Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci

Hospicjum jest domowe – to znaczy, że dzieci są w swoich domach i tam właśnie przyjeżdża lekarz, pielęgniarka czy psycholog. Jest to możliwe dzięki zaangażowaniu wielu osób, w tym wolontariuszy.

– Bez nich nie bylibyśmy w stanie realizować wielu naszych zadań i celów statutowych – podkreśla Magdalena Sysło z Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci.

Wysiłek przed biegiem

Ludzie z identyfikatorami fundacji, których znamy z wielu organizowanych na Dolnym Śląsku akcji, licytacji, charytatywnych koncertów, imprez sportowych czy kiermaszów, mają dwie wspólne cechy: ogromny zapał i umiejętność zarażania entuzjazmem innych.

Potrafią podczas jednej imprezy zebrać nawet 150 tys. zł na sprzęt i rehabilitację domową podopiecznych fundacji. – W 2019 roku mieliśmy w sumie około 40 wydarzeń na naszą rzecz lub które organizowaliśmy – wylicza Magdalena Sysło.

Wolontariusze Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla DzieciWolontariusze Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci Fot. Pat. Dzwonkowska

Dodaje, że dla wolontariuszy wysiłek fizyczny, towarzyszący np. biegowi sponsorowanemu, jest tak naprawdę zwieńczeniem wysiłku organizacyjnego: wcześniej przez wiele miesięcy przygotowują to wydarzenie, namawiają do udziału i opowiadają o idei biegu.

– Rok 2019 zamknęliśmy w fundacji liczbą 94 zrekrutowanych wolontariuszy akcyjnych, wrocławian i nie tylko – wylicza.

To osoby, które organizują też imprezy dla rodzin podopiecznych, pomagają w pracach biurowych czy w transporcie.

By zostać wolontariuszem hospicjum, trzeba mieć ukończone 18 lat. Ale fundacja postanowiła skorzystać też z energii młodszych: w minionym roku szkolnym ponad 236 szkół z całego województwa uczestniczyło w różnego rodzaju akcjach organizowanych przez fundację. Młodzież organizowała kwesty, zbiórki nakrętek, a także akcje promocyjne i spotkania informacyjne w swoich szkołach.

Zaangażowały się także wrocławskie korporacje. – W zeszłym roku współpracowaliśmy z 353 osobami z kilku wrocławskich firm – mówi Magdalena Sysło.

Wolontariusze wchodzą do rodzin

Podczas gdy jedni potrafią rozkręcić wielką akcję na rzecz dzieci, których de facto nigdy nie widzieli, inni są gotowi zaangażować się w jeszcze bardziej emocjonalny sposób. Szkolenia przeszli już pierwsi tzw. wolontariusze rodzinni.

Wolontariusze Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla DzieciWolontariusze Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci Fot. Pat. Dzwonkowska

– Spotykaliśmy się co dwa tygodnie przez kilka miesięcy. Dobór osób do programu nie mógł być pochopny ani przypadkowy – mówi Paulina Grzegorek, psycholog w Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci i koordynatorka wolontariatu rodzinnego.

Na razie wolontariuszy rodzinnych jest sześcioro.

– Zostały z nami osoby w pełni przekonane, że chcą i będą w stanie to robić. To nie jest krótka akcja, ale pomoc przez długie miesiące, może lata. Staramy się dobierać wolontariuszy do rodzin tak, aby wszystko zagrało – mówi koordynatorka.

Szkolenia obejmują m.in. część medyczną (aby nie przeraził ich widok rurki tracheostomijnej czy gastrostomii), a także psychologiczną (jak radzić sobie z silnymi emocjami i stresem, jak rozmawiać z rodziną chorego dziecka itp.).

Jak można pomóc podopiecznym hospicjum

Jakie zadania mają wolontariusze rodzinni? Wiele zależy od potrzeb konkretnej rodziny.

– Na pewno nie są od strony pielęgnacyjnej – wyjaśnia Paulina Grzegorek. – Może to być na przykład pomoc jeden raz w tygodniu przy wyjściu na spacer: niektóre dzieci już sporo ważą, a nie wszyscy mieszkają na parterze czy w budynku z windą. Czasem pomoc przy zakupach czy załatwieniu sprawy w urzędzie, bo jeżeli rodzic jest z dzieckiem 24 godziny na dobę, to nie może się ruszyć.

Może też być to zabawa czy wspólna nauka z rodzeństwem chorego dziecka, ponieważ rodzicom na to już zwykle brakuje czasu. Czasem rodzice potrzebują po prostu, żeby ktoś przyszedł, napił się z nimi kawy i pogadał o głupotach, żeby się oderwać.

– A chyba najbardziej na wolontariusza czeka mama nastolatka, który interesuje się informatyką, jest bardzo dobrze rozwinięty intelektualnie, ale ze względu na stan zdrowia nie chodzi do szkoły i trudno o kolegów. Niedługo zacznie go odwiedzać informatyk, wspaniały i pełen energii chłopak, który ma już swoją rodzinę, na pewno się dogadają – mówi psycholog.

Łącznie pod opieką hospicjum jest 61 rodzin.

– Kiedy trzeba, wpadamy razem z wolontariuszem do szpitala, narobimy trochę zamieszania, uśmiechów. Jest trochę mniej smutno – mówi koordynatorka.

Niektórzy wolontariusze rodzinni studiują i pracują jednocześnie, inni pracują i mają już swoje rodziny.

– Szaleństwo, prawda? Wśród naszych wolontariuszy są bardzo różne osoby, z różną sytuacją życiową i rodzinną. Co ważne, my ich nie szukamy, zgłaszają się sami. Łączy ich to, że są fajnymi ludźmi i mają wielkie serca – podsumowuje Paulina Grzegorek.

Najbliższe spotkanie rekrutacyjne organizowane jest 11 marca o godz. 18 w siedzibie fundacji, przy ul. Jedności Narodowej 47/47a/49.

A kto już teraz pomaga dzieciom, które są pod opieką Wrocławskiego Hospicjum dla Dzieci? Poznajcie wolontariuszy.

Aneta Rajfur

Aneta Rajfur, wolontariuszka Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla DzieciAneta Rajfur, wolontariuszka Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci Fot. Archiwum rodzinne

Jestem nauczycielką w zerówce, pracowałam dziś z grupą sześciolatków, więc teraz już trochę plączą mi się myśli (śmiech).

Bardzo lubię dzieci i cieszę się z tej pracy, dojeżdżam codziennie do Wrocławia z mojej rodzinnej miejscowości  pod Miliczem. Dziś wieczorem mamy spotkanie wolontariuszy z hospicjum, więc przyjechałam na Nadodrze, błądząc trochę po okolicy, już nie pamiętam w którym podwórzu zaparkowałam, i rozładował mi się telefon.

Współpraca z hospicjum uświadomiła mi, że te wszystkie nasze problemy z korkami, dojazdami, są takie przyziemne, właściwie żadne. Na co dzień opiekuję się też wolontariatem w naszej szkole, a do hospicjum zgłosiłam się we wrześniu 2018 roku, ponieważ od zawsze czułam pragnienie niesienia pomocy innym. W naszej fundacji jest możliwość odwiedzania rodziny chorych dzieci w ich domach i w ten sposób odciążania (choć trochę) rodziców.

Miałam szczęście, bo okazało się, że jest rodzina niedaleko mojego miejsca zamieszkania, w Dolinie Baryczy. Jeżdżę do nich w weekendy, najczęściej spędzam z nimi sobotę. Jestem pełna podziwu dla tej rodziny. Byłam pozytywnie zaskoczona radością, jaka tam panuje, sama przy nich ładuję energię.

Dziewczynka urodziła się ciężko chora, spastyczna, jest dzieckiem leżącym, odbiera tylko bodźce dotykowe i zapach. Kiedy jestem, mama dziewczynki może pojechać do sklepu albo po prostu wyjść przed dom, odetchnąć. Często dużo rozmawiamy. Od tej rodziny uczę się na przykład umiejętności dostrzegania nawet małych cudów w naszej codzienności, pozytywnego podejścia do sytuacji, których zmienić nie można. Cieszę się, że mogłam poznać takich fajnych ludzi.

Nie czułam lęku, kiedy do nich pierwszy raz jechałam. Może dlatego, że mam już doświadczenie w pracy z dziećmi, a podczas studiów pomagałam rehabilitować dziewczynkę z niepełnosprawnością. Nie mam też oporów przed odwiedzaniem innych – może dlatego że u nas na wsi nasz dom i domy sąsiadów zawsze były otwarte, odwiedzaliśmy się. Moi dziadkowie niestety umarli, kiedy byłam mała, ale potrzebowałam takiego kontaktu, miałam babcię sąsiadkę i dziadka, do których się chodziło posłuchać opowieści.

Warto swoje życie poświęcić dla innych. Trzeba również pamiętać o sobie, bo tylko kiedy sami jesteśmy szczęśliwi, to możemy dzielić się szczęściem i dobrą energią z innymi.

Małgorzata Lech

Małgorzata Lech, wolontariuszka Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla DzieciMałgorzata Lech, wolontariuszka Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci Fot. Archiwum rodzinne

Pracuję w firmie, która jest producentem oprogramowania wspomagającego procesy controllingowe, przeznaczonego dla dużych i średnich przedsiębiorstw, mamy około 150 klientów. Jestem członkiem zarządu i mam elastyczny czas pracy, często pracuję długo, angażuję się w swoją pracę i naprawdę ją lubię. Jestem też w zarządzie wspólnoty mieszkaniowej, w której mieszkam i która liczy 90 mieszkań. Poza tym już drugi rok „wdrażam” program osobisty, który nazywam żartobliwie „Więcej kultury w Nowym Roku”, czyli staram się bardzo często chodzić na koncerty, odwiedzać kina czy teatry. I zostałam też wolontariuszką hospicjum dla dzieci.

Kiedy umierał mój ojciec, korzystaliśmy z pomocy hospicjum, wiem więc jak ważne jest wsparcie dla rodziny w trudnych sytuacjach. Potem zatliła się myśl, by brać udział w działaniach na rzecz tego rodzaju instytucji, bo są one bardzo potrzebne.

Pod koniec 2018 roku jeden z moich kolegów z liceum – widujemy się taką grupą przyjaciół raz na jakiś czas – uległ poważnemu wypadkowi motocyklowemu. Zaczęliśmy organizować mu rehabilitację i cały czas pomagamy na różne sposoby. Wtedy pomyślałam, że jeżeli potrafimy pomagać Pawłowi, to dlaczego nie zająć się podobną działalnością.

A kiedy jesteśmy „silni, młodzi i zdrowi” to jest właśnie czas na to, żeby poświecić trochę swojego czasu na pomoc innym. Dobrze jest pomagać komuś, kogo się zna, a trzeba naprawdę chcieć, kochać ludzi, żeby pomóc komuś, kogo się nie zna, kogo się nigdy nie widziało na oczy. Pod tym względem hospicjum jest magicznym miejscem, pełnym empatii, serdeczności i troski.

Jestem wolontariuszką dopiero od września zeszłego roku. Czuję się świetnie w tym zespole. Spotkałam tu same otwarte, sympatyczne osoby, które chcą coś zrobić dla kogoś innego. Organizujemy szereg imprez, na przykład: kiermasze książek i ozdób świątecznych, bieg sponsorowany, koncert charytatywny, czy mikołajki dla dzieci, gdzie przed samym wydarzeniem trzeba spakować ponad 300 prezentów, udekorować salę, etc. Tych wydarzeń w roku jest bardzo dużo.

Początkowo myślałam, że będę się mniej angażować. Jednak to zajęcia głównie w weekendy i popołudniami, a więc można je pogodzić z pracą zawodową i życiem osobistym. A działania na rzecz hospicjum dają ponadto dużo radości i satysfakcji, wolontariusze też się dobrze bawią w czasie organizowanych akcji.

Kiedy w Pasażu Grunwaldzkim czy Kinie Nowe Horyzonty sprzedawaliśmy książki, to podchodzili ludzie, którzy nawet nie chcieli niczego kupić, tylko wrzucali pieniądze do puszki i potrafili słownie przytulić człowieka do serca. Byli tacy, co negocjowali ceny – ale „w górę”, bo chcieli zapłacić więcej. Myślę że rośnie wśród nas świadomość, że są osoby, które bardziej potrzebują pomocy aniżeli inni ludzie, i rośnie chęć pomocy. To bardzo budujące.

Ale są też chwile bardzo przykre – jak dziś na spotkaniu – kiedy dowiedzieliśmy się, że w styczniu odeszło czworo dzieci. Robimy to wszystko dla nich i to takie trudne chwile.

Piotr Maciaszek

Piotr Maciaszek, wolontariusz Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla DzieciPiotr Maciaszek, wolontariusz Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci Fot. Archiwum rodzinne

Jako dziecko spędziłem trochę czasu w klinice na Bujwida – chorowałem na nowotwór. Byli tam wolontariusze, ale starsi ode mnie - pomyślałem, że byłoby fajnie, gdyby były też osoby w moim wieku, spędzały z nami trochę czasu, rozmawiały. Pamiętam też, jak przyszły do mnie panie z fundacji Mam Marzenie i zapytały, jakie jest moje marzenie. Wtedy zażyczyłem sobie kolejkę lego (śmiech) - byłem w drugiej klasie podstawówki. I dostałem ją. To było dla mnie coś bardzo znaczącego – pomyślałem: „jacy dobrzy są ci ludzie, że przychodzą i całkiem bezinteresownie sprawiają, że dzieci się uśmiechają”.

Teraz mam obecnie 16 lat, uczę się w VII LO we Wrocławiu, a w wolontariat zaangażowałem już w szkole podstawowej. Kiedy byłem w gimnazjum w Kamiennej Górze mój przyjaciel wpadł na pomysł, by zorganizować u nas akcję „Książka od serca”. Najpierw zadzwoniliśmy do fundacji, potem musieliśmy to jeszcze ustalić z naszą szkołą, znaleźć sponsorów, nagłośnić wydarzenie w lokalnych mediach.

Na początku zderzyliśmy się z murem – wiele instytucji nas blokowało. Ale byliśmy bardzo zawzięci na tym punkcie i w końcu nasza akcja bardzo się rozwinęła, rozrosła. Można powiedzieć, że zapaliliśmy lont, który się zajął. W zeszłym roku dodatkowo zorganizowaliśmy też duży koncert dla hospicjum, pomagało nam około 40 wolontariuszy. W tym roku – mimo że skończyliśmy już gimnazjum - zamierzamy kontynuować tę akcję.

Jej sukcesem jest nie tylko zebranie pieniędzy na konkretny sprzęt czy rehabilitację dla dzieci, ale też świadomość, że się komuś bezinteresownie pomaga. A najważniejsze w tym wszystkim jest to, że udało nam się zmobilizować cichą na co dzień Kamienną Górę, uruchomić obywatelskiego ducha.

W wakacje i ferie angażuję się w wolontariat dla Fundacji Doliny Pałaców i Ogrodów Kotliny Jeleniogórskiej. Od września, odkąd mieszkam na stałe we Wrocławiu, jestem pełnoprawnym wolontariuszem hospicjum i angażuję się w wiele różnych akcji. Myślę, że ludzie, którzy obawiają się bezpośredniego spotkania z chorymi dziećmi mogą się angażować w inny sposób.

Sam przeżyłem chorobę i nie wydaje mi się to takie straszne i odległe, mam świadomość, że takie choroby istnieją, że życie nie jest wieczne, ale warto o nie walczyć i jak najbardziej je przedłużać.

Od razu po chorobie oczywiście miałem lęki. Kiedy pierwszy raz jako wolontariusz przekraczałem próg kliniki to towarzyszył mi stres, ale nie był to stres paraliżujący, który by mnie odpychał, odczuwałem to raczej jako coś przełomowego. Wiedziałem, że wracam, ale już w innej formie, że wyzdrowiałem, i że da się wyzdrowieć, a nie że klamka zapadła. Po liceum wybieram się na studia medyczne – nie wykluczam onkologii. Mam nadzieję dobrze zdać maturę i dostać się na studia.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.