Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wiktoria Krzywonos, „Podpalając ocean”, I LO w Jarosławiu

Turniej reportażu im. Wandy Dybalskiej. Nagrodzona Wiktoria KrzywonosTurniej reportażu im. Wandy Dybalskiej. Nagrodzona Wiktoria Krzywonos MIECZYSŁAW MICHALAK

Basia ma piękne oczy, z takimi uroczymi zmarszczkami dookoła. Jak się na Basię patrzy, to przede wszystkim widzi się właśnie te niebieskie oczy, później uwaga wędruje na czerwoną chustkę i Jej drobność. Siedzi na czarnej sofie, obok niej jest miejsce, pytam czy mogę. Uśmiecha się i przytakuje. Ogólnie, to Basia się często uśmiecha. A jak Błażej chodzi po domu boso, to Basia każe mu łoblyc fuzekle (założyć skarpetki), żeby się nie przeziębił. Bo wiesz, bo ja to ogólnie ze Śląska jestem! Mówi z dumą. Prócz nas w salonie jest jeszcze Piotrek i Marzenka, a w przedsionku, do którego jest dwa kroki, na swoim stałym miejscu, z widokiem na ekran telewizora, siedzi Lodzia i pali papierosy. Kaszle, cholera, jak ona bardzo kaszle. Wracając z kościoła, do domu przyszła pewna Pani z Medyni Łańcuckiej, bo nie ma czym w piecu palić, a wiadomo listopad jest, a grudzień będzie.

Ten niespodziewany gość coś się Basi nie podoba. Potrząsa głową, wzdycha, nerwowo spogląda w stronę jadalni, tam toczy się rozmowa Błażeja z tą Panią. Basia wyszeptuje z zaciśniętymi zębami, nie chcąc zagłuszać prowadzącego Teleexpressu. Ona coś kręci, ja to widzę, że kręci, no na pewno kręci. Ech, po co ona tu przychodzi? Tu jest spokój, no na co jej tutaj… Bo to jest tak, że Basia sobie bardzo ceni spokój, chyba miała zbyt wiele niepewności do tej pory. A żyła z takim deficytem stabilności przez cztery lata. Według Basi, cztery lata bez dachu nad głową to niewiele. Ale ja to nie życzę takiej sytuacji nawet największemu wrogowi, ludzie nie zdają sobie sprawy, co to znaczy domu nie mieć.

A sytuacja miała się tak, że Basia razem ze swoim przyjacielem (który już tym przyjacielem nie jest) spała w starym spichlerzu. Poduszkę pod głowę i dmuchany materac dostali od siostry zakonnej z Krakowa. Tylko, że ten materac to do końca materacem nie był, bo ludzką mocą nie można było go nadmuchać, więc spali na zimnym, uwierającym, zasikanym, zakurzonym kamieniu. Do siostry, też przychodzili czasami coś zjeść, zazwyczaj trochę ciepłej zupy i kawałek chleba i to by było tyle na dzień, bo spichlerz, gdzie trochę śmierdziało stęchlizną, ale przynajmniej nie wiało, miał znaczną wadę. Nadmierne wychodzenie stamtąd nie wchodziło w grę. Niedaleko mieszkali ludzie, a ludziom przeszkadza. Basi mówi, że byli cicho, że nie zaczepiała, bo i po co. Jak mam to dobrze, jak nie mam – to drugie dobrze. Tylko, że ten przyjaciel wychodził za często, a ludzie widzą i odstępstwa od zasad ich uwierają, jak kamyk w bucie z siłą wrzodu na dupie. Zgłosili na policję. Przyjechała, zgarnęła Basię.

Tak Basia znalazła się w Domu Wspólnoty Chleb Życia w Jankowicach, a teraz jest tu, w Medyni Głogowskiej. Tu jest dobrze, tu jest spokój. Jest Dom. W tym domu to wieczorami, wszyscy razem się modlą w kaplicy. Niewielkiej, z białymi ścianami i czarnymi krzesłami. Na końcu, po modlitwie wiernych wszyscy wychodzą. Basia się ociąga przy opuszczaniu kaplicy. Podchodzi do Błażeja i z czułością wyciąga ręce. Przytula go i mówi – Módlmy się za Ciebie, Błażej… Ona jest pewna, że ten chłopak tu z nimi zostanie, że jak nie na zawsze, to na długo, ale, że zostanie. On jest pewny tylko tego, że nadal chce podpalać ocean.

Aleksandra Fiłonowicz, „Za co jesteś?”, LO nr IV w Białymstoku

Turniej reportażu im. Wandy Dybalskiej. Nagrodzona Aleksandra FilonowiczTurniej reportażu im. Wandy Dybalskiej. Nagrodzona Aleksandra Filonowicz MIECZYSŁAW MICHALAK

Weronika myje włosy tylko w piątki. Zapytana dlaczego, odpowiada nerwowo: – Nie starcza mi szamponu, aby myć je co drugi dzień albo jak niektórzy, codziennie. Wybrałam sobie piątki, bo w soboty zawsze ma przyjechać mama, a chcę dla niej wyglądać ładnie. Chcę, żeby myślała, że u mnie wszystko w porządku. Ostatnio wyszła taka Kaśka, to zostawiła mi nawet odżywkę. Mama mi nigdy nic nie zostawiła. Ale mówiła ostatnio, że niedługo zamieszka z takim Pawłem, jej nowym chłopakiem, to może mi coś przywiozą.

Na przyjazd mamy czeka już trzeci tydzień, ale jej zawsze coś wypada. A to zepsuła się komórka, a to nie miała pieniędzy, a to spóźniła się na pociąg – wylicza – ale staram się ją zrozumieć. Przyjechałam tu na własną prośbę, więc nie mogę oczekiwać, że będzie mnie tak często odwiedzać.

Na co dzień mieszkam w domu dziecka. – Tu jest jednak fajniej, wiesz? Tutaj jest zdecydowanie lepsze jedzenie i łóżka są wygodniejsze. Chociaż czasami, gdy wracam ze szkoły i akurat trafia się ktoś nowy na oddziale, trzeba spać na dostawce albo na ziemi.

Większość dzieci jest tutaj w podobnej sytuacji. W trakcie rozmowy podchodzi do nas ośmioletni Krzyś. Ostatnio zwiększyli mu dawkę chloroprotyksenu. Po brodzie cieknie mu strużka śliny i ma problemy z otworzeniem drzwi od łazienki. Wskazuje na nie rączką, mówi coś niewyraźnie i trzyma się za spodenki. Są z jednego bidula, więc Weronika otwiera mu drzwi i pomaga się załatwić.

Krzyś był pierwszą osobą, którą poznałam na oddziale. Już wtedy był dość niemrawy, ale dużo się uśmiechał i zawsze dzielił się słodyczami z innymi. Rodzice nieznani. Trafił tutaj z domu dziecka, bo był nadpobudliwy i nie potrafił nauczyć się pisać. Nie ma za wielu kolegów. Przez to że zawsze ma mokrą koszulkę od własnej śliny, nikt się nie chce do niego przytulać. A przytulanie tutaj ma ogromną wartość. Kiedy udaje mu się załatwić, przechodzimy z Weroniką do jej sali. Krzyś idzie za nami. Gdy tylko przekracza próg pomieszczenia, słyszymy wiązankę lecącą z ust jednej z dziewczyn: – Krzysiek, ile razy mam ci k*rwa powtarzać, masz zakaz wchodzenia do tego pokoju! Nie dostaniesz ode mnie żelka ani Cię nie przytulę. Won.

Julian Frysztacki, „Bajzel na grudzie”, II LO w Krakowie

Turniej reportażu im. Wandy Dybalskiej. Nagrodzony Julian Frysztacki Turniej reportażu im. Wandy Dybalskiej. Nagrodzony Julian Frysztacki  MIECZYSŁAW MICHALAK

Śnieg zaczyna powoli topnieć. Można jeszcze co prawda znaleźć miejsca, gdzie słońce operuje zbyt rzadko, pozwalając mu utrzymać się resztkami sił, ale nawet te plamy są już bardziej szare niż białe, zabarwione ciężkim powietrzem Śląska. Węgiel znajduje się tutaj nie tylko pod ziemią, ale również w piecach i płucach mieszkańców. Niskie, najwyżej dwupiętrowe familoki, zbudowane z cegły i jasnego niegdyś kamienia potrzebują ogrzewania, a ciężko byłoby oczekiwać, że górnicy zdecydują się na inny rodzaj opału niż właśnie węgiel.

Starszy pan, którego spotykam w dawnej kopalni Mysłowice, nazywa go krzesiwem. Staruszek ma drobną, pomarszczoną twarz, delikatny wąsik, ciepłą czapkę i spodnie. Z niewielkiej hali o ścianach czarnych węglem i podłogach brunatnych rdzą wyrywa go fiołkowy polar.

– Nie „pan”, tylko Bogdan. – Proszę? – Nie „pan”, tylko Bogdan.

Mówi spokojnie, choć można w jego głosie wyczuć podejrzliwość. Przedstawiam mu się i podaję rękę:

– Przepraszam, że w rękawiczce, ale... – A nie szkodzi. Ja tu sobie węgiel brać, krzesiwo. – Dużo go tu zalega... – No jest go sporo, przesieję to, no bo co, to się wszystko zmarnuje. Przyjdą, wyrównają ten teren i chuj je weźmie. A Bóg wie jak jest, trzeba sobie nawozić do domu, jeszcze dość zimno, palić trzeba...

Ciężko Bogdanowi nie przyznać racji. Jest luty, końca zimy nie widać, a obiekty dawnej kopalnianej przeróbki czeka pewne wyburzenie. Odkąd w 2008 roku wydobyto tu ostatnią tonę węgla, kolos rozciągnięty na obszarze ponad sześćdziesięciu hektarów i rozdarty na dwie części linią kolejową niszczeje pozostawiony bez opieki. Północna część kompleksu jest starsza, ceglane budynki górują nad okolicą od ponad stu lat. Zabytek ma szansę przetrwać, jeśli wcześniej nie rozbiorą go złomiarze. Część południowa, wybudowana za PRL z blachy falistej i betonu ma wątpliwe walory estetyczne. Dla niej ratunek nie nastąpi, zostanie zrównana z ziemią, być może jeszcze do końca tego roku.

– Widziałem, że tutaj ochrona chodzi po obiekcie. – Chodzą cały czas, co pół godziny. Ale ci nic nie powiedzą. – Jak się ich spotka, to co robią? – Jak im tu nie rzucasz się, nie trzaskasz, jak węgiel zbierasz, to ci nic nie powiedzą.

Ewa Chybin, „Solo dios basta…”, LO w Wolsztynie

Turniej reportażu im. Wandy Dybalskiej.  Nagrodzona Ewa ChybinTurniej reportażu im. Wandy Dybalskiej. Nagrodzona Ewa Chybin MIECZYSŁAW MICHALAK

– Nie pamiętam, ile dokładnie to trwało. Na pewno jakieś kilka tygodni. Rzadko jadłem. Wstyd się przyznać, ale czasem zwracałem śniadanie ze stresu przed nie wiadomo czym. Zacząłem się bać, że to nie minie. Że może to jakaś choroba, która siłą rzeczy wykluczy mnie z moich marzeń o kapłaństwie. Widziałem w sobie słabość. Codziennie się modliłem. Żałowałem, że nie umiem być lepszym człowiekiem, klerykiem. Jakoś w połowie roku po zajęciach jeden z kolegów spytał mnie, czy chciałbym zwyczajnie pogadać, wyrzucić to z siebie. Ale zbyłem go. Co miałem mu powiedzieć? Że sam nie wiem, co się ze mną dzieje? Że przerasta mnie dosłownie wszystko, chociaż kocham kierunek, jaki obrałem? Udawałem, że nie ma żadnego problemu. „Wszystko jest w porządku. Chwalmy Pana, bo jest dobry... Alleluja!”. Ale on był na tyle wytrwały, że parę dni później znów do mnie podszedł. Poradził mi, bym poszedł na rozmowę z ojcem duchownym albo z rektorem. A mi było już na tyle obojętne, co kto sobie o mnie pomyśli, że to zrobiłem. Nasz wychowawca przypomniał mi to, czym katowałem się każdego dnia. Że kryzysy się zdarzają, ale trzeba zrobić wszystko, by wytrwać. I że Bóg przynosi pocieszenie. Że jest jedyną Drogą. Spytał, czy jest coś, czego teraz potrzebuję. Poprosiłem o nadzwyczajną możliwość rozmowy z rodzicami. Poszedł więc ze mną do budki telefonicznej, nawet sam wybrał numer, bo mi trzęsły się ręce. Odebrał tata. A ja po prostu się popłakałem jak jakiś mały chłystek. Powiedziałem, co się dzieje. Mówiłem, że chciałbym przyjechać, ale będę mógł dopiero za miesiąc. Mówiłem, że jest mi ciężko, że nie mam tu nic do gadania. Są zajęcia, a ja muszę się zgodzić z tym, co mówi wykładowca. Nie mogę dzwonić do domu, kiedy chcę. Nie mogę wyjść z tych murów, kiedy chcę. Muszę robić, co mi każą, co ode mnie oczekują. Tata powiedział mi, że muszę znaleźć siłę, że muszę myśleć pozytywnie o tym, co osiągnę, o kapłaństwie, którego tak pragnę. Że przecież nie mogę teraz odpuścić, skoro niedługo skończę już czwarty rok.

Agnieszka Winiarska, „Humanitarny odruch w sercu każdy przecież ma”, I LO w Jarosławiu

Turniej reportażu im. Wandy Dybalskiej.  Nagrodzona Ewa ChybinMIECZYSŁAW MICHALAK

Tak, moja mama to cudowna kobieta. Poradziła sobie ze wszystkim. Poradziła sobie z długami, poradziła sobie po stracie męża. Poradziła sobie ze mną. Nie miała lekko. Zachowywałem się, jak rozwydrzony bachor. Zarzygane żółcią szmaty, tępe próby żyletki.

– Powietrze, jakby jakieś takie cięższe. – Życie zrobiło jej jakieś jebane moralne salto. Powoli przyzwyczajam się do tej nieobecności. Odpoczywam.

Przestałem trenować. Na haku, gdzie wisiał, wisiał mój worek. Z każdym pierdolonym uderzeniem, go widziałem. Widziałem, jak się kołysze. Widziałem, jak wisi, jak knot z świecy, która się już wypaliła. Która się wypaliła i spaliła pół domu. Mama wzięła kredyt. Ciągnie dwa etaty. Sam sobie przyłożyłem w twarz. Zrozumiałem. Zrozumiałem, że powinienem być dla niej opoką, a nie stwarzać więcej problemów. Konwekcje horrorów i kryminałów – nawet takich gdzie były tylko zwłoki i ani kropli krwi, tak lubianych przez nią – okazały się tak cholernie realistyczne.

Za tydzień mija druga rocznica. Już nie brakuje mi powietrza. Mama kupiła piękny wieniec. Piękny. Czasem myślę, że dla takich ludzi nie ma zbawienia. Tata nas zostawił. Nie wiem, jak Bóg... Zresztą, nie ma Boga. Są tylko krzyże przy drogach, krzyże na ścianach i krzyż, który musi dźwigać moja mama. Gdzie jest mój Bóg…

No tak, mama. Mama miała przejebane, co tu kryć. Jej dzień zaczynał się od kawy i na niej kończył. O ile można mówić o jakimś zakończeniu dnia, co było jedynie umownym pojęciem. Połamane paznokcie, połamane włosy, złamane życie i załamana ona.

Tęsknię, chociaż to takie niemęskie. Nie za nim – tęsknię za nią. Za moją uśmiechniętą, pełną życia mamą. Często się uśmiechała, była naszą różyczką, którą on zerwał wraz ze swym odejściem. Ona więdnie.

Przez tyle lat żyła z szaleńcem, ale skąd ona mogła to wiedzieć? Jego obłęd nie pojawił się od tak. Był niczym podziemne morze. Nad nim zlegała warstwa skał, na niej warstwa ziemi, rosły kwiaty. Można było iść między nimi, nigdy nawet nie pomyśleć, że pod spodem jest kipiel szaleństwa...

A była. Zawsze była.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.