Trzyletni Sebastian lot z Irlandii do Polski spędził na podłodze samolotu. Wszyscy myśleli, że się tak bawi. Później lekarze stwierdzili, że prawdopodobnie tam było mu łatwiej oddychać.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W klatce piersiowej miał wtedy guza wielkości decymetra kwadratowego. Lekarze uznali, że to cud, iż przeżył 2,5-godzinny lot, bo taki guz i zmiany ciśnienia były połączeniem zabójczym.

Mama go nie dogoni

Sebusia, jak nazywa go mama, rozpiera energia. Skacze po kanapie. – Uważaj, abyś się nie uderzył – ostrzega, ale na dziecku nie robi to wrażenia. Jakby cieszył się z każdej chwili.

Po paru minutach dochodzi do nas, siedzących przy stole. Chwali się, że dostał od rodziców rowerek. Na dwóch kółkach.

– Będę tak pędził, że mama mnie nie dogoni! – zapowiada.

Aż trudno uwierzyć, że ten pogodny, pełen energii chłopczyk jeszcze niedawno znajdował się na granicy śmierci. I to dwa razy.

Wymarzony świat na wyspie

Agnieszka i Paweł Witkowscy poznali się i pobrali w Irlandii. W lipcu 2015 r. na świat przyszło ich oczko w głowie.

Sebastian Witkowski był leczony w Klinice Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej ''Przylądek Nadziei''
Sebastian Witkowski był leczony w Klinice Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej ''Przylądek Nadziei''  Fot. Mat. Fundacji 'Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową'

W lutym 2018 roku Sebastianka dopadł kaszel. I nie chciał przejść. Początkowo lekarze podejrzewali infekcję, potem zaczęli mówić o zapaleniu płuc. Jednak irlandzki radiolog uspokoił Witkowskich, że to tylko zapalenie oskrzeli, i lekarze przypisali mu inhalacje. Gdy nie nastąpiła poprawa, medycy doszli do wniosku, że może to być angina. Zaaplikowali mu antybiotyki, ale stan chłopczyka ciągle się pogarszał. Stał się apatyczny, nie miał sił ani chęci do zabawy, a na początku marca na jego piersi zaczął pojawiać się guz wielkości pięści dorosłego człowieka...

– Pojechaliśmy do szpitala. Trzech lekarzy i radiolog po prześwietleniach uznali, że to nic poważnego, że guz jest wynikiem jakiegoś uderzenia. Przepisali mu jedynie paracetamol – opowiada pani Agnieszka. – Ale czuliśmy z mężem, że coś jest nie tak, bo za dużo tych różnych diagnoz. Zdecydowaliśmy, że lepiej będzie, gdy zbadają go polscy lekarze. Zabrałam dziecko i z jedną walizką wsiadłam do samolotu. I już w Polsce zostałam.

Wiedziałam, że stało się najgorsze

To podczas tego lotu Sebastianek leżał na podłodze samolotu. Przed lotem polska lekarka mieszkająca w Irlandii zaaplikowała leki wziewne na rozszerzenie oskrzeli, bo charczał. Przed wejściem do samolotu wdychał je przez inhalator. Prawdopodobnie to pomogło mu przetrwać.

Z lotniska w Warszawie rodzina zabrała ich samochodem do Legnicy, gdzie pani Agnieszka mieszkała przed wyjazdem na wyspę. Sebastianek słabł z każdą chwilą. Pojechali do szpitala, tam nie miał już siły chodzić. W Legnicy zrobiono mu USG i tomograf.

– Lekarz stwierdził, że w klatce piersiowej jest guz. Powiedział, że muszą jeszcze zrobić tomografię komputerową, żeby potwierdzić, ale już zaczął wspominać o klinice onkologii dziecięcej we Wrocławiu. Świat mi się zawalił. Jedyne, co przechodziło mi przez myśl, to to, że moje dziecko umrze. Podczas badania tomografem patrzyłam na miny lekarzy i wiedziałam, że stało się najgorsze – wspomina pani Agnieszka.

Sebastian Witkowski, pacjent Przylądka Nadziei
Sebastian Witkowski, pacjent Przylądka Nadziei  Fot. Archiwum rodzinne

A potem jazda nocą karetką do Przylądka Nadziei działającego przy Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym we Wrocławiu. Sebuś zapamiętał ją doskonale. Dlatego gdy dziś pytam, kim chciałby zostać, bez namysłu odpowiada: – Chciałbym pracować w karetce!

– Po przyjeździe przez parę godzin płakałam do poduszki – wspomina mama chłopczyka. – Ale dr Kaczorowska dała mi nadzieję. Powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Uwierzyłam, że go uratują, mimo że było to już III stadium nowotworu, kiedy według lekarzy szanse wyleczenia nie przekraczają zwykle 30 procent.

– Byłam wtedy na dyżurze – wspomina dr Aneta Kaczorowska. – Stan dziecka był ciężki, ale zawsze jest szansa uratowania. I zawsze to mówimy rodzicom.

Guz miał rozmiary 9,5x7x7 cm. Uciskał na naczynia krwionośne, dlatego Sebastianek miał problemy z oddychaniem i spuchł na całej buzi. Zdaniem lekarzy, gdyby trafił do kliniki kilka dni później, na ratunek byłoby za późno.

Dr hab. Grażyna Wróbel, specjalistka od chłoniaków, stwierdziła, że to guz nieoperowalny. Została chemioterapia. Od razu zaaplikowano mu dawkę uderzeniową – ratującą życie. Tak zaczęła się dwuletnia walka z nowotworem.

Na czym polegała?

Sebastian wyjaśnia, że złe komórki zwalczał z pomocą chemioludków. To bohaterowie duńskiej książeczki oswajającej z rakiem. Chłopczyk pokazuje rysunki i objaśnia: – Te różowe i niebieskie to są dobre komórki, a te żółte z kolcami to złe. I te złe zjadają dobre. Wtedy pan doktor ze słoika wciąga do strzykawki chemioludki, to są te komórki w czapeczkach z okularami, i wpuszcza do dziecka. Chemioludki zjadają złe komórki. Gdy chemioludek zje złe komórki i zgubi okulary, to dziecku wypadają włoski.

Sebastian Witkowski, pacjent Przylądka Nadziei
Sebastian Witkowski, pacjent Przylądka Nadziei  Fot. Archiwum rodzinne

Sebastianowi włosy wypadały dwukrotnie, o czym już nie pamięta.

– A gdy chemioludek niechcący ugryzie dziecko w brzuszek, to dziecko wtedy źle się czuje – kontynuuje chłopczyk. – I one niszczą jaskinie złych komórek.

Sebuś odwraca się do mamy i pyta: – Mamo, ja już nie mam jaskini ze złymi komórkami?

– Nie masz.

I wtedy pojawiła się sepsa…

Przez dwa tygodnie nie mógł się przyzwyczaić do szpitalnej rzeczywistości. Płakał, krzyczał, bał się każdej nowej osoby wchodzącej na salę, bo kojarzyła mu się z kłuciem i bólem. Cierpienie potęgowagło to, że badania trzeba robić na czczo.

– Aby dzieciom nie było przykro, nikt z kuchni nie mógł pojawić się na sali – opowiada Katarzyna Cieśla, psycholog, psychoterapeuta, psychodietetyk. – Kuchenkowe, które są bardzo przez dzieci lubiane, ukrywały się. Dlatego te młodsze dzieci, którym trudno było zrozumieć, czemu muszą być głodne, szły w pierwszej kolejności.

Po trzech tygodniach nastąpił przełom. Lekarze założyli mu centralne dojście, którym przez cały czas można było podawać leki bez konieczności częstego kłucia. Chłopczyk zaczął normalnie oddychać, oswoił się z nowym domem, powoli zaczął traktować go jak swój. Odzyskał chęć do zabawy i wygłupów. A także apetyt.

Sebastian Witkowski, pacjent Przylądka Nadziei
Sebastian Witkowski, pacjent Przylądka Nadziei  Fot. Archiwum rodzinne

Wszędzie go było pełno. Za wszelką cenę chciał też pomagać. Pielęgniarki śmiały się, że był takim szpitalnym policjantem, pilnował, żeby po zmianie opatrunku każde dziecko otrzymało naklejkę dzielnego pacjenta. Wszystkie pielęgniarki to były ciocie, a jedna to… ciocia Myszka Miki, bo na fartuszku miała tę disnejowską postać.

I wtedy nagle pojawiła się sepsa. To zespół objawów spowodowanych gwałtowną reakcją organizmu na zakażenie. Był maj 2018 r.

– Nagle Sebuś dostał drgawek, skoczyło mu tętno. Krzyczał: „Mamusiu, przytul mnie”! Nie wiedziałam, co się dzieje – opowiada pani Agnieszka.

Lekarze szybko opanowali sytuację. I dopiero wtedy powiedzieli mamie, że mały pacjent po raz drugi stanął na krawędzi życia i śmierci.

W Przylądku Nadziei Sebastianek spędził z mamą siedem miesięcy.

Życie układane na nowo

Zanim wrócili, dom trzeba było przygotować. Usunięto wyposażenie chłonące kurz: dywany, firany, zasłony, kwiaty. W Boże Narodzenie nie ma naturalnej choinki. Za to w dwóch pokojach stanęły oczyszczacze powietrza.

W grudniu 2019 r. guz zniknął, ale Sebastianek jeszcze przez dwa lata będzie musiał brać chemię w pastylkach. Co miesiąc jedzie do kontroli. Raz w tygodniu robi morfologię. Bardzo nie lubi pobierania krwi z żyły, z palca traktuje jak nagrodę. Dopiero po pięciu latach będzie można stwierdzić, że choroba nie wróciła.

Sebastianek nie chodzi do przedszkola, żeby uniknąć infekcji. Ale z dziećmi miewa kontakt. Z wiekiem coraz więcej rozumie.

– Kiedyś zapytał mnie, czemu inni jego koledzy umarli, a on nie – opowiada jego mama. – Wie też, co jest dla zdrowia dobre. Potrafił na ulicy zaczepić pana palącego papierosa i spytać, czy wie, że palenie jest niezdrowe, że przez to będzie miał złe komórki i dostanie od lekarza chemioludki.

Mąż pani Agnieszki zamyka służbowe sprawy w Irlandii, wkrótce dołączy do rodziny.

– Choroba Sebusia to bardzo bolesne przeżycie, które zmieniło nasze plany, bo zamierzaliśmy na wyspie pozostać, ale... – zastanawia się pani Agnieszka – dzięki temu przez te półtora roku poznaliśmy więcej wspaniałych ludzi niż w całym naszym wcześniejszym życiu.

Na ratunek

Sebastianek jest jednym z dzieci leczonych we wrocławskiej Klinice Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej „Przylądek Nadziei”. Klinikę i leczenie onkologiczne dzieci wspiera Fundacja „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”, która jest partnerem naszego cyklu redakcyjnego.

Każdego roku fundacja pomaga 2000 dzieci z całej Polski. Ty też możesz pomóc jej podopiecznym w walce o życie, wpłacając jeden procent podatku: KRS 0000086210.

Więcej informacji o działalności Fundacji „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową” znajdziesz na jej stronie internetowej: naratunek.org.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Dobry tekst, zwłaszcza dla tych, co twierdzą, że służba zdrowia w UK i IR są na wysokim poziomie, tam to tylko paracetamol i do domu. Czytałem gdzieś wywiad z Anglikiem, który dostał zawału w Krakowie. Zawieźli go do kliniki Kardiologicznej i zrobili natychmiast zabieg. Nie pamiętam, czy były to bypassy czy koronografia. Po tym wszystkim pacjent bez problemu doszedł do siebie. Jak potem wspominał, że gdyby zawał zdażył się w Anglii to przypuszcza, że już by nie żył.
    @Czarnykot
    Mam podobne doświadczenia z ich służbą zdrowia. Kilkanaście lat temu moja mama musiała pójść do szpitala w Londynie. To był koszmar. Opieki pielęgniarskiej praktycznie nie było. Totalny bałagan. O nic nie można było się doprosić. Nawet załatwianie takiego głupstwa jak dodatkowa poduszka trwało cztery godziny i wymagało wielokrotnych próśb. Wszyscy wszystko totalnie olewali. Nie byli nawet chamscy czy niekulturalni ale poza podaniem leków prostu nie robili nic albo czynili wszystko z wielogodzinnym opóźnieniem. Nasze tak często oraz głupio krytykowane pielęgniarki i salowe przy swoich angielskich koleżankach są tytanami pracy i niezwykle empatycznymi osobami.
    już oceniałe(a)ś
    17
    0
    @Czarnykot
    Sorry kolego ale pitolisz bzdury jak mało który.
    5:30 zameldowałem się na A&E (SOR) z kłopotami w oddychaniu, po maksymalnie 10 minutach i kilku telefonach do innego szpitala gdzie pracuje całodobowy zespół kardiologiczny podano mi heparynę, morfinę i adrenalinę po czym wsadzono do karetki i na gwizdkach do większego szpitala oddalonego o około 35-40km.
    Na miejscu czekały na mnie dwa zespoły. Zespół diagnostyczny i zespół reanimacyjny.
    Z karetki prosto na salę zabiegową gdzie miałem angiografię (klasyczną) po czym dwóch chirurgów kardiologów orzekło, że złapałem rzadko spotykaną odmianę ostrego wirusowego zapalenia osierdzia. O godzinie 7:05 leżałem już na sali obserwacyjnej będącej częścią OIOM-u podpięty pod aparaturę monitorującą. Po 15 godzinach pozwolono mi wstać z łóżka, a po kolejnych 15 wypisano mnie do domu z zapasem leków na miesięczną kurację i przymusowym 14 dniowym zwolnieniem (powinno być 30 dni ale wyprosiłem aby było o połowę krótsze.
    Podsumowując: w ciągu 95 minut przeszedłem wstępną diagnostykę, zostałem zabezpieczony medycznie z podejrzeniem zawału, przewieziony do innej miejscowości, wykonano tam angiografię, konsultacja lekarska i oddział.
    I niech ktoś mi powie, że opieka medyczna w UK (Szkocji) jest do bani.
    już oceniałe(a)ś
    7
    0
    @rodak_ze_Szkocji
    Jest obiektywnie lepsza niż w Pl. Dla Polaków głównie wciąż największą barierą są braki w komunikacji, język zbyt słaby mają żeby w pełni potrafić przedstawić objawy, skomunikować się z personelem etc. a 100% tłumaczenia we wszystkich sytuacjach medycznych nie można oczekiwać. Więc jak coś się dzieje , lub częściej nie dzieje, siup do Polski.
    Artykuł mocno jednostronny. Nic a nic nie wiadomo jak ten proces diagnostyczny wyglądał jakie były zalecenia itp. Nie zadano sobie trudu żeby z drugiej strony np u rzecznika irlandzkiego szpitala, poszukać informacji na ten temat. W rezultacie w Wyborczej otrzymaliśmy artykuł, który jest na poziomie wielki świat kuchenny blat.
    już oceniałe(a)ś
    9
    1
    stu lat w zdrowiu malutki, jesteś max dzielny, twoi rodzice też <3
    już oceniałe(a)ś
    31
    0
    Nie bez powodu w różnych badaniach wychodzi, że polska służba zdrowia jest jedną z bardziej efektywnych. Efektywnych, czyli mierzysz ilość włożonej kasy vs efekty leczenia. W porównaniu z UK czy USA to jesteśmy gwiazdy...
    @same.zalety
    ...bo jesteśmy romantykami.Szkoda tylko,że także w polityce.
    już oceniałe(a)ś
    5
    0
    Nie dziwi mnie ta historia. Mieszkałam kiedyś w Irlandii i miałam kontakt z ich służbą zdrowia i od tamtej pory naprawdę przestałam narzekać na polską. Gdyby ci państwo wiedzieli to co ja to już przy niekończącym się kaszlu polecieliby z synem do Polski
    @Adelael
    Bylo by dużo lepiej gdybys znała angielski.
    już oceniałe(a)ś
    0
    1
    Jeśli guz miał rozmiary 9,5x7x7 cm (chyba cm x cm x cm) to nie mógł byś dwuwymiarowy o wielkości decymetra kwadratowego.
    Jeśli już to miał wielkość 0,4655 decymetra sześciennego czyli połowę decymetra sześciennego.
    P.S. Przecież matura z matematyki jest niepotrzebna, bo tylko kosmici ją rozumieją.
    już oceniałe(a)ś
    31
    9
    Już Cię lubię Sebek.Jesteś wielki.Widocznie Cię polubiły te chemioludki.Trzymaj się ciepło!
    już oceniałe(a)ś
    20
    0
    E tam, jakieś zmyślone bzdury. Każdy lewak wie, że PiS zrujnował polskie szpitale.
    @ustawiamdlasiebienick
    owszem zrujnowal ale lekarze ciagle sa specjalistami i sprzet WOSP daje rade
    już oceniałe(a)ś
    6
    0