Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wojtek: – Kiedyś brat pożyczył rurkę od chemii i zrobił mi z niej taką długą rurkę do picia. Kubek stał na parapecie i mogłem, leżąc w łóżku, napić się z niego wody.

Andrzej, tata Wojtka: – Przez cztery miesiące Wojtek nie mógł w ogóle wychodzić, najpierw z łóżka, z pokoju, potem ze szpitala. Zmienialiśmy się przy nim z żoną, a jak akurat oboje musieliśmy być w pracy, to przyjeżdżał Grzesiek i się Wojtkiem opiekował, bardzo nam pomagał. Miał wtedy niecałe 14 lat i sam jechał pociągiem do Wrocławia na kilka dni, czasem na tydzień. Mijaliśmy się po drodze, gdzieś w Legnicy i przekazywaliśmy sobie torbę albo pieniądze.

Wojtek: – Brat chodził do sklepu, kupował to, czego mama i tata nie kazali. Co? No słodycze najczęściej. Ale też chleb, coś do smarowania i na obiad. Robił mi różne sałatki, czasem kiełbaskę jakąś ugotował. Kombinował, bo on to tak lubi kombinować. Jak smażył naleśniki, to patelnia była cała uwalona i na całym oddziale pachniało spalenizną. Raz mówię do niego: patrz, co tak leżą te kartony. Bo przy oddziale był taki śmietnik z kartonami po lekach. Zaczęliśmy z nich robić różne rzeczy.

Niczego nie planować

W szpitalu spędzili prawie rok. – Po jednym leku strasznie bolały mnie nogi i nic nie dało się z tym zrobić. Koło północy już trochę przestawało boleć i udawało mi się zasnąć. Ale najgorszy moment był, jak miałem uczulenie na jeden lek. Przez trzy tygodnie non stop strasznie bolał mnie brzuch, chemia zatrzymała pracę jelit, próbowałem jeść, ale to nic nie dawało. Żołądek przetrawił, ale wszystko zostawało w jelitach.

Andrzej: – Wojtek miał wtedy żywienie pozajelitowe.

Chory na białaczkę Wojtek, pacjent wrocławskiej kliniki Przylądek Nadziei. Podczas leczenia wspierało go rodzeństwo: Emilka i GrzesiekChory na białaczkę Wojtek, pacjent wrocławskiej kliniki Przylądek Nadziei. Podczas leczenia wspierało go rodzeństwo: Emilka i Grzesiek Fot. Archiwum rodzinne

W kryzysach, których nie brakowało, Wojtka wspierała też młodsza siostra, niespełna trzyletnia Emilka. – Nie mieliśmy jej za bardzo z kim zostawić, więc przyjeżdżała do Wojtka z żoną. Jak usłyszała, że on ma w szpitalu jakieś zajęcia, to strasznie się rwała. Jej obecność żonie i Wojtkowi bardzo pomagała, bo była po prostu sobą: szczęśliwym, roześmianym dzieckiem.

Spotykamy się w Przylądku 26 marca – jeżeli wyniki badań będą dobre, to jutro Wojtek będzie miał wyciągane wkłucie centralne, czyli tzw. browiak, przez który przez ostatni rok podawano mu leki, chemię, żywienie i pobierano krew do badań. Ostatnie dwa miesiące spędzili w domu – były dni, kiedy Wojtek tryskał energią, ale były i takie, kiedy nie miał na nic siły, fizycznej i psychicznej. Przez strach ostatnie dwa tygodnie były dla nich bardzo ciężkie. Są już nim bardzo zmęczeni. Oczekiwanie na wyniki badań kontrolnych, które poprzedzają zabieg, okazało się najtrudniejsze.

Andrzej: – W tej chorobie niczego nie można być pewnym, nie można nic zaplanować: czasem miało być fajnie, a było źle. Z drugiej strony znamy też sytuacje beznadziejne, a dzieci z nich wychodziły i wszystko było OK. Cały czas się boimy, że pojedziemy na kontrolę i wynik będzie nie taki. Czy można przestać o tym myśleć? Chyba nie. Jak się spotkamy za pięć lat, to może wtedy powiem, że można.

Spojrzenie zamiast badań

Zaczęło się w grudniu 2017 roku. Wojtek miał zwykłe objawy przeziębienia.

– Miał takie uczucie zimna. W domu w salonie stoi u nas piecyk koza i on cały czas przy niej siedział, otulał się kocem – opowiada tata chłopca.

Mówi, że on sam w ogóle by nie pomyślał, by z tego powodu zabrać Wojtka do lekarza: chłopiec nigdy nie był chorowity, omijały go wszelkiego rodzaju wirusy: był dzielnym harcerzem, aktywnym fizycznie, złotym medalistą w ju-jitsu.

Ale to było w okolicach Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Żona stwierdziła: pójdę z nim teraz, bo potem nie wiadomo, co będzie.

Tego dnia w ośrodku przyjmowała starsza, doświadczona pediatra. Patrycja, mama Wojtka: – Na początku go osłuchała i zbadała, ale nic nie zauważyła. Kiedy zajrzała mu w oczka, natychmiast kazała go odwieźć do szpitala. Nie do domu po rzeczy, tylko natychmiast zrobić mu morfologię, bo może to być trzeci stopień anemii albo coś o wiele gorszego, białaczka.

Jaki ładny szpital

Wojtek pojechał z tatą do szpitala powiatowego w Szprotawie, gdzie dwukrotnie zrobiono mu badania krwi. – Nikt nic nie powiedział – opowiada pan Andrzej – tylko wysłali nas dalej, do szpitala wojewódzkiego w Zielonej Górze.

Chory na białaczkę Wojtek, pacjent wrocławskiej kliniki Przylądek NadzieiChory na białaczkę Wojtek, pacjent wrocławskiej kliniki Przylądek Nadziei Fot. Archiwum rodzinne

Tam też po wynikach nie chcieli im nic powiedzieć, tylko tyle, że zabierają Wojtka do Wrocławia na punkcję szpiku.

– Wróciłem do domu po rzeczy i pojechałem samochodem za karetką. Nie wiedziałem, dokąd właściwie jadę, co to za szpital. Dziewczyny w szpitalu w Zielonej Górze napisały mi tylko na kartce „Przylądek Nadziei” ulica Ślężna. Pomyliły zresztą adres, a z nazwą „Przylądek Nadziei” zetknąłem się pierwszy raz w życiu – opowiada tata Wojtka.

Kiedy tam wchodził, nie wiedział, że to szpital onkologiczny. – Nic takiego nie jest przy wejściu napisane. Szpital ładny, kolorowy, jest przyjemnie, przyjaźnie. Te powiatowe zdecydowanie pod tym względem odbiegają. Ucieszyłem się nawet, że Wojtek tak dobrze trafił.

Wojtek czekał na niego w poczekalni. Był bardzo zmęczony i czekał tylko, by się położyć spać.

Dopiero przy wejściu na oddział dostrzegł napis „Hematologia”, a chwilę później na oddziale zobaczył dzieci bez włosów.

Błyskawiczna walka

Andrzej zaczyna czytać na temat szpitala, ale i tak przez pierwsze dwa-trzy tygodnie nie jest w stanie ocenić, gdzie się znajduje i co się będzie działo: – To jest taki szok. Wydaje się, że to nas nie dotyczy.

Punkcja szpiku potwierdza podejrzenia lekarzy: białaczka limfoblastyczna.

– Lekarka pierwszego kontaktu zauważyła w oczkach Wojtusia coś, co wielu innych lekarzy mogłoby przeoczyć. W klinice wielu lekarzy, a szczególnie studentów, pytało mnie o tę sytuację: pani doktor prawdopodobnie uratowała Wojtusiowi życie. Kilkanaście godzin później miał przetaczaną krew, jego wyniki z godziny na godzinę bardzo się pogarszały – mówi mama chłopca.

- Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybyśmy na czas nie trafili do szpitala. Kilka godzin zwłoki i mogłoby być już za późno.

Rozpoczyna się błyskawiczna walka: Wojtek dostaje chemię i sterydy. Traci koncentrację i smak, wie, że za chwilę nie będzie miał włosów. Do wszystkiego podchodzi wyjątkowo dorośle. Patrycja: – Jest zadaniowy, odziedziczył to po nas. Idziemy do przodu, kiedy mamy coś jeszcze do zrobienia.

Andrzej: – To, co z początku mówili lekarze, nie odzwierciedlało tego, co się potem działo.

Wojtek przeszedł sześć całotygodniowych bloków chemii. Miał popalony cały przewód pokarmowy, nie mógł jeść, mówić. To były dwa tygodnie płaczu i walki o proste rzeczy.

Andrzej: – Jestem strażakiem, widziałem różne rzeczy, ale to, co tu zobaczyłem... To wypadanie włosów, napady złości po sterydach, infekcje po chemii. Męczyły mnie różne wizje, koszmary. Kiedy już dotarło do mnie, co to za miejsce, jak wygląda leczenie, nie spałem, nie jadłem, schudłem 12 kilo.

Chory na białaczkę chłopczyk, pacjent wrocławskiej kliniki Przylądek NadzieiChory na białaczkę chłopczyk, pacjent wrocławskiej kliniki Przylądek Nadziei Fot. Archiwum rodzinne

Co najgorszego mu się śniło? Andrzej przez chwilę milczy. Obserwujemy Wojtka przez szybę. Siedzi właśnie w tzw. akwarium na parterze Przylądka Nadziei – na zajęciach plastycznych – i w skupieniu maluje.

– Pogrzeb – zawiesza głos. – Śnił mi się kilka razy pogrzeb Wojtka.

Dodaje: – Żona była dzielna, bardzo dzielna. Nie dała po sobie poznać, jak bardzo to wszystko przeżywa. Dopiero teraz, po roku, mówi mi pewne rzeczy. Wiedzieliśmy, że nie możemy pokazać Wojtkowi naszych chwil zwątpienia. Robiliśmy to dla niego. On musiał wiedzieć, że my się nie poddamy.

Rok w szpitalu

Telefon się urywa: przyjaciele dzwonią, SMS-ują, pytają, co u nich. Nauczyciel Wojtka zaczyna prowadzić na Facebooku bloga „wojtustrzymajsie”. Mama Wojtka wrzuca tam czasem zdjęcia, opisuje lepsze i gorsze chwile w szpitalu, to dla niej też forma terapii.

Pisze na przykład: „Dzisiaj Wojtuś odwiedził szkołę, treningi ju-jitsu, basen, był na wycieczce rowerowej i na spacerze z pieskiem. Pojechał też nad morze i wdrapał się na ŚNIEŻKĘ, odwiedził rodzinę w Warszawie i przyjaciela Francesco... na zdjęciach i wspomnieniach... W rzeczywistości walczył ze spadkiem wyników i silnym krwawieniem z noska. Wczoraj wieczorem, kiedy poczuł się lepiej, wziął ukulele do rączek, zaczął grać i znowu przeniósł się w zupełnie inny świat”.

Andrzej: – Dostrzegam taki pozytyw. W domu nie było tyle czasu dla dzieci, rano szło się do jednej pracy, potem do drugiej. A tutaj wszystko kręciło się wokół Wojtka. Jak byłem w szpitalu, to razem z nim na sto procent.

Mówi, że Wojtek się dobrze odnalazł w szpitalu: kiedy tylko mógł, to korzystał ze wszystkich zajęć, które są tutaj organizowane: warsztaty plastyczne, muzyczne, klub Einsteina.

Patrycja: – Wojtek jest bardzo uzdolniony, także muzycznie, wokalnie i plastycznie. Te wszystkie umiejętności pozwalały mu przetrwać najtrudniejsze chwile, uciekał w pracę przez całe leczenie.

Cały czas ma dobry kontakt z panem Michałem od muzyki, który nauczył go grać na organach. Zaprzyjaźnił się też z Franceskiem, wolontariuszem, który jest stewardem i który niewiele umiał po polsku. Uczył Wojtka angielskiego, a Wojtek jego polskiego, teraz utrzymują kontakt internetowy i nadal się uczą nawzajem.

Chory na białaczkę Wojtek, pacjent wrocławskiej kliniki Przylądek NadzieiChory na białaczkę Wojtek, pacjent wrocławskiej kliniki Przylądek Nadziei Fot. Archiwum rodzinne

Pod koniec leczenia Wojtek zdecydował, że zostanie wolontariuszem fundacji Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową, poprowadził już kilka zajęć. Zaimponowała mu m.in. Ewa Harapin, wolontariuszka, która sama pokonała kiedyś nowotwór, straciła nogę, a dziś jest medalistką Polski w podnoszeniu ciężarów. Kiedy Wojtek przez szpitalny radiowęzeł zapowiadał zajęcia „Dzień dobry, z tej strony Wojtek. Zapraszam na zajęcia z malowania dziś o godzinie 15.30”, Ewa śmiała się, że jest najlepszym głosem Przylądka. Wojtkowi podobało się jej poczucie humoru.

Bardzo krótki list

Dwa lata temu Gałkowie kupili dużą działkę na wsi. Andrzej: – Cały czas coś tam robimy, cały czas coś się zmienia. Jesteśmy z żoną tak stworzeni, że co ona wymyśli, to ja zrobię. Teraz buduję dużą altanę. Przygarnęliśmy psa, Tosię, bo poprzedni właściciel ją bił. A wcześniej Wojtek napisał do fundacji, że marzy o psie, i dostał golden retrivera. Teraz mamy Tosię i Zosię. Zosia jest bardzo mądra, a pan, który szkoli psy, zaoferował, że ją wyszkoli i będzie Wojtkowi pomagała, a w razie czego nas zaalarmuje.

Wojtek bardzo dobrze się uczy, zawsze miał dobre wyniki w szkole, brakuje mu kolegów – od początku leczenia widział ich tylko dwa razy. Z drugiej strony mówi, że indywidualne nauczanie jest nawet lepsze. Nigdy nie lubił rozgardiaszu.

Nagle pan Andrzej wstaje – zauważył przez szybę, że syn zasypia nad kartką, z kredką w ręce. Podchodzi do niego i delikatnie kładzie rękę na ramieniu. Po chwili wychodzą razem.

– Na dobrą sprawę to ja lubię wszystkie zajęcia – podsumowuje Wojtek.

Jutro ma zabieg, ważny dzień, ale koniecznie musi mi jeszcze pokazać czołg, który zrobił z kartonu. Do dzisiaj stoi w „akwarium” i dzieci się chętnie nim bawią. Był jeszcze karabin, ale ktoś zabrał, i szyba z folii trochę już się podarła. Ale czołg klasa.

– A ja jestem dumny z syna, bo przekazał dla fundacji organy, które kiedyś dostał. Bardzo mu w czasie leczenia pomogły i chce, żeby służyły też innym dzieciom – mówi Andrzej.

Wojtek wie, że powinien już iść spać, ale ma jeszcze dużo do opowiadania: jak pies Zosia cieszy się za każdym razem, gdy go widzi, i jak w domu z mamą składa garnki i ściera kurze ze schodów. Jak wyglądały święta i urodziny w szpitalu, gdzie stał renifer, gdzie był bufet, że tyle osób przyjechało i wszyscy składali się dla nich na prezenty. I że jak ktoś chce, to może ugadać się z panią, kupić tort i zorganizować w „akwarium” urodziny, ale on akurat obchodził na oddziale.

– Będę miał jutro ten zabieg w znieczuleniu ogólnym, nic mnie nie będzie bolało – uspokaja.

W zeszłym roku napisał do papieża: „Chciałbym być zdrowy, pełen sił i mocy, i kiedy wyjdę z tego szpitala, to żebym nigdy do niego nie wracał, nie tylko ja, ale też nikt z mojej rodziny, i dzieci, i dorosłych, nie tylko w całym kraju, ale na całym świecie. I żeby nikt nigdy w życiu nie stracił tego, co ma”.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.