Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zamek książąt piastowskich przynależy zdecydowanie do Zachodu, jest śladem po wielkich ambicjach Henryka Brodatego, który rozpoczął rządy jako władca peryferyjnej dzielnicy, a u schyłku życia stał się najpotężniejszym księciem Polski. Wzniósł w Legnicy prawdziwie królewski ośrodek władzy.

Sam trzykondygnacyjny pałac zbudowany na planie kwadratu o wymiarach 61,5 na 16,15 m należał do największych budowli romańskich w Europie. Prof. Małgorzata Chorowska, która badała ten zespół rezydencjonalny, uważa, że nie miał sobie równych na terenie Polski. Prędzej już przypominał pałace cesarskie dynastii Staufów czy rezydencje landgrafów turyńskim.

MIECZYSŁAW MICHALAK

Następcy Brodatego hojnie w zamek inwestowali. W 1416 r. rozkochany w kulturze rycerskiej książę legnicko-brzeski Ludwik II ściągnął nawet z Saint-Denis pod Paryżem kamieniarza, żeby przebudował wieżę św. Piotra. Chciał, żeby wyglądała jak wieże Luwru lub zamków w Lusignan albo Poitiers. I kamieniarz jak wróżka, spełnił życzenie inwestora.

CZYTAJ TAKŻE: Spacer z Beatą Maciejewską po Bolesławcu. Miasto oferuje nie tylko ceramikę [ZDJĘCIA, WIDEO]

W zieleni im do twarzy

Rządzący sto lat później książę Fryderyk II też cały czas zerkał na Zachód. Światowiec, odbył nie tylko pielgrzymkę do Ziemi Świętej, ale podróżował po Europie i widział, jak się urządzali Francuzi czy Włosi. Pomieszczenie na wieży św. Jadwigi, które miało być mieszkaniem księżnej, zamienił w tzw. Zieloną Komnatę.

Dzięki iluzjonistycznej polichromii, przedstawiającej gąszcz roślin i kwiatów, wymalowanej malachitową zielenią, kosztownym barwnikiem produkowanym z kamienia półszlachetnego, komnata wyglądała jak zacieniona altana. Podobne powstały m.in. na zamku papieskim w Avinionie, w Piemoncie i mediolańskim Castello Sforzesco.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Spacer z Beatą Maciejewską po Trzebnicy [ZDJĘCIA, WIDEO]

Do tego malowanego ogrodu trafiali tzw. dobrzy bohaterowie, wzorce szlachetności i męstwa. Warto pokonać kilkadziesiąt metrów krętymi schodami, żeby zobaczyć kwiat męskiego rodu: Dawida pokonującego Goliata, Hektora z Troi, Aleksandra Wielkiego, Judę Machabeusza i króla Artura.

Ten ostatni jest szczególnie wart uwagi. Do kin weszła właśnie „Legenda miecza”, kolejna opowieść o gospodarzu Camelotu, więc warto spotkać się z nim oko w oko. Legnicki fresk jest jedynym zachowanym w dzisiejszej Polsce malarskim wizerunkiem na wpół legendarnego króla Brytów i jednym z nielicznych w naszej części Europy.

Ta ostatnia rozmowa

Więź z Europą Zachodnią, z jej etosem rycerskim i kulturą dworską, sztuką oraz gospodarką była od początku umiejętnie budowana przez legnickich Piastów. Bolesław Wysoki (to on zaczął wznosić zamek) pojechał nawet do Palestyny na II wyprawę krzyżową, zwiedził Konstantynopol i Ziemię Świętą. Opowiadano, że w czasie włoskiej wyprawy cesarza Fryderyka Barbarossy walczył w pojedynku pod murami Mediolanu z olbrzymim włoskim rycerzem i go pokonał. Siostra Wysokiego, Ryksa, została cesarzową Hiszpanii, więc na brak koneksji nie mógł narzekać.

CZYTAJ TEŻ: Spacer z Maciejewską. Świdnica najpiękniejsze miasto do odkrycia [ZDJĘCIA]

Jego potomkowie ściągali z Zachodu osadników, zakładali wsie i miasta na wzór niemiecki, zatrudniali mistrzów francuskich, włoskich i niemieckich, którzy ozdabiali kościoły Mariacki oraz Apostołów Piotra i Pawła (dziś katedra), dwie główne świątynie miasta. Ale dbali także o komfort i bezpieczeństwo życia w mieście, wznosili fortyfikacje, brukowali ulice.

MIECZYSŁAW MICHALAK

Piastowie odeszli dopiero w 1675 r., a ich mauzoleum w barokowym kościele pw. św. Jana Chrzciciela (należy dziś do franciszkanów) jest niezwykłym miejscem styku różnych narodowości i tradycji. Pomnik pierwszej dynastii panującej w Polsce został zaprojektowany przez Włocha Carla Rossiego, wykonany przez wiedeńskiego rzeźbiarza Matthiasa Rauchmüllera, z udziałem niemieckiego poety Daniela Caspra von Lohensteina, na zlecenie księżnej Louise von Anhalt- Dessau. Prawie pół Europy w jednym miejscu.

Los chciał, że to księżna z niemieckiej dynastii askańskiej urodziła i pochowała ostatniego potomka Piastów. Dziecko ochrzczono jako Jerzego Wilhelma, choć jego ojciec Chrystian chciał, żeby syn miał na imię Piast. Manifestację propolskich uczuć Chrystiana (marzył mu się nawet tron polski, po abdykacji Jana Kazimierza) storpedowała jednak matka, pobożna kalwinka, bo ten Piast brzmiał jednak zbyt pogańsko.

Jerzy Wilhelm rósł bujnie, robiąc postępy w naukach – oprócz niemieckiego znał polski, łacinę, hiszpański, włoski i francuski – oraz doskonaląc umiejętności polityczne. Zapytany przez katolickiego cesarza Leopolda I, którą religię uważa za najlepszą, odparł że taką, która jest wierna Bogu i cesarzowi. Cesarz więc uznał piętnastolatka za pełnoletniego, przyjął jego hołd lenny i pozwolił mu po śmierci ojca objąć księstwo legnicko-brzeskie.

Ale Jerzy Wilhelm długo nie porządził. Polując na jelenie, nabawił się gorączki, a umieszczony w chłopskiej chacie na odpoczynek zaraził się ospą od dzieci gospodarza i umarł. Szesnastu przedstawicieli szlachty złożyło trumnę z ciałem ostatniego potomka Piasta w podziemiach kościoła św. Jana Chrzciciela.

Sarkofagi ze szczątkami Jerzego Wilhelma oraz jego rodziców stoją we wnękach barokowej kaplicy grobowej, a naturalnej wielkości alabastrowe posągi zmarłych osadzono na wysokich postumentach. Toczą ze sobą rozmowę, której zapis wykuto w kamieniu.

„Biada mi samej” – mówi Ludwika. „Nieświadoma losu syna” – odpowiada mąż. „Podążam sam” – wyznaje Jerzy Wilhelm. „Gdzież nasza nadzieja?” – pyta jego starsza siostra Karolina.

Dla niej akurat nadziei nie było. Wbrew woli rodziny wyszła za pułkownika kirasjerów, przeszła dla niego na katolicyzm, ale miłość skończyła się po ślubie i Karolina rozstała się z mężem. Żyła samotnie, bo syn został z ojcem. I została pochowana z dala od rodziny, w bazylice trzebnickiej.

Droga po wiedzę

Ambicje Legnicy uosabia Akademia Rycerska, która sprawiła, że miasto stało się celem pielgrzymek elitarnych rodów Europy.

MIECZYSŁAW MICHALAK

Wiedzę ceniono tu od średniowiecza – wychowankiem, a potem profesorem szkoły parafialnej pw. świętych Piotra i Pawła (jej XVI-wieczną siedzibę można oglądać koło Nowego Ratusza, przy ul. św. Piotra) był przecież Witelon, fizyk, matematyk, filozof, optyk. Wybitny uczony, którego dzieła czytali Kopernik, da Vinci, Kepler. Wrócił do Legnicy, choć karierę zrobił w wielkim świecie: brał udział w soborze w Lyonie, posłował do papieża, cieszył się zaufaniem książąt i królów. Nauki uniwersyteckie też pobierał daleko od Śląska, w Paryżu i Padwie. A chodziło o to, żeby inni przyjeżdżali do Legnicy..

Dlatego książę Fryderyk II przymierzył się do założenia uniwersytetu i w 1526 roku otworzył uczelnię luterańską na wzór Uniwersytetu w Wittemberdze. Miała trzy wydziały – teologiczny, filozoficzny i prawny – ale działała też tylko trzy lata. Uczeni się posprzeczali (z powodów ideowych, nie finansowych), rozjechali, a projekt upadł.

Znacznie lepiej poszło z Akademią Rycerską, elitarną uczelnią kształcącą młodzież szlachecką, która powstała w 1708 roku. Wprawdzie powołał ją cesarz Józef I, jednak studiowali tu nie tylko mieszkańcy Śląska i krajów monarchii habsburskiej, ale także Rzeczypospolitej. W Akademii pobierali nauki młodzi Zamoyscy, Ossolińscy, Lubomirscy, Szembekowie.

Miała być kuźnią kadr dla wyższych urzędów państwowych i wojska, kurs trwał trzy lata, studenci wkuwali prawo, historię, literaturę, geografię, filozofię, politykę, matematykę, mechanikę, optykę, sztukę fortyfikacji i artylerii oraz architekturę z rysunkiem perspektywicznym. Plus cztery języki, jazda konna, fechtunek, strzelanie, taniec, elegancka konwersacja. O genealogii i heraldyce nie warto nawet wspominać, bo studenci byli herbowi, więc musieli się orientować, jak chronić swoją błękitną krew. Zajęcia zaczynały się zimą o 8, a kończyły o 19, latem trzeba był zwlec się z łóżka już o 5.

Akademia Rycerska istniała ponad sto lat, od 1809 roku otworzyła podwoje dla mieszczan, a dwa lata później stała się królewsko-pruskim gimnazjum. Przestało działać dopiero w 1944 roku.

Wygląda imponująco – ogromny czworobok (kubatura ponad 76 tys. m. sześć.), frontowa fasada dłuższa od północnej pierzei Rynku, z którą sąsiaduje, na attyce prężą pierś bujne piękności symbolizujące Favor (przychylność cesarza), Academię (szkołę), Nobilitas (szlachectwo) i Industrię (pracowitość, pilność). Ale największy podziw budzi Sala Królewska, ozdobiona neobarokowymi stiukami.

To dawna aula szkolna i dowód, że podlizywanie się władzy może wydać dobre owoce. Kurator Akademii Rycerskiej, Carl August von Kospoth, przebudował w 1902 r. gmach dawnej ujeżdżalni, przekształcając górną kondygnację w salę poświęconą cesarzowi Wilhelmowi II. Oraz własnej osobie, co nie omieszkał zaznaczyć w napisie fundacyjnym.

Mało kto ją oglądał w pełnej krasie, dopiero skończył się trwający wiele lat remont. W 1945 r. Akademię zajęły wojska radzieckie i oddały dopiero pod koniec lat 70., całkowicie zdewastowaną. Wschód zbliżył się do Legnicy, głęboki cień położył się na połowie miasta.

Kto bogatemu zabroni

Sto lat temu nikt się go nie spodziewał. W miejskiej kasie pieniędzy było tyle, że starczało i na inwestycje miejskie i na reprezentację samorządu. W latach 1872-1904 trzykrotnie zwiększyła się liczba urzędników, stary barokowy ratusz pękał w szwach (cudeńko, dzisiaj część Teatru im. Heleny Modrzejewskiej), więc w 1905 r. wybudowano nowy. Otwarcie było z wielką pompą, goście objadali się na bankiecie zupą rakową i gęsią po hambursku, ale tak naprawdę inwestycja nie została dokończona. Powinno powstać jeszcze skrzydło południowe oraz reprezentacyjne zachodnie. Zabrakło pieniędzy.

Inwestycja była chyba przeskalowana jak na tamte czasy, ale okazała się użyteczna, bo Nowy Ratusz do dziś jest siedzibą władz miasta. Warto uważnie obejrzeć jego elewacje, bo to sztuka wykorzystywana do tresury obywateli. Płaskorzeźba od ul. Witelona, symbolizująca urząd podatkowy, przedstawia pisarza miejskiego, który pobiera podatki i od bogatego mężczyzny i ubogiej wdowy z pustą sakiewką. Nie ma „Boże zmiłuj”, wszyscy muszą płacić, skarbówka nawet z pustej sakiewki coś wyciśnie.

W Nowym Ratuszu zachowało się wyposażenie dawnej sali posiedzeń magistratu i sąsiadującej z nią biblioteki. Dębowa boazeria, złocona sztukateria oraz oryginalny żyrandol przeszły właśnie renowację. Magistrat miał tu rezydować do czasu budowy skrzydła zachodniego, potem planowano urządzić pałac ślubów. Stąd złote róże, ułożone w wieńcu na suficie. Praktyczna dekoracja, bo młodym parom kojarzyła się z miłością, a urzędnikom przypominała o dyskrecji obrad, prowadzonych „sub rosa” („pod różą”, będącą także symbolem tajemnicy).

Legnica z przełomu XIX i XX wieku była piękna i rozpasana w swoim hedonizmie. W willowej dzielnicy Tarninów mieszkali adwokaci, lekarze, właściciele fabryk produkujących maszyny do obróbki drewna i najsławniejsze na Dolnym Śląsku fortepiany. Ludzie, których stać było na rezydencje o pałacowych rozmiarach i malowniczych bryłach, na wieżyczki, wykusze, werandy, witrażowe przeszklenia i toskańskie portyki.

W centrum – gotyckie kościoły, renesansowa starówka, fontanny i piękny park z egzotycznymi roślinami. Chodniki wykładane płytami z jasnego granitu, krawężniki z czarnej bazaltowej kostki, jezdnie też brukowane, tyle że na biało. Życie kulturalne kwitło, budynek teatru, zaprojektowany przez Carla Ferdinanda Langhansa (stanął na Rynku) należał do najpiękniejszych scen Śląska, operetka i teatrzyki rewiowe dostarczały rozrywek wielbicielom podkasanej muzy, a dwie gazety zaspokajały potrzebę informacji i sensacji poważnych mieszczan.

Życie w „Kwadracie”

Tarninów wciąż istnieje. Cudo na 45 hektarach, unikalny XIX-wieczny zespół urbanistyczny, nawet bruki są stare. Do zwiedzania od 1993 r. Wcześniej radziecka zona, tajemniczy „Kwadrat”, mieszczący sztab i kwatery sowieckich generałów. Zawdzięczamy go Konstantemu Rokossowskiemu, który wybrał Legnicę na główną kwaterę Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej. Polacy zostali zepchnięci do prawobrzeżnej, „gorszej” części miasta za rzeką Kaczawą, gdzie przed wojną żyli ubożsi legniczanie.

Rosjanie zajmowali w sumie jedną trzecią miasta, ponad sto kompleksów niedostępnych dla polskich mieszkańców. Ale „Kwadrat” budził największe emocje, stworzył mit lepszego życia i bogatych sklepów, zwłaszcza gdy w mieście na półkach sklepowych stał dyżurny ocet.

Niedostępny dla zwykłych legniczan – oddzielony betonowym murem, dwa wejścia z zamykanymi bramami pilnowane przez uzbrojonych wartowników, na skrzyżowaniach ulic drewniane budki, cały teren nieustannie patrolowany.

Pałacyk przy Okrzei 14 to prawdziwy świadek historii. Wybudował go w latach 20. Friedrich Teichert, jeden z największych fabrykantów Liegnitz, producent traków i maszyn do obróbki drewna. Zaraz po wojnie w pałacyku kwaterował Rokossowski, potem urządzono „Domu Prioma” czyli reprezentacyjny klub i hotel. To tu byli przyjmowani członkowie najwyższych władz ZSRR i ministerstwa obrony. Tu też organizowano sławne bankiety dla „Stawki” czyli naczelnego dowództwa sił zbrojnych. Dzień przed wyjazdem z Legnicy ostatniej grupy żołnierzy, Rosjanie sprzedali nielegalnie całe wyposażenie, nawet dębową boazerię i marmurowe kominki. Na szczęście zawartość sześciu „kamazów” policja znalazła na plebani w Pielgrzymce, więc pałacyk odzyskał swoje skarby. Dziś mieści się tu hotel i restauracja „Rezydencja”.

Obowiązkowym punktem spaceru po Legnicy powinien być też gmach przy ul. Grabskiego, zajmowany przez ZUS. W 1937 r. wprowadził się tu sztab 18. Dywizji Piechoty armii niemieckiej, w 1945 r. stał się siedzibą dowództwa Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej.

To tu w sierpniu 1968 r. został wydany rozkaz rozpoczęcia operacji „Dunaj” – inwazji na Czechosłowację.

Tu w 1981 r. przygotowywano się do ewentualnej interwencji w Polsce.

Tu w 1984 r. ulokowano naczelne dowództwo Wojsk Kierunku Zachodniego, które w kolejnej wojnie światowej miało pokierować walkami w środkowej i zachodniej Europie. Przyszły teatr wojenny zaplanowano z rozmachem, skupiał 40 proc. potencjału bojowego sił zbrojnych ZSRR.

Na starych zdjęciach widać, że przed budynkiem stał kiedyś wykuty w białym marmurze dwumetrowy Lenin. Wyjechał podobno wraz z wycofującą się armią, do Uljanowska. Ale pusty cokół kusił, więc z inicjatywy okolicznych mieszkańców ustawiono na nim figurę Jagiełły z dwoma mieczami. Dorobił się już przydomku „Łokietek”, bo monarcha ma krótkie nóżki i wielką głowę.

Ślady po radzieckiej armii coraz bardziej bledną, dni pomnika Wdzięczności dla Armii Radzieckiej na pl. Słowiańskim są policzone, a mur zniknął szybciej niż berliński i zachowały się tylko małe kawałki. Ale wędrówka śladami „Małej Moskwy” wciąż jest jeszcze możliwa. A nawet konieczna, bo buduje opowieść o konsekwencjach porządku jałtańskiego, zimnej wojnie i strachu panującym w podzielonej Europie. Wschód i Zachód w mieście o dwóch twarzach.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.