Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W czwartek po południu policja po pościgu zatrzymała samochód na stacji benzynowej Watis w Lwówku Śląskim. W środku była młoda kobieta, która rzekomo pomimo podejrzenia koronawirusa nie wykonała badań w szpitalu. Po kilku godzinach przetrzymywania w zamkniętym aucie pogotowie zawiozło ją do szpitala w Bolesławcu.  

Dyrektor szpitala Kamil Barczyk: - Około godz. 19 dostaliśmy telefon o zatrzymanej. Udzieliliśmy wszelkich informacji, jak się zabezpieczyć i czy jesteśmy gotowi na przyjęcie pacjentki. Dyżurny lekarz zrobił wywiad i zdecydował, że na podstawie objawów i poprzedniego miejsca pobytu należy ją przyjąć. Zostały wykonane testy na grypę, które były negatywne. Pacjentka jest w izolatce, a wyniki badań na obecność wirusa powinniśmy otrzymać w sobotę. Jej partner, który był w aucie, dostał zalecenie kwarantanny. Nie miał żadnych objawów. 

Epidemia koronawirusa. Kobieta potraktowana jak uciekinierka

- Historia z przetrzymywaniem na stacji zrobiła wrażenie na ludziach, bo ta kobieta została potraktowana jak uciekinier - mówi pani Dorota, mieszkanka Lwówka Śląskiego. Zapewnia, że paniki w mieście nie ma, chociaż w sklepach niektóre półki pustoszeją. - Wykupywane są mydła, chusteczki nawilżające, żele antybakteryjne - wylicza.

- Ludzie komentują, że się trochę boją i trzeba uważać, ale to tyle - dodaje Joanna. Wtóruje jej mieszkanka, która uważa, że wystarczy często myć ręce i nie przebywać wśród tłumów ludzi. 

W aptece przy bolesławskim szpitalu, gdzie przywieziono zatrzymaną przez policję kobietę, masowo wykupywane są środki do dezynfekcji i maski ochronne. - 40 sztuk mydła wykupiono w ciągu 2 dni. Masek brakuje od 3 tygodni - odpowiada farmaceutka.

Izba przyjęć w bolesławskim szpitalu w piątek świeciła jednak pustkami.- Jak na oddział ratunkowy jest dziś wyjątkowo spokojnie. Porównując do sytuacji sprzed kilku tygodni, widać, że ludzie zdają sobie sprawę z zagrożenia i korzystają z infolinii - opowiadał dyżurny. 

Decyzją wojewody we wszystkich szpitalach na Dolnym Śląsku obowiązuje zakaz odwiedzin. - Jak byłam w czwartek rano na odwiedzinach, to jeszcze wpuścili mnie do środka. Jednak wieczorem nie mogłam wejść, chociaż mąż nie leży na oddziale zakaźnym. Ponaklejali duże kartki, że do odwołania nie ma odwiedzin. Jakbym była przeziębiona, to bym nie wychodziła z domu. Jest oczywiście niepokój, ale jestem dobrej myśli - komentuje pani Wanda.

W szpitalu w Bolesławcu hospitalizowane były w piątek trzy osoby z podejrzeniem koronawirusa, a po południu karetka pojechała po kolejną osobę. Szpital może wydzielić maksymalnie 7 izolatek. - Wszyscy pacjenci są w stanie dobrym i są w wieku poza grupą ryzyka. Pacjentka, która do nas wczoraj przyjechała, reaguje na leczenie - zapewnia dyrektor szpitala. 

Kamil Barczyk spotkał się w piątek ze starostą Bolesławca i komendantem policji. - Ustalaliśmy szczegóły współpracy ze służbami, szczególnie po zdarzeniu na stacji benzynowej zależy nam, aby ten kontakt był utrzymany. Straż pożarna na terenie szpitala zamontowała namiot do dezynfekcji karetek i ratowników - zaznaczył dyrektor. 

Partner kobiety: jestem zbulwersowany 

Z "Wyborczą" skontaktował się partner zatrzymanej pacjentki. Tłumaczył, że w czwartek pojechali na izbę przyjęć w Bolesławcu, bo jego dziewczyna źle się czuła. - Lekarz powiedział, że ma zapalenie krtani. Kupiliśmy leki w aptece i jechaliśmy dalej, w stronę Jeleniej Góry. Nagle na stacji benzynowej zatrzymała nas policja. Służby zawiadomił ojciec mojej partnerki. Powiedział, że możemy być chorzy na koronawirusa - relacjonował.

Sytuacją jest zbulwersowany. - Chcemy, żeby ktoś poniósł konsekwencje. Pięć godzin przesiedzieliśmy w aucie bez żadnego powodu - mówił. Dodał, że on także został zbadany, ale nie ma żadnych objawów. - Jestem całkowicie zdrowy. Pochodzę z zachodniopomorskiego i teraz czekam w okolicy Bolesławca, aż wypuszczą ze szpitala moją partnerkę. 

Portalowi TVN24 udało się porozmawiać z kobietą. - Byłam w przychodni akurat wtedy, kiedy tato tam był. I złośliwie zgłosił, że mam koronawirusa. Nie mamy najlepszych kontaktów ze sobą - mówiła 21-latka.

Była zła, że po zatrzymaniu przez policję na stacji benzynowej 5,5 godziny spędziła w aucie, zanim przyjechała karetka.  

Zapytaliśmy w biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, czy policjanci i służby sanitarne miały prawo zatrzymać parę na kilka godzin w samochodzie. Piotr Sobota, przedstawiciel biura RPO, tłumaczy, że sytuacja związana z koronawirusem, w jakiej się teraz znajdujemy, jest nadzwyczajna.

Ustawa o policji daje funkcjonariuszom uprawnienia do zatrzymywania osób „stwarzających w sposób oczywisty bezpośrednie zagrożenie dla życia lub zdrowia ludzkiego”. - Czy jednak potencjalny nosiciel tego koronawirusa mógł być w tym trybie zatrzymany, nie jestem w stanie tego ocenić.  O tym, czy zatrzymanie było słuszne i zasadne, może zdecydować sąd, jeżeli osoba, która została poddana tego rodzaju zatrzymaniu, zwróci się do sądu z zażaleniem na takie zatrzymanie, to sąd orzeknie w sposób ostateczny i prawomocny o tym, czy tego rodzaju czynności były legalne zasadne i prawidłowe - mówi przedstawiciel biura RPO.

Dr Jacek Klakocar, dyrektor Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej we Wrocławiu, nie chciał wypowiadać się na temat okoliczności zatrzymania 21-latki. Tłumaczył to dobrem pacjentki oraz osób, które podejmowały działania. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.