Zrozumieć, a nie tresować - tak od lat pracuje z końmi Jerzy Sawka. Nazywany jest ich tłumaczem, bo potrafi się "dogadać" nawet z tymi najtrudniejszymi. Zamiast siły używa sposobu. Na tej zasadzie oparł też swój najnowszy wynalazek: Sawka Light Hand.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jerzy Sawka od pięciu lat jest szefem Toru Wyścigów Konnych Partynice. Jednak już znacznie wcześniej zajmował się końmi. Od lat 90. był ich hodowcą. Próbował wszystkich dyscyplin jeździeckich: skoków, ujeżdżenia, WKKW, jazdy na koniach wyścigowych i powożenia. Eksperymentował nawet z polo.

Najbardziej wciągnęła go jednak włóczęga wierzchem. Od ponad 30 lat każde wakacje spędza w siodle. Zjechał w ten sposób niemal całą Polskę, więcej niż pół Europy (w tym Ukrainę) i Amerykę. Jest też znawcą naturalnych metod pracy z koniem. Głośno było zwłaszcza o sukcesie, jaki odniósł dzięki niemu ogier Sang Jang. Właściciel chciał go oddać do rzeźni, bo zrzucał jeźdźca. Był agresywny, stawał dęba, próbował kopać i gryźć. Po trzech miesiącach pracy z Sawką wszystko się zmieniło. Sang Jang pozwolił się dosiąść bez żadnego problemu i zaczął seryjnie wygrywać. Stał się jednym z najlepszych koni wyścigowych w Polsce.

"Sang Jang niesie w sobie ten atawistyczny opór przed zdominowaniem. To wolne zwierzę" - pisał Sawka na swoim blogu jeszcze w trakcie treningów. - "Żeby zyskać szacunek Mike’a Tysona nie zaimponujemy mu rozmową o nowoczesnym malarstwie. Jemu trzeba spuścić łomot na ringu. Ale konfrontacja z górą mięsa skazana jest na porażkę".

Sawka Light Hand
Sawka Light Hand  mat. promocyjne

Dlatego Sawka postanowił nie walczyć z Sang Jangiem, nie używał siły, by złamać mu charakter i zmusić do posłuszeństwa. Nie chciał, by koń się go bał, tylko żeby mu zaufał, uznał za swojego przewodnika. Zbudowanie takiej relacji otwiera konia na współpracę z człowiekiem tak, że właścicielom często trudno potem uwierzyć, że to to samo zwierzę. Stąd o trenerach posługujących się metodami naturalnymi często mówi się "zaklinacze koni". Oczywiście nie ma w tym żadnej magii, ale najpierw książka Nicholasa Evansa „Zaklinacz koni”, a później jej ekranizacja z Robertem Redfordem bardzo spopularyzowały ten termin.

W urządzeniu, które opatentował szef toru na Partynicach, też chodzi o wyeliminowanie elementu niepotrzebnej opresji z pracy z koniem. Jeźdźcy, zwłaszcza niedoświadczeni, często w nieodpowiedni sposób ciągną za wodze, a tym samym zadają ból zwierzęciu, bo uderzają go metalowym wędzidłem, które ma w pysku. Sawka Light Hand działa jak amortyzator. Stalowy element wielkości breloczka łatwo dopina się do wodzy i nawet jeśli jeździec za nie szarpie, nie jest to dla konia tak dotkliwe. Zmniejszenie nacisku powoduje, że zwierzę nie musi bać się bólu, co poprawia komunikację. Koń może lepiej odczytać sygnały od jeźdźca, nauczyć się ich. 

- W historii udomowienia i użytkowania konia wszystkie kiełzna służyły i służą do zadawania bólu. Ten ból to sygnał - tego nie rób - mówi Sawka. - U ludzi jest podobnie. Każdy człowiek dotknął gorącego czajnika i nie powtarza kolejny raz tego eksperymentu. Raz wystarczy. Tak samo konie raz tylko sprawdzają działanie pastucha elektrycznego. Niestety, niewprawna ręka działa na konia jak stałe drażnienie prądem elektrycznym.

Koń, który nadmiernie jest szarpany wodzami, z czasem przestaje po prostu rozumieć, czego jeździec od niego chce. Może to doprowadzić do buntu lub wyuczonej bezradności. Urządzenie Sawki jako pierwsze na świecie działa na rzecz delikatnego pyska konia, a nie przeciwko niemu. Niweluje błędy popełniane podczas jazdy przez rękę człowieka i pozwala koniom zrozumieć działanie wodzy.

- Na pomysł wpadłem w połowie lat 80. ubiegłego stulecia - mówi Sawka. - Zainspirował mnie Krzysztof Skorupski, u którego robiłem uprawnienia instruktora rekreacji jeździeckiej. To on nauczył mnie szacunku dla końskiego pyska. W prowadzonych przeze mnie szkółkach Akademickiego Klubu Jeździeckiego Wrocław studentki miały wodze ze sznurka od snopków mocowanego do wędzidła gumką z dętki rowerowej. Po ponad trzydziestu latach, już jako dyrektor Wrocławskiego Toru Wyścigów Konnych Partynice, wróciłem do mojej starej idei. Na parapecie i biurku mojego gabinetu do dziś walają się sprężynki, gumki, plastikowe rurki, wszelkiego rodzaju zamki, stalki wędkarskie i patenty żeglarskie. Aż pewnego dnia mnie olśniło: to musi być proste, solidne, kompatybilne z używanym sprzętem jeździeckim urządzenie.

Właśnie trwają prace nad wprowadzeniem amortyzatora wodzy na rynek. Mogą być nim zainteresowani jeźdźcy klasyczni użytkujący konie pod siodłem zarówno sportowo, jak i rekreacyjnie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem