W samolocie do Polski Sebastian przeleżał całą podróż na podłodze. Tak było mu łatwiej, bo ogromny guz uciskał na główne naczynia żylne i chłopczyk się dusił - ale o tym jego rodzice dowiedzieli się dopiero w szpitalu we Wrocławiu.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przez kilka tygodni chorego na nowotwór Sebastiana leczono w Irlandii na zapalenie oskrzeli – kiedy oddychał, słychać było charczenie, spał na wpół siedząc, nie miał siły przejść 10 metrów.

– To nas najbardziej dziwiło, że on nagle mówi, że jest zmęczony i chce na ręce – opowiada Paweł Witkowski, tata Sebastiana. – Bo normalnie miał tyle energii, jakby miał wbudowany reaktor jądrowy.

Do Polski dotarli w ostatniej chwili. Guz rósł w takim tempie, że dwa dni później lekarze z Przylądka Nadziei nie mogliby już nic zrobić.

– Wyrywał się, krzyczał, kiedy podczas lądowania musiałam go podnieść z podłogi i zapiąć w pasy. Był cały spuchnięty na twarzy – wspomina mama chłopca, Agnieszka. – Lekarze w Polsce powiedzieli, iż to cud, że on ten lot przeżył, w teorii w ogóle nie powinien już oddychać. Fachowo to się nazywa „zespół żyły czczej górnej”.

Dodaje: – A on jeszcze narobił w szpitalu tyle histerii. Wszyscy się dziwili, że może wydobywać jeszcze z siebie takie dźwięki.

Wyglądało na zwykłą infekcję

Witkowscy mieszkali w Cork od 12 lat, prowadzili własną firmę zajmującą się wykańczaniem wnętrz i sprzątaniem. W lutym 2018 r. Sebastian miał dwa i pół roku, chodził do żłobka.

Początkowo myśleli, że nabawił się tam infekcji. – Zaczął kaszleć, ale nie miał gorączki – opowiada Agnieszka. – Po kilku dniach ten kaszel mu się nasilił, był taki mokry, głęboki. Sebuś zaczął też dziwnie charczeć przy oddychaniu.

Zaniepokoiło to pediatrę, polską lekarkę z Cork, która od razu skierowała chłopca na prześwietlenie płuc.

– Nie mamy pojęcia, jak radiolog mógł tego guza nie zauważyć – Agnieszka wyciąga zdjęcie i obrysowuje palcem wielką białą plamę. – Już wtedy zajmował znaczną część jednego płuca, a w drugim płucu Sebastian miał wodę.

Sebastian Witkowski, pacjent Przylądka Nadziei
Sebastian Witkowski, pacjent Przylądka Nadziei  Fot. Archiwum rodzinne

Radiolog stwierdził jednak, że chłopiec nie ma żadnych zmian w płucach. W oparciu o tę opinię pediatra leczyła go na zapalenie oskrzeli. Zapisała antybiotyk, a potem kolejny, ponieważ kaszel nie mijał, a Sebastian był coraz słabszy i coraz bardziej charczał.

Paweł wyjaśnia: – W Irlandii system jest taki, że pediatra nie mogła zobaczyć zdjęcia, którego wykonanie zleciła. Mogła oprzeć się jedynie na opisie przesłanym przez radiologa, a ten był niestety błędny.

Po trzech tygodniach Agnieszka zauważyła, że Sebastian ma na klatce piersiowej guza wielkości pięści. Od razu pojechała z nim do szpitala.

„Uderzył się”

Lekarz dyżurny stwierdził, że Sebastian musiał się uderzyć.

– Ten guz był lekko zasiniony na górze, ale to w ogóle nie wyglądało jak siniak – relacjonuje. – Tłumaczyłam, że na pewno się nie uderzył, bo cały czas byłam przy nim i na pewno bym o tym wiedziała. Nalegałam, prosiłam, żeby zrobili mu prześwietlenie. Lekarz w końcu się zgodził: zrobili rentgen z przodu i z boku. Ale także ich zdaniem płuca były w porządku. Podtrzymali tezę, że Sebastian po prostu się uderzył. Kazali mu dawać paracetamol i odesłali nas do domu.

Wtedy coś w nich pękło. Zaczęli szukać biletów na samolot do Polski.

– Ale ja wciąż nie dopuszczałam myśli, że dzieje się coś bardzo złego – przyznaje Agnieszka. – Chociaż od kilku tygodni w nocy coś nie dawało mi spać, budziłam się przerażona i miałam takie straszne przeczucie, którego nie umiałam sobie jeszcze wtedy wytłumaczyć.

Jedno zdanie lekarki

Plan jest taki: Agnieszka jedzie z Sebastianem na tydzień do Legnicy, zatrzymają się u jej mamy, znajdują tam dobrego lekarza, który wreszcie odpowiednio zdiagnozuje i doleczy infekcję u Sebastiana. – Wzięłam jedną niedużą walizkę, bo tłumaczyłam sobie, że jedziemy na tydzień, może dwa.

Lądują w Warszawie. Najbliższy lot do Wrocławia mieliby dopiero za kilka dni, więc z lotniska odbiera ich siostra Agnieszki. Sebastian przez całą drogę śpi w foteliku w aucie – tylko to charczenie. Źle wygląda, buzię ma cały czas spuchniętą.

Do Legnicy docierają o pierwszej w nocy i jadą prosto do szpitala. – Tam też na początku nie chcieli nas przyjąć – opowiada Agnieszka. – Stwierdzili, że to objawy zwykłej infekcji i nie widzą powodu. Ale ja czułam, że coś jest nie tak. Każda mama gdzieś to tam w środku czuje.

Rano pobudka. Będą robić USG, bo w nocy wyszło coś na rentgenie, ale nie wiedzą jeszcze co.

– To był 8 marca. Najgorszy dzień w moim życiu – Agnieszka zawiesza głos, coraz trudniej jej mówić. – Weszła lekarka, której nigdy wcześniej nie widziałam na, i powiedziała to jedno zdanie: „Szukamy dla was szpitala onkologicznego”. I wyszła.

W ten sposób dowiedziała się, że jej dziecko ma nowotwór. Wsadzają ich do karetki, razem z tą jedną walizką. Pierwszy raz w życiu potrzebuje leku na uspokojenie.

– Dwa miesiące wcześniej straciłam dziecko, poroniłam. Na wizycie kontrolnej lekarz powiedział, że serce nie bije. Nie zdążyłam się jeszcze po tej tragedii ogarnąć i nie myślałam, że za dwa miesiące będzie gorzej. Dla matki naprawdę nie ma gorszego momentu w życiu. Wyobraziłam sobie, jak wracam do domu bez Sebusia. Widzę jego zabawki, czuję jego zapach i myślę, że jego nie ma. Tak pragnie się wtedy wziąć to dziecko na ręce, wyprzytulać – Agnieszce łzy ciekną po policzkach.

– Obie babcie w Polsce ostatnią resztką nadziei mówiły, że to pewnie wydzielina osadziła się w płucach, dlatego lekarze widzą coś niepokojącego.

48 godzin walki o życie

Karetka zawozi ich do Przylądka Nadziei. Jeszcze tej samej nocy lekarka przychodzi do Agnieszki. Mówi, że nie znają jeszcze przeciwnika, ale to prawdopodobnie chłoniak, jutro zbadają płyn z opłucnej, zrobią punkcję lędźwiową, zbadają szpik i płyn mózgowo-rdzeniowy.

Sebastian Witkowski, pacjent Przylądka Nadziei
Sebastian Witkowski, pacjent Przylądka Nadziei  Fot. Archiwum rodzinne

– Po badaniach pani doktor wezwała mnie do siebie do gabinetu i powiedziała, że to na 98 proc. chłoniak limfoblastyczny. Mówiła długo, i na koniec takie zdanie, że to jest wyleczalne. Wtedy się rozpłakałam – opowiada Agnieszka.

Paweł był już w samolocie do Polski. – Na pokładzie odebrałem jeszcze telefon ze szpitala w Cork – relacjonuje. – Pytali, jak czuje się Sebastian, to powiedziałem im, gdzie jest i jak się czuje. Dzwonili, bo lekarze z Polski poprosili ich o przesłanie wyników badań i nagle okazało się, że jednak zauważyli zmiany na płucach.

Sebastian – jeszcze zanim lekarze postawią dokładną diagnozę – dostaje już w Przylądku tzw. chemię na ratunek, która ma zmniejszyć guz albo przynajmniej zahamować jego dalszy szybki rozrost.

Paweł: – To było 48 godzin na ratowanie życia.

Agnieszka: – Dotarliśmy naprawdę w ostatniej chwili.

Dwa lata zamiast dwóch miesięcy

Chłoniak u Sebastiana był już w trzecim stadium.

W Przylądku leczyli go przez rok – z małymi przerwami na wyjścia do domu pomiędzy cyklami chemii. Przed pierwszym kontrolnym rezonansem pani Agnieszka zapytała, jaki wynik lekarze uznają za dobry: – Usłyszałam, że jeśli guz zmniejszył się o 75 proc., to będzie znaczyło, że chemia działa i przynosi pożądane rezultaty. Przeraziłam się, że to ma być aż tyle. Myślałam, że wystarczy, jeśli guz się w ogóle ruszy, choćby tylko o kilka procent był mniejszy.

Ale wynik zaskoczył wszystkich: guz zmniejszył się o 95 proc.!

Po kolejnych cyklach chemii osiągnęli remisję na poziomie 98 proc. Teraz przez kolejny rok Sebastian bierze chemię w tabletkach, która ma tę remisję podtrzymać.

Agnieszka: – Gdybyśmy zaczęli leczenie na etapie pierwszego zrobionego w Irlandii prześwietlenia, to po trzech miesiącach chemii byłoby po wszystkim, wtedy było to jeszcze drugie stadium.

Chemia, którą dostawał Sebastian, była bardzo silna, uszkodziła mu nerwy (przez dłuższy czas nie mógł chodzić) i mięsień sercowy (mają nadzieję, że odwracalnie). – Kiedyś zapytałam lekarki, czy Sebastian będzie mógł mieć kiedyś własne dzieci, odpowiedziała: ja teraz nie myślę, co będzie za 20 lat, bo walczymy, żeby był z nami w przyszłym roku.

Mam samolot!

Sebastian ma teraz trzy i pół roku.

– Byłem w zoo, widziałem rekiny – opowiada, zagryzając chleb na śniadanie. – Nie chcę jeść w kuchni, będę jadł tutaj – negocjuje z tatą, przenosząc się z talerzem na kanapę w salonie. – Rekiny jedzą foki – mówi z pełną buzią – ale ten był raczej taki, no, nie za duży. I było tam mnóstwo innych ryb. I foki też były, foki też widziałem! – z entuzjazmem zaczyna skakać po kanapie, odbijając się tak wysoko, jakby skakał na trampolinie. Po chwili woła: – Mam helikopter, pokażę ci!

I zaraz przybiega z dużą plastikową zabawką. – I mam też samolot!

Biegnie po samolot.

Sebastian Witkowski, pacjent Przylądka Nadziei
Sebastian Witkowski, pacjent Przylądka Nadziei  Fot. Archiwum rodzinne

– Tak jak mówiłem: Sebastian jest cały czas w ruchu. A przy gościach to jeszcze włącza tryb turbo – śmieje jego tata.

– W szpitalu, jak tylko się budził ze znieczulenia ogólnego, to jeździł na hulajnodze po korytarzu, aż pani doktor się śmiała, bo jeszcze taki otumaniony – wspomina pani Agnieszka.

Opowiada, że Sebastian w szpitalu trafił na fajny „turnus”: dzieciaki jeździły na hulajnogach, rowerkach, dużo się działo na oddziale. Rodzice, mówiący o sobie „onkostarzy”, spotykali się w kuchni, rozmawiali i żartowali.

– Ktoś mógłby powiedzieć, że w takim miejscu nie powinno się śmiać. Ale nam to naprawdę bardzo pomagało. Najgorsze momenty były wtedy, kiedy odchodziły dzieci naszych znajomych z oddziału. Człowiek nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, że są pogrzeby.

„Mamusiu, przytul”

Chemię Sebastian znosił dobrze, nie wymiotował. – Wszyscy wkoło mi mówili, że raczej na pewno wypadną mu włosy, ale łudziłam się, że jednak mu nie wypadną, bo u nas wszystko dzieje się tak wyjątkowo – wspomina Agnieszka.

Kiedyś go wykąpała, wytarła mu włosy, a te pozostały w ręczniku. Wzięła go do łazienki i ogoliła resztę. Potem on spał, a ona patrzyła na tę jego łysą główkę i strasznie płakała.

Dzisiaj łyse dzieci nie robią już na niej wrażenia, wydają jej się takie same jak dzieci z włosami. Ale wtedy choroba Sebastiana jej się tak unaoczniła.

Nie ominęły ich komplikacje.

Na pewnym etapie leczenia Sebastian miał tak obniżoną odporność, że zaraził się od środka bakterią, którą miał w jelitach.

– Zwykle przed snem nie kładłam się obok niego, tylko gasiłam światło i czekałam pod drzwiami, aż zaśnie. Ale tego wieczoru coś kazało mi się koło niego położyć. Nagle dostał ścisku szczęk, drgawek, wołał: mamusiu, przytul mnie! – a tak wołał tylko, jak czuł, że coś jest źle.

Przerażona wezwała pomoc. – Od razu pani doktor przybiegła, ja tylko stałam i patrzyłam, podała antybiotyk. Zaraz na drugi dzień wyjęli mu wkłucie centralne, bo prowadziło prosto do serca.

To była sepsa – tylko szybka reakcja uchroniła ich przed intensywną terapią. Przez kolejne dwa czy trzy dni Agnieszka w ogóle nie spała: bała się, że to się pojawi po raz kolejny. Ten lęk był paraliżujący.

– Ale ja to jestem specjalistą od wyciągania wkłucia centralnego – wtrąca się tata Sebastiana.

Sebastian akurat znów jest w pobliżu, więc pokazują, że ma na klatce piersiowej trzy blizny po takim wkłuciu. Dwie dość spore, wyraźne i trzecią – ledwie widoczną. Ta trzecia to właśnie „dzieło” jego taty.

Sebastian Witkowski, pacjent Przylądka Nadziei
Sebastian Witkowski, pacjent Przylądka Nadziei  Fot. Archiwum rodzinne

– Sebastian miał chemię podawaną w takich blokach, że przez trzy dni non stop nie mógł wychodzić z łóżka – opowiada pan Paweł. – Stawaliśmy na rzęsach, żeby go czymś zająć i jakoś mu to leżenie urozmaicić. Wziąłem go na kolana i nie zauważyłem, że kabelek zahaczył się o nogę krzesła. I kiedy podniosłem go, to usłyszałem takie głuche „flip”.

Pielęgniarki w Przylądku do dziś żartują, że jak trzeba będzie pilnie wyciągać wkłucie, to będą wołać pana Witkowskiego.

– Widocznie tak miało być – dodaje Paweł – bo Sebastian miał to wkłucie nadkażone gronkowcem, i przy okazji pozbył się też bakterii, wszystko ładnie się zagoiło.

Pierogi, pierogi!

Po sterydach Sebastian miał w szpitalu wilczy apetyt.

– Wciągał wszystko, co się rusza, a szczególnie był znany z pierogów. Kiedyś musieliśmy cały dzień czekać na punkcję lędźwiową, musiał być na czczo. Krzyczał na cały szpital: Pierogi! Pierogi! Już jestem głodny! – opowiadają rodzice. – Musieliśmy osłonić przed nim panią kuchenkową [w Przylądku „kuchenkowe” to panie, które rozwożą jedzenie – red.], bo baliśmy się, że się na nią rzuci.

Potem już lekarz w karcie zapisywał mu te pierogi, a Sebastian bardzo tego pilnował. – Proszę wyobrazić sobie niespełna trzylatka, który wciąga naraz 15 pierogów i miskę rosołu. On tak potrafił. Babcie, jedna z Legnicy, druga spod Oleśnicy, były regularnymi dostawcami jedzenia – opowiada Agnieszka.

W swoje trzecie urodziny Sebastian był akurat w domu. Ale torty i tak były dwa: jeden do domu, drugi do Przylądka, bo bardzo chciał tam świętować ze wszystkimi.

Wystarczy, że są w okolicach Ślężnej, a on już woła: „mój ukochany szpital!”. – Ten szpital w ogóle nie kojarzy mu się z niczym złym – wyjaśnia jego mama. – Kiedy przyjeżdżamy tu teraz na kontrole, to wychodzenie zajmuje nam ponad godzinę: Sebastian musi porozmawiać z każdą „ciocią”. Na dole wbiega jeszcze do fundacji, a na koniec do ochroniarzy krzyczy: „wujek, wujek!”.

Witkowscy przeprowadzili się do Wrocławia, nie chcą już żyć w Irlandii. – Przez 12 lat płaciliśmy tam podatki, a jak przyszło co do czego, to uratował nas polski NFZ – podkreśla Paweł.

Agnieszka: – Ja już tej pierwszej nocy w Przylądku zobaczyłam światełko w tunelu. Po tych wszystkich przejściach wreszcie poczułam, że jesteśmy w dobrym miejscu i w dobrych rękach, i tego się już cały czas trzymałam, ani przez chwilę w to nie zwątpiłam.   

Pomagają małym pacjentom

Sebastian jest jednym z dzieci leczonych we wrocławskiej Klinice Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej „Przylądek Nadziei”. Klinikę i leczenie onkologiczne dzieci wspiera Fundacja „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”, która jest partnerem naszego cyklu redakcyjnego.

Każdego roku fundacja pomaga 2 tys. dzieciom z całej Polski. A Ty możesz pomóc jej podopiecznym w walce o życie, przekazując jeden procent podatku: KRS 0000086210.

Więcej informacji o działalności Fundacji „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową” znajdziesz na jej stronie internetowej www.naratunek.org .

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Czy to jest możliwe?? Taki błąd w sztuce? Powiedzieć, że ręce opadają, to nic nie powiedzieć.
@penceence
W Anglii też jest taki sam system że pacjent nie ma dostępu do swoich wyników badań ! Jedynie szpital czy lekarz wzywa pacjenta jeżeli zauważy coś złego w wynikach . Samodzielnie pacjent nie może tych wyników sprawdzić , jakiś obłęd !
już oceniałe(a)ś
15
0
@mariusz.zbyszek
Bzdura, poprosisz GP to ci wydrukuje wyniki badań krwi możesz mieć tez dostęp do wszystkich twoich Medical records jak złożysz podanie, a za niewielka opłata szpital wyda ci kopie np rentgena lub tomografii na CD
już oceniałe(a)ś
5
5
@mariusz.zbyszek
obłęd to jest w Polsce, gdzie musisz fatygować się do laboratorium żeby odebrać "wyniki" a potem osobiście zanieść je lekarzowi. Kim ja u diabła jestem, pacjentem czy kurierem?
już oceniałe(a)ś
11
9
@havranek
No i nie masz racji, bo są laboratoria, gdzie wynik zobaczysz w internecie. Musisz tylko uzgodnić hasło dostępu. W tym samym Wrocławiu, co Przylądek nadziei, nawet w tej samej dzielnicy.
już oceniałe(a)ś
3
0
@penceence
Taki prztyczek w nos tym, którzy uważają, że na tzw. Zachodzie wszystko jest super i cacy. Nie jest. Też są debile, leniwcy i ludzie skandalicznie zaniedbujący swoja pracę. Nawet tę, która może uratować lub zaprzepaścić życie.
już oceniałe(a)ś
4
0
@havranek
Naprawdę?! W mojej poradni POZ wszystkie wyniki (robiłam USG, prześwietlenie, badania analityczne w laboratorium - wszystko w róznych miejscach) są zdalnie przesyłane do lekarza. I na wizyty też zapisuję się przez internet. Wszsytko w ramach NFZ w dużym mieście w samym centrum Polski
już oceniałe(a)ś
4
0
@yossarian
Może Ci wydrukuje, a może Ci nie wydrukuje. Próbowałeś kiedyś jakie to jest w praktyce łatwe i osiągalne? Nikt tego standardowo nie wymaga, więc gdy się trafi taki "trudny pacjent", to stają na rzęsach, żeby mu nic nie wydać.
już oceniałe(a)ś
0
0
@penceence
Przede wszystkim, w Irlandii i UK obrazy RTG ("plain film") są rutynowo opisywane przez techników ("radiographer", a nie "radiologist"). Przy całym szacunku dla umiejętności techników w ich dziedzinie, od doświadczenia i "opatrzenia" radiologa dzieli ich przepaść. Jednak w UK i IE technik kosztuje NHS/HSE znacznie mniej, niż radiolog, którego zresztą niełatwo znaleźć, bo większość wyjechała do USA, CAN lub AUS.
Niestety mało kto wie, że akurat poziom polskiej służby zdrowia jest w wielu obszarach znacznie lepszy, niż na słynnym "zachodzie".
już oceniałe(a)ś
2
0
Ale super dzieciak! :) Powodzenia dla Sebastiana, rodziców oraz innych podopiecznych w Przylądku Nadziei! A przede wszystkim dla całej ekipy kliniki!
już oceniałe(a)ś
33
0
Mam nadzieję, że mogą dochodzić odszkodowania od systemu lecznictwa w Irlandii.
Bo to jest zwyczajny skandal.
Dobrze, że jest lepiej!!!
już oceniałe(a)ś
30
0
Potworne, rozpłakałam się czytając ten artykuł. Sama mam malutką córeczkę i nie wyobrażam sobie co musieli czuć rodzice, a szczególnie Pani Agnieszka. Powodzenia, trzymam kciuki za Sebastiana!
już oceniałe(a)ś
20
0
Dwa razy błędna diagnoza??????

Na szafot!!!
już oceniałe(a)ś
17
1
Cóż, leczenie paracetamolem jest na wyspach brytyjskich bardzo polularne. Lekarze rodzinni mają narzucony target żeby tylko 5% pacjentów kierować do specjalistów. Bo specjaliści są drodzy i ich brakuje. A gdy któryś lekarz przekracza target, pewnie musi się tłumaczyć w ichnim NFZ. Więc wolą nie przekraczać. Z drugiej strony nie przepisują takiej masy zbędnych piguł jak lekarze polscy, bo prawo nie pozwala przedstawicielom firm farmaceutycznych korumpować lekarzy.
@havranek
Ale to radiolodzy czyli specjaliści popełnili błąd prawdopodobnie wiec przykład chybiony
już oceniałe(a)ś
8
0
@havranek
Widać, że nigdy tam nie byłeś a już na pewno nie u lekarza.
już oceniałe(a)ś
1
1
@havranek
W doopie byłes i goowno widziałeś. Nie ma żadnych limitów. Najgorsze głupoty opowiadają polskie Janusze co się z lekarzem dogadać nie potrafią. W życiu w UK nie odmówiono mi badań czy wizyty u specjalisty. Jak kiedyś na rutynowej wizycie wspomniałem o bólu brzucha to za dwa tygodnie miałem USG- z powodu usuniętego w przeszłości pęcherzyka żółciowego- tak dla pewności lekarz mnie wysłał.
Paracetamol powiadasz ? - nie ma jak to w Polsce antybiotyk na byle pierdnięcie- a co tam, że nie infekcja bakteryjna.
już oceniałe(a)ś
1
0
Macie swoją Irlandię !
już oceniałe(a)ś
1
0
Miał "kogo,co" - miał GUZ mózgu - nie guza!!!
@M.MagdaW
A ja kupiłem sobie mercedesa a starego golfa wyrzuciłem i nabiłem sobie guza.
No chyba że kupiłem mercedes, wyrzuciłem golf i nabiłem guz.
Ta polska język..
już oceniałe(a)ś
1
0