocno poparzony, gdy ratował z pożaru swojego brataJakub Kurzątkowski w szpitalu. Został bardzo mocno poparzony, gdy ratował z pożaru swojego brata Fot. Archiwum rodzinne

– Kuba zawsze był dość spokojny, wyważony, trochę zamknięty w sobie. Te cechy sprawiły, że doskonale poradził sobie w tej tragicznej sytuacji. Wiedział, co zrobić, żeby ratować brata – podkreśla.

Po paru miesiącach od tragicznego wypadku zjawiła się u niej mama Kuby, pani Iwona, szykując się już na jego powrót ze szpitala.

– Objęliśmy Kubę opieką Wrocławskiego Hospicjum dla Dzieci, z którym od lat współpracuję. Mimo tej wielkiej tragedii i naprawdę potężnych obrażeń Kuba jest dla nas w hospicjum pacjentem wyjątkowym i optymistycznym – podkreśla pani doktor.

Tłumaczy, że zwykle taką hospicyjną opieką obejmowane są dzieci letalnie chore, więc trudno się dziwić, że rodzicom podpisującym dokumenty przyjęcia do hospicjum drżą ręce: – Tymczasem Kuba, którego stan wymaga bardzo długotrwałej i specjalistycznej opieki, to jeżeli wszystko dobrze się ułoży, ma wielką szansę w przyszłości żyć w miarę normalnie i samodzielnie.

Część ran jest już zagojona, ale nie wszystkie. – Nastawiamy rodzinę, że może to potrwać nawet rok, a może dłużej, zanim zagoją się wszystkie. Natomiast jego życie nigdy nie będzie łatwe. Kuba jest po wielu przeszczepach skóry, być może będą potrzebne kolejne. Te zagojone rany niestety też zaczynają się otwierać, a skóra jest tak naciągnięta, że niektóre blizny pękają i tworzą się nowe, ostre rany. To już zawsze może tak wyglądać.

Zdrowie. Cierpliwy pacjent

Pielęgniarka Elżbieta Dąbrowska, która opiekuje się ranami Kuby, uważa, że jest on wyjątkowo cierpliwym pacjentem. Obecnie odwiedza go dwa razy w tygodniu, by zdjąć specjalistyczne opatrunki, wyczyścić rany, zdezynfekować i założyć nowe opatrunki. Za każdym razem trwa to około półtorej godziny.

Kuba z Bogatyni został bardzo mocno poparzony, gdy ratował z pożaru swojego brata. Na zdjęciu: w szpitalu, z Jurkiem OwsiakiemKuba z Bogatyni został bardzo mocno poparzony, gdy ratował z pożaru swojego brata. Na zdjęciu: w szpitalu, z Jurkiem Owsiakiem Fot. Archiwum rodzinne

Pani Elżbieta podkreśla, że Kuba bardzo dzielnie poddaje się tym zabiegom: – Kiedyś, gdy byłam akurat we Wrocławiu, zadzwoniła do mnie zdenerwowana mama Kuby, bo on wstał za szybko z łóżka i jedna z blizn na udzie zaczęła mocno krwawić. Udało nam się to krwawienie opanować, ale potem trzeba było leczyć to miejsce od nowa. W tej chwili stan Kuby jest bardzo poważny. Jeżeli osiągniemy stan wyleczenia, wskazane jest, żeby nosił specjalne ubranie uciskowe.

To duży koszt, a Kuba potrzebuje też kosztownej laseroterapii.

Prezent od losu

Doktor Załucka-Seweryn podkreśla, że z medycznego punktu widzenia to cud, że Kuba przeżył. Znaczenie miało to, że ma silny organizm, to też ogromna zasługa lekarzy i personelu z Wielkopolskiego Centrum Oparzeń, którzy miesiącami walczyli o jego życie.

– Pan doktor Witold Miaśkiewicz, ordynator oddziału, ja mu już dziękowałam, ale... – pani Iwona, mama Kuby, zaczyna płakać. – Ale ja nawet nie znam takich słów, którymi mogłabym im wszystkim podziękować.

A teraz, odkąd Kuba jest w domu, kluczowa jest rola pielęgniarki, pani Eli, która dba o to, by rany się goiły, i robi to naprawdę wspaniale. Kuba jest też objęty opieką psychiatryczną, a także opieką psychologa z Wrocławskiego Hospicjum dla Dzieci, który pracuje z całą jego rodziną.

W kwestiach zdrowia Kuba jest optymistą: – Rany już się praktycznie pogoiły, nic mnie nie boli.

Jednak w przyszłość nie patrzy przez różowe okulary: – Miałem w życiu jedno marzenie, żeby pójść do wojska, i ono już się nie spełni. Nigdy nie przepadałem za szkołą, a teraz jednak mi tego brakuje. A przez koronawirusa znów wszystko się zatrzymało. Nauczyciele na razie nie przyjdą, moją jedyną rozrywką jest teraz gra na konsoli. Nie bardzo wiem, jak się samemu zabrać za naukę.

Doktor Załucka-Seweryn: – Zawsze powtarzam Kubie, że wiele zależy od niego samego, od jego rodziny, ale też od jego mądrości, bo już raz pokazał, że jest bohaterem. On musi uwierzyć, że może. Potrzebna jest taka pomoc, która go zmotywuje, ale nie zwolni od odpowiedzialności za to drugie życie, które dostał od losu w prezencie.

Zdrowie. Możesz pomóc Kubie i hospicjum

Jakub Kurzątkowski jest jednym z 61 dzieci objętych opieką Fundacji „Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci”, która jest partnerem naszego cyklu redakcyjnego. Fundację można wspierać, przekazując jeden procent podatku – nr KRS 0000 287 982.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.