Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tydzień zaczął się od prawdziwego emocjonalnego trzęsienia ziemi. Chodzi o spektakl „Wieloryb The Globe” krakowskiej Łaźni Nowej w reżyserii Evy Rysovej ze wspaniałym Krzysztofem Globiszem w roli tytułowej. Miał premierę w 2016 roku i napisano o nim już właściwie wszystko. Nam wypada dodać na okoliczność wrocławskich pokazów, że uczestniczenie w nich było dla wielu widzów jednym z najważniejszych teatralnych zdarzeń w życiu.

Wielki Krzysztof Globisz

Po tym jak Globisz doznał udaru w 2014 roku, grupa jego studentek zastanawiała się, jak mu pomóc. Postanowiła zrobić przedstawienie dla niego i z jego udziałem. Powstał spektakl czuły, lecz nie czułostkowy, pełen empatii, a jednocześnie dystansu i dowcipu, zrobiony z szacunkiem, ale bez patosu i czołobitności.

Oglądamy wieloryba (Globisz) wyrzuconego na brzeg morza i dwie działaczki Greenpeace’u (Zuzanna Skolias i Marta Ledwoń), które próbują go uratować. Ale widzimy też mistrza i jego dwie uczennice, wielkiego aktora, który mierzy się z afazją, podczas gdy my sami mierzymy się z własnymi uprzedzeniami, niewiedzą, naiwnością. „Wieloryb” stawia pytania o kanały komunikacji i o to, co się z nami dzieje, kiedy zawodzą, sprawiając, że słowa opornie wydobywają się z ust. Kiedy łatwo (zbyt łatwo) ulegamy złudzeniu, że tam, pod spodem, pod powierzchnią nieruchomego ciała nic nie ma. Że wraz z zanikiem możliwości wypowiadania słów zniknęła świadomość, wyobraźnia, refleksja.

Spektakl kończy poruszająca scena – oto Globisz śmieje się w oczy lekarzom, którzy postawili na nim kreskę: – Tam nic nie ma – powtarza ich diagnozę, interpretując to zdanie na różne sposoby, podczas gdy Skolias i Ledwoń śpiewają „With a Little Help from My Friends” duetu Lennon/McCartney. Mówi też, że aktor powinien być chory, że powinien grać z dziurą w duszy. – Kiedy byłem chory, wszystkie moje role były dobre – dodaje. Ta w „Wielorybie” jest rolą wielką.

Coś poszło nie tak...

We wtorek do Capitolu zawitał projekt „Puls”, koncert łączący w sobie poezję Haliny Poświatowskiej i mieszankę trip-hopu, jazzu, elektronikę i rocka. Za muzyczną warstwę odpowiada tu James Morton, saksofonista słynnego angielskiego zespołu The Herbaliser, śpiewali Wojciech Waglewski, Paulina Przybysz, Renata Przemyk, Skubas, Natalia Sikora, Emose Uhunmwangho, Eldo i zespół Jarzębina. Połączenie, które nie może się nie udać.

A jednak... Realizator dźwięku nie zauważył, że jest nie w plenerze, ale w sali teatralnej – poziom głośności zabił warstwę tekstową większości wykonań, a bezustanne „lansowanie” dźwięku saksofonu męczyło uszy. Szkoda, bo gdy na przykład Sikorze czy Uhunmwangho udało się przebić przez zespół, to okazywało się, że wspomniane połączenie naprawdę ma sens. A już muzyka Mortona i śpiew Jarzębiny razem to cud-miód. Szkoda, że akustyk nie pozwolił nam się tym cieszyć w pełni.

Następnego dnia na Scenie Ciśnień pojawili się słynni The Tiger Lillies, ikona sztuki przerysowanej, kompletnie odjechanej i balansującej na granicy dobrego smaku. Ale zamknięci w ramy dwujęzycznej, granej po polsku i angielsku, sztuki „Caffe Tiger Lillies” byli usztywnieni, wycofani. Przynajmniej w porównaniu z ich występem na PPA w 2009 roku. Oczywiście gdy grali i śpiewali, to robili to doskonale, ale niestety przytłoczeni zostali scenkami odgrywanymi przez Justynę Bartoszewicz i Pawła Tucholskiego.

No i sięganie po Czarne Protesty jako motyw przewodni spektaklu nie wystarczy, żeby sztuka ruszyła widownię. Nie pomogły służące za bazę przedstawienie dramat „Wyszedł z domu” Tadeusza Różewicza i wiersz „nikt tylko ty” Charlesa Bukowskiego – „Cafe Tiger Lillies” opuszczaliśmy z ulgą.

Przybora byłby zachwycony

Także w środę, ale tym razem na Dużej Scenie, oglądaliśmy spektakl „Przybora na 102” przygotowany przez Magdę Umer i artystów z Mumio. Powiedzieć „fenomenalne” o tym, co nam zaserwowali, to tak jakby nie powiedzieć nic. Mądre, ponadczasowe teksty Jeremiego Przybory, piosenki Kabaretu Starszych Panów, fantastyczny, oparty na rozmowach Jadwigi Basińskiej, Dariusza Basińskiego i Jacka Borusińskiego z Ciotka Mizerią (Magdą Umer) scenariusz, tony absurdu i dobrego humoru, prosta scenografia – wszystko to złożyło się na rzecz nieprawdopodobnie ciepłą, zabawną, refleksyjną.

Na opowieść o nieszczęśliwej (a może i szczęśliwej) miłości podaną jednak tak, że nie chciało się wychodzić z sali. Czy o ludzkich związkach można mówić w sposób surrealistyczny, zabawny, a jednocześnie inteligentny? Ależ tak. Mumio i Umer zrobili to w sposób mistrzowski.

Jeśli ktoś kiedyś będzie miał okazję pójść na to widowisko, to podpowiadam – warte jest każdych pieniędzy. Wzruszy się i uśmieje, zasmuci i rozbawi, zastanowi i pośpiewa... Ależ to było dobre!

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.