Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Technolog żywienia, na Ukrainie prowadziła własną restaurację. We Wrocławiu porzuciła kuchnię dla krawiectwa. Kreacje uszyte w Polymitario – Artystycznym Zakładzie Krawieckim można podziwiać na koncertach współpracującego z NFM-em zespołu Artrio, polskiego chóru z Wiednia, na zjazdach grup rekonstrukcyjnych wikingów, w spektaklach teatralnych, ale też na czerwonych dywanach celebryckich gal. Specjalnością zakładu są subtelne akcenty ludowe wplecione w nowoczesne suknie: tradycyjne ukraińskie hafty, etniczne elementy malowane na płótnie, filc, ręcznie robione naszywki i plecionki.

Nie może też zabraknąć tradycyjnych ukraińskich haftowanych koszul – wyszywanek. – Polskie rodziny i pary przychodzą do mnie, by uszyć sobie tradycyjny ukraiński strój ludowy. W wersji dla niego i dla niej – opowiada Halina. – Zdarza się też, że ktoś wstępuje do sklepu z ulicy i mówi: „Wow, ale u was piękne koszule – też taką chcę!”. 

Popyt jest taki, że tylko część koszul powstaje na miejscu, we Wrocławiu, a pozostałe wyszywają hafciarki z Ukrainy. – Nie nadążamy – śmieje się Halina.

Moja wielka wrocławska rodzina

Spotykamy się w dniu jej 47 urodzin. Na zapleczu świętują Polacy i Ukraińcy, najbliższe grono bliskich i współpracowników – jej wrocławska rodzina. 

– Jak samo nazwisko wskazuje, mam polskie korzenie – Halina Czekanowska opowiada o tym, jak trafiła do Wrocławia. – Po latach odnalazłam swoją rodzinę w Polsce, wymieniliśmy trochę maili i w końcu siedem lat temu przyjechałam w odwiedziny. Nie planowałam wyjazdu z Ukrainy na zawsze. Kiedy przyjechałam, ciocia i wuj byli poważnie chorzy, dożywali dziewięćdziesiątki i cierpieli na zaawansowanego Alzheimera. Mój kuzyn, Ryszard, został sam i było mu trudno opiekować się rodzicami. Poprosił mnie o pomoc.

MIECZYSŁAW MICHALAK

Czekanowska postanowiła wywrócić swoje życie do góry nogami i przeprowadzić się do Wrocławia. – Wcześniej prowadziłam w Ternopolu restaurację, ale musiałam ją zamknąć zaraz pod dojściu Janukowycza do władzy. Dolar skoczył drastycznie w górę, a warunki dla małych przedsiębiorców się pogarszały. Zdążyłam tak naprawdę w ostatnim momencie. Nadal co prawda pracowałam w gastronomii: otwierałam i wprowadzałam na rynek restauracje dla innych, bo taki mam zawód, ale na stałe nic mnie już na Ukrainie nie trzymało. A tutaj moja pomoc była niezbędna.

Pani Halina pojechała na Ukrainę, by pozamykać wszystkie swoje sprawy i wróciła do Wrocławia. Dzięki polskiemu pochodzeniu i pomocy rodziny sprawnie udało się przeprowadzić procedury związane z pobytem i tak została wrocławianką na pełny etat. 

– Na zmianę z kuzynem opiekowałam się ciocią i wujem. Miałam gdzie spać i co jeść, ale ja nie z tych, co zwykli siedzieć z założonymi rękami: sprzątałam, imałam się wszelkich mało popularnych prac. Ale jak już posmakujesz własnej niezależności, własnej firmy, trudno ci pracować dla kogoś. Trafiałam na wspaniałych ludzi, którzy zachęcali mnie do podjęcia wyzwania. Bankierzy, u których sprzątałam, mówili: „Bierz się i załóż coś swojego, jeśli możesz i potrafisz, to nie czekaj”. 

Jakoś się poniosło

Własną firmą okazał się Artystyczny Zakład Krawiecki. – Już wcześniej szyłam, bo bardzo to lubię – mówi Halina. – Przychodziło coraz więcej sąsiadów, krąg klientów się rozrastał, zaczęłam też szyć dla firmy z Hali Targowej. Zobaczyłam ogłoszenie: „Podnajmę lokal na Piłsudskiego” – obejrzałam, ustaliliśmy warunki współpracy z właścicielką i oto jest.

Ale Halina to nie tylko bizneswomen. Wszędzie jej pełno. Wspiera nowych przyjezdnych, organizuje spotkania integracyjne, założyła zespół śpiewaczy „Śpiewogra”, a w trakcie Rewolucji Godności to do niej zwożono dary dla protestujących. – Gdy zaczął się Majdan, klienci dzwonili w środku nocy z pytaniami, czy mogą pomóc. Zwozili do mnie leki i pieniądze. Poszła plotka, że „zbieram”. Zaczęłam szukać na Ukrainie organizacji, której to mogę przekazać i tak zaangażowałam się w pomoc humanitarną dla Majdanu. Potem była zbiórka „Podaj rękę Ukrainie” na placu Solnym. Tak to się jakoś poniosło. 

Poniosło się też z innymi inicjatywami. – Ludzie do mnie przychodzą i mówią: „Słuchaj, czemu starsi się nie spotykają? Może zrobimy weczornyci?”. Więc mówię: OK, zróbmy. I tak teraz do mnie już dzwonią co miesiąc: „Halinko, zbliża się sobota, to będą tańce czy nie?” – śmieje się. Podobnie było z zespołem „Śpiewogra”, kiedy nie miał kto kolędować. 

Jej optymizm i pozytywna energia są zaraźliwe. – Wszystko, co z siebie daję, zawsze do mnie wraca – tłumaczy.

We Wrocławiu znalazła miłość. Jest szczęśliwą kobietą, matką i babcią. Jej recepta? – Żyć! Cieszyć się życiem i brać wszystko, co daje. Nie koncentrować się tylko na pracy, bo życie jest zbyt kolorowe. Nie zakładać sobie klapek na oczy. Ja swoje odrzuciłam tak naprawdę dopiero w Polsce. Tu zaczęłam żyć pełną piersią. 

Olga Chrebor* – kierowniczka Centrum Biblioteczno-Kulturalnego Fama

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.