Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Artur Brzozowski: Urodził się pan w Pilźnie i jest wychowankiem miejscowej Viktorii, ale po największe sukcesy jako piłkarz oraz trener sięgał pan jako szkoleniowiec Sparty Praga. Któremu klubowi kibicuje pan dziś?

Vitezslav Lavicka: W Viktorii zaczynałem jako młodych chłopak, grałem tam od dziewiątego do 19. roku życia. Oczywiście mam wielki sentyment do tego klubu, pamiętam wielu wspaniałych ludzi, których tam spotkałem. Ale dziś moje serce bije dla Sparty Praga i to jej kibicuję. Spędziłem tam sporo lat, przeżyłem wiele wspaniałych chwil. Sparta to mój klub.

W Pilźnie urodzili się m.in. Emil Skoda, znany inżynier i przemysłowiec, Karel Gott, chyba najbardziej popularny czeski piosenkarz, a także Petr Cech, jeden z najwybitniejszych czeskich piłkarzy. Z którego z nich mieszkańcy Pilzna są najbardziej dumni?

– Wszyscy trzej są wielkimi postaciami. Jednak ja jestem człowiekiem futbolu, dlatego dla mnie najważniejszy jest Petr Cech. Był młodziutkim bramkarzem, kiedy z klubu Chmel Blsany trafił do Sparty Praga, gdzie pracowałem jako asystent trenera. Wprowadzałem go wówczas do zespołu. Był niewiarygodnie utalentowany, więc już po roku przeszedł do francuskiego Rennes. Potem został gwiazdą Chelsea i Arsenalu. Ale Gott dla Pilzna i całych Czech to też wielka postać, niezwykle popularny artysta. Niestety niedawno zmarł, co wywołało ogromny smutek w Czechach.

A może mieszkańcy Pilzna najbardziej dumni są z pilznera, piwa wytwarzanego w pana rodzinnym mieście?

– Ja na pewno jestem z tego dumny. Nigdzie na świecie nie spotkałem lepszego. Dla mnie pilzner to piwo numer jeden na świecie.

Co my, Polacy, robimy w piłce źle, że nasz futbol klubowy jest w tak dużym kryzysie? W ostatnich trzech latach wszystkie polskie zespoły bardzo szybko odpadały z europejskich pucharów.

– Nie tylko Polacy mają ten problem. Sparta Praga też w ostatnich trzech sezonach nie potrafiła awansować do fazy grupowej żadnego z pucharów, szybko odpadając z europejskiej rywalizacji.

Jednak w Europie czeskie zespoły prezentują się lepiej od polskich. W ostatnich latach nieźle grały Viktoria Pilzno, Slovan Liberec czy Slavia Praga, która teraz rywalizuje w fazie grupowej Ligi Mistrzów. A przecież Legia Warszawa ma większy budżet niż czeskie drużyny.

– Nie jest łatwo wejść na europejski poziom i tam się utrzymać. Budowa dobrej drużyny to jest proces, który musi trochę potrwać.

Odpowiada pan bardzo dyplomatycznie. Może my, Polacy, jesteśmy zbyt niecierpliwi i za szybko zmieniamy koncepcje, ciągle zwalniamy trenerów?

– Tak, mam wrażenie, że to może być jedna z przyczyn niemocy polskich klubów. W futbolu potrzeba wielkiej konsekwencji, spokoju. Drużyny piłkarskiej nie zbuduje się w miesiąc czy rok. W jeden sezon można stworzyć solidny zespół, ale na skalę krajową. Aby się rozwijał i zaistniał w Europie, potrzeba kolejnych miesięcy. Dobre występy w europejskich pucharach powodują, że najlepsi zawodnicy trafiają do mocniejszych, bogatych klubów. Wtedy od nowa trzeba budować drużynę, co oczywiście trwa. W Czechach właściciele klubów zdają sobie z tego sprawę.

Vitezslav Lavicka (w środku)) przed meczem Sparty Praga z Realem Madryt w 1983 rokuVitezslav Lavicka (w środku)) przed meczem Sparty Praga z Realem Madryt w 1983 roku fot. Archiwum prywatne Vitezslava Lavicki

W 2013 r. Śląsk w Lidze Europy grał z Sevillą. Na wyjeździe początkowo prezentował się dobrze, prowadził, jednak ostatecznie przegrał 1:4, a u siebie aż 0:5. Wówczas też w LE Slovan Liberec wyeliminował Freiburg i Zurich, awansował do fazy grupowej, gdzie z tą samą Sevillą dwa razy zremisował 1:1 i wyszedł z grupy. Jak w małym Libercu potrafili stworzyć tak silny zespół?

– Slovana dobrze znam, bo zdobyłem z tym zespołem mistrzostwo Czech. To klub świetnie zorganizowany, który budował swoją pozycję krok po kroku. Podobnie było z występami w Europie. W Libercu umiejętnie wyszukują mało znanych, młodych zawodników z pobliskich drużyn i świetnie ich szkolą, a potem sprzedają do bogatszej Sparty, Viktorii czy do Niemiec i zarabiają dobre pieniądze. Nikogo z zawodników nie zatrzymują na siłę, znają swoje miejsce w szeregu. Taka jest filozofia prezesa Slovana i przynosi dobre efekty.

Kto pana najbardziej inspiruje jako trener?

– Ważną postacią w moim piłkarskim życiu był trener Vaclav Jezek. On wprowadzał mnie do Sparty, kiedy byłem młodym zawodnikiem. Miałem wtedy 20 lat, a on był już doświadczonym szkoleniowcem. Z reprezentacją Czech w 1976 r. sięgnął po mistrzostwo Europy, miał też na koncie sukcesy ze Spartą Praga, pracował w Holandii. Jezek był świetnym psychologiem, umiał dotrzeć do zawodników. Potrafił pochwalić piłkarza, jednak kiedy potrzebna była stanowcza reakcja, wiedział, kiedy skarcić, strzelić biczem.

Jezek w 1983 r. w Pucharze UEFA poprowadził was do wygranej z Realem Madryt, którego trenerem był wielki Alfredo di Stefano.

– To był nasz wielki sukces i moje najpiękniejsze wspomnienie z całej piłkarskiej kariery. Miałem tylko 20 lat i grałem w obydwu spotkaniach z Realem. W pierwszym meczu w Pradze wygraliśmy 3:2, a na Santiago Bernabeu zremisowaliśmy 1:1 i to my awansowaliśmy dalej. Wspaniałe chwile.

W czym tkwiła tajemnica tego sukcesu, że Sparta wyeliminowała wielki Real?

– Trener Jezek świetnie nas przygotował. Wtedy nie mieliśmy zbyt wielkiej możliwości analizy gry rywala. Pamiętam, że cała drużyna zebrała się u trenera w mieszkaniu i na wideo oglądaliśmy fragmenty jednego z meczów Realu. Jezek myślał o wszystkim i przygotował nas od każdej strony. Wiedział, że w rewanżu na Santiago Bernabeu w Madrycie będzie ogromny doping tysięcy fanatycznych kibiców. Więc żebyśmy wczuli się w tę gorącą atmosferę, zrobił nam specjalny trening na naszym obiekcie w Pradze. Trenowaliśmy przy pustych trybunach, ale z kilku głośników leciał bardzo głośny doping kibiców. W tak ogromnym hałasie mieliśmy przyzwyczaić się do gry pod wielką presją.

Po przejściu Realu trafiliście na silny wówczas Widzew Łódź i też go wyeliminowaliście. Widzew kilka miesięcy wcześniej dotarł aż do półfinału Pucharu Europy, gdzie odpadł z Juventusem Turyn.

– W życiu grałem w wielu meczach, ale trochę pamiętam te starcia Sparty Praga z Widzewem. W pierwszej rundzie przeszliśmy Real Madryt, ale trener Jezek przestrzegał nas, abyśmy nie lekceważyli Widzewa. Podkreślał właśnie, że niedawno postawili się sławnemu Juventusowi. Pierwszy mecz z Widzewem przegraliśmy 0:1, ale w Pradze na Letnej wygraliśmy 3:0. Naprawdę zagraliśmy wtedy dobrze, rzekłbym, że nawet świetnie.

Którego z współczesnych szkoleniowców pan podziwia?

– Nie mam jednego wzoru. Nie chcę nikogo kopiować, nawet najlepszych – Kloppa czy Guardioli. Podpatruję ich pracę, ale idę swoją drogą.

Co najbardziej podziwia pan w drużynach prowadzonych przez Kloppa i Guardiolę?

– U Kloppa cenię niewiarygodną pasję, chęć zwycięstwa, z jaką grają jego zespoły. U Guardioli podziwiam organizację gry jego drużyn.

Materiał z meczu Sparta Praga - Real Madryt w jednej z czeskich gazet. Vitezslav Lavicka z prawejMateriał z meczu Sparta Praga - Real Madryt w jednej z czeskich gazet. Vitezslav Lavicka z prawej fot. Archiwum prywatne Vitezslava Lavicki

Jaki element gry we współczesnym futbolu jest najważniejszy?

– Organizacja gry, w której kluczowe jest zachowanie właściwego balansu między ofensywą i defensywą. Poza tym niezwykle ważna jest szybkość. Jednak nie tylko szybkość biegania, ale także myślenia. Szczególnie pod presją przeciwnika. To niezwykle istotne, jak piłkarze reagują na to, co się dzieje na boisku. Jak szybko i umiejętnie drużyna potrafi przejść z obrony do ataku czy odwrotnie.

Gra którego piłkarza robiła na panu największe wrażenie?

– Byłem pomocnikiem, więc najbardziej podziwiałem zawodników występujących na tej pozycji. Moim wzorem i idolem był Holender Johan Cruyff. Nie miałem okazji przeciwko niemu grać, bo był z wcześniejszej generacji, ale oglądałem jego fenomenalne mecze. Później na boisku zachwycał mnie Zinedine Zidane, niezwykle kreatywny piłkarz. Z zawodników, z którymi grałem w jednej drużynie, największe wrażenie robił na mnie Jan Berger, pomocnik Sparty Praga. To był naprawdę świetny piłkarz.

Przed meczem ma pan stały rytuał: staje pan w każdym rogu boiska, a później podchodzi do bramek i dotyka słupków oraz poprzeczki. Dlaczego?

– Robię tak od początku kariery. To symboliczne połączenie z ludźmi, którzy są już tam na górze, w niebiosach, a kiedyś wprowadzali mnie do trenerskiej profesji. W ten sposób dziękuję im i proszę o dalsze wsparcie.

Jest pan przesądny?

– Nie.

A czy w Czechach, tak jak w Polsce, panuje przesąd, że kobieta w piłkarskim autokarze przynosi pecha?

– Coś jest na rzeczy. Wiele lat jestem w futbolu, a rzeczywiście nigdy w żadnym piłkarskim autokarze nie widziałem kobiety.

Czy pana rodzina interesuje się futbolem?

– Tak, żona i dwie córki, Tereza oraz Adela, interesują się piłką nożną. Czasem z żoną rozmawiamy o futbolu. Moja rodzina zawsze kibicuje temu klubowi, w którym pracuję. Tereza już była na meczu Śląska we Wrocławiu, a teraz szalik w barwach klubowych czeka na Adelę, która wkrótce też będzie dopingować zespół z trybun stadionu.

Jeśli w minionym sezonie mistrzem Polski był Piast Gliwice, to równie dobrze w tym mistrzem może zostać Śląsk Wrocław?

– Dobra gra i jak najlepsze miejsce w tabeli są dla nas wszystkich w Śląsku wielkim wyzwaniem. Często powtarzam, że drużynę tworzy się stopniowo, krok po kroku. Mamy za sobą bardzo trudny poprzedni sezon. Był przecież moment, kiedy znaleźliśmy się naprawdę w nieciekawej sytuacji i broniliśmy się przed spadkiem. W tych rozgrywkach początek mieliśmy świetny, niestety później było trochę gorzej. Wierzę jednak, że wrócimy na dobrą ścieżkę i znów będziemy wygrywać.

Jak wytłumaczyć fakt, że końcówka poprzednich rozgrywek była tak nerwowa?

– Przychodząc do Śląska, wiedziałem, że będziemy walczyć o utrzymanie. Jednak początkowo nic nie wskazywało na to, że będzie aż tak ciężko. Niestety przegraliśmy jeden mecz, potem kolejny, i siła mentalna zespołu nieco podupadła, załamała się. Na szczęście w tym trudnym momencie wszyscy, piłkarze, ludzie w klubie, nasi kibice, byliśmy razem, potrafiliśmy opanować kryzys i wyszliśmy z trudnej sytuacji.

Zaskoczył pana fakt, że groźba degradacji Śląska była tak realna?

– Jako trener, a wcześniej piłkarz, nigdy nie broniłem się przed spadkiem. Zawsze moje zespoły były w czubie tabeli, walczyły o mistrzostwo, puchary. Dla mnie było to nowe wyzwanie, może nawet najtrudniejsze w całej karierze. A przecież nie jestem już młodym szkoleniowcem. Cóż, w życiu przez wszystko trzeba przejść, ale jestem bardzo szczęśliwy, że się utrzymaliśmy.

Vitezslav LavickaVitezslav Lavicka Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta

Coś pana w polskiej lidze zdziwiło?

– Bardzo pozytywnie to, jak Ekstraklasa jest pokazywana w telewizji. Cała marketingowa otoczka klubowego futbolu w Polsce. Wygląda to lepiej niż w Czechach i to należy szanować, doceniać.

Najwyższy czas, aby liga piłkarskim poziomem dorównała marketingowi, oprawie meczów.

– W Polsce są dobre drużyny, a liga jest wyrównana, co widać po sytuacji w tabeli. Ale rzeczywiście najsilniejsze czeskie kluby: Slavia Praga, Sparta Praga i Viktoria Pilzno są lepsze od czołowych polskich klubów.

Nie przeraża pana, że najsilniejsze kluby europejskie są tak bogate, że finansowo i sportowo stały się nieosiągalne dla drużyn z wielu krajów: polskich, czeskich, bułgarskich czy rumuńskich? Kiedyś pana Sparta wygrała z Realem Madryt, potem z Barceloną, w której występowali Guardiola, Laudrup, Koeman, a trenerem był Cruyff. Teraz powtórzyć takie wyniki będzie szalenie ciężko.

– Tak ewoluuje profesjonalna piłka. Najlepsi są bardzo bogaci, więc muszą kupować doskonałych piłkarzy. Tego nie da się zatrzymać. Na szczęście zdarzają się pozytywne sygnały dla mniejszych klubów. Chociażby przypadek Slavii Praga, która w tym sezonie awansowała do fazy grupowej Ligi Mistrzów, gdzie trafiła na piekielnie silnych rywali. I gra dobrze, o mało co nie wygrała na San Siro z silnym Interem Mediolan, a później po naprawdę dobrym meczu przegrała z Borussią Dortmund [rozmawialiśmy przed meczem Slavii z Barceloną – red.]. Slavia pokazuje, że kluby z przeciętnym budżetem też mogą rywalizować z potentatami.

Podobno interesuje się pan nie tylko piłką nożną, ale też teatrem, filmem i literaturą. Którego z czeskich twórców ceni pan najbardziej?

– Wspaniała jest czeska klasyka filmowa, filmy Milosa Formana „Pali się, moja panno”, „Miłość blondynki” czy „Postrzyżyny” Jirego Menzla. Bardzo cenię też Zdenka Sveraka, scenarzystę i aktora, który grał m.in. w filmach „Kola” i „Butelki zwrotne”, wyreżyserowanych przez swojego syna Jana. Zdenek Sverak jest także bardzo popularny jako założyciel teatru Jary Cimrmana.

W pierwszej części czeskiej, sławnej filmowej trylogii o rodzinie Homolków jest fantastyczna scena, kiedy ojciec próbuje namówić syna, aby razem poszli na mecz Sparty Praga. Jednak syn panicznie boi się żony – w efekcie z rozpaczy, bezsilności upija się i nie idzie na Spartę.

– Oczywiście, że znam ten film. „Straszne skutki awarii telewizora”, czyli pierwsza część filmu o rodzinie Homolków, to dla Czechów film kultowy. Komiczna jest scena, kiedy ojciec niby grozi dorosłemu synowi i mówi: „Słuchaj, Ludanku, jeśli nie pójdziesz na mecz, to dla mnie nie jesteś facetem. Piłkę musisz sobie wywalczyć!”. Dalej jest jeszcze śmieszniej. Ojciec wraca z meczu i opowiada leżącemu synowi, któremu po pijaństwie chce się wymiotować, jak piękny futbol grała Sparta. I pokazując, jak główkował jeden z piłkarzy Sparty, niezdarnie ląduje w pierzynie na łóżku. Z tego filmu śmieją się całe pokolenia Czechów.

Czeski humor jest ironiczny, lekko złośliwy. Gdyby w polskim filmie pokazano tak jak w „Pali się, moja panno”, że strażacy kradną fanty na konkursie, który sami organizują, czy wyśmiewano się z narodowych przywar jak w filmach o Homolkach, to niektóre środowiska byłyby oburzone, że krytykuje się Polskę. Wielu Polaków nie ma dystansu do siebie, są przewrażliwieni na swoim punkcie.

– U nas jest inaczej. Czesi nawet w śmiesznych, ironicznych filmach czy literaturze widzą siebie i mówią: „Tak, tacy jesteśmy!”. My, Czesi, potrafimy się śmiać sami z siebie.

* Vitezslav Lavicka

Jako piłkarz grał m.in. w klubach: Viktoria Pilzno, Sparta Praga, FC Hradec Kralove, Bohemians Praga oraz MFK Chrudim. Jako zawodnik ze Spartą siedem razy był mistrzem Czechosłowacji.

Po zakończeniu kariery piłkarskiej został trenerem. Pracował m.in. w Sparcie Praga, Viktorii Żiżkov, Slovanie Liberec, Sydney FC. Był selekcjonerem młodzieżowej reprezentacji Czech. Ze Spartą oraz Slovanem zdobył mistrzostwo Czech, a z Sydney FC mistrzostwo Australii. W Śląsku Wrocław pracuje od stycznia 2019 r. Ma 56 lat.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.