Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od drugiej edycji WARTO biorę udział w pracach dwóch składów jurorskich, przyznających nagrody w kategoriach Teatr i Literatura (tę drugą działkę zdarzało mi się odstąpić Dorocie Oczak-Stach). I od początku towarzyszy tym pracom szczególny rodzaj satysfakcji. Zrozumie ją każdy, kto wie, że talent to rzadkie zjawisko i dlatego warto na niego chuchać i dmuchać, żeby mógł się w pełni rozwinąć.

My, jurorzy WARTO, podejmując trudne decyzje (bo jak spośród pięciu talentów wybrać ten jeden, jedyny?), nie robimy nic innego, jak tylko z uwagą przyglądamy się i staramy się – w miarę naszych możliwości – stworzyć naszym laureatom choć na chwilę idealne warunki, żeby ich talenty mogły jeszcze bardziej urosnąć. Tym przywilejem i odpowiedzialnością zarazem dzielimy się z Wami, czytelnikami „Wyborczej”, zdając sobie w pełni sprawę, że dajemy Wam do rozwiązania zadanie nieporównanie trudniejsze – musicie wybrać jeden talent spośród nie pięciu, ale wszystkich 24 nominowanych do nagrody.

Nie umiem dziś powiedzieć, kiedy ta satysfakcja była większa – czy wtedy, kiedy Sebastian Majewski, pierwszy laureat WARTO w kategorii Teatr, obejmował wraz z Janem Klatą dyrekcję krakowskiego Starego Teatru, czy kiedy spełniały się marzenia Małgorzaty Gorol, o których opowiadała nam w wywiadzie po otrzymaniu nagrody. Chciała popłynąć w daleki rejs, zagrać u Krystiana Lupy i wystąpić w filmie. W rejs popłynęła, znalazła się w obsadzie „Procesu” i w nagrodzonej w Berlinie „Twarzy” Małgorzaty Szumowskiej.

Bywa, że ta radość jest podszyta goryczą, kiedy z jednej strony cieszymy się sukcesami Gorol, Bartosza Porczyka czy Adama Szczyszczaja na najważniejszych warszawskich scenach, a z drugiej strony żałujemy, że lokalna polityka kulturalna zmusiła ich do wyjazdu z Wrocławia.

Wybory są o tyle trudne, że dokonujemy ich ze świadomością, ile ta nagroda znaczy dla laureatów – także w tym czysto praktycznym wymiarze. Że towarzyszący jej czek na 10 tysięcy złotych szefowi offowego Teatru Ad Spectatores wystarczył pewnie na produkcję spektaklu, a nagrodzonym poetkom i poetom Klarze Nowakowskiej, Julii Szychowiak, Ilonie Witkowskiej czy Bartoszowi Sadulskiemu pozwolił na luksus kilku miesięcy twórczej pracy.

Jednak największą radość czuję, kiedy przyglądam się wyborom naszych Czytelników. Kiedy zupełnie niespodziewanie w plebiscycie zwycięża Kamil Zając, realizujący się w najbardziej chyba niszowej dziedzinie sztuki, jaką jest poezja. Kiedy nagrodę Annie Makowskiej-Kowalczyk przynosi animowany przez nią kukiełkowy Kazio, który – jak się okazuje – ma więcej fanów od najwybitniejszych wrocławskich aktorów żywego planu. Albo kiedy – jak przy pierwszej edycji Nagrody Publiczności – niemal cała Świdnica głosuje na Wojciecha Korycińskiego, autora powieści przenoszących czytelników w przeszłość tego miasta.

Bo o wartości WARTO stanowi także nieprzewidywalność tej nagrody, to, że lekce sobie waży rankingi sprzedaży i listy bestsellerów, za to ma nosa do talentów.

Głosować można TUTAJ, a regulamin znajdziecie TUTAJ.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.