Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Wyborcza na żywo” to cykl spotkań z dziennikarzami i publicystami, którzy goszczą na naszych łamach. Rozmawiamy z nimi o sprawach lokalnych, na tematy polityczne, gospodarcze, kulturalne.

Gościem środowego (26 kwietnia) spotkania, które odbywało się na Scenie Ciśnień w Teatrze Capitol, był Konrad Imiela – jego dyrektor, a także muzyk i aktor.

Ta „Wyborcza na żywo” była unikatowa, bo gość nie tylko odpowiadał na pytania, lecz także zaśpiewał.
- Czy wrażliwość jest w życiu przekleństwem, czy pomaga? - zapytała prowadząca spotkanie Dorota Wodecka, nawiązując do wydanej przez Konrada Imielę płyty „Wrażliwość na olśnienie w normie”.

CZYTAJ TEŻ: Kalendarium upadku Cezarego Morawskiego [REPORTAŻ MULTIMEDIALNY]

- Pomaga, szczególnie gdy jest się artystą. Myślę, że nikt się nie rodzi bez wrażliwości. To raczej wypadki życiowe mogą ją stępić. Pomaga też dlatego, bo żyję bardziej świadomie, skupiam się na emocjach, a nie na faktach – odpowiedział Konrad Imiela. – I bardziej wartościowe jest dla mnie życie w większej amplitudzie doznań, bo nie wiedzielibyśmy, czym jest szczęście, gdybyśmy nie poczuli porażki, cierpienia, niewygodnych w życiu zdarzeń.

MIECZYSŁAW MICHALAK

Co się stało, że po kilkunastu latach Konrad Imiela wydał drugą płytę, i to bardzo osobistą? - Wcześniej nie potrafiłem, nie umiałem zdobyć się na taką szczerość. Pierwsza, „Garderoba męska”, była przywdziewaniem kostiumów, chowaniem się za opowieści o innych ludziach. Jak na podwórku, gdy podobała nam się koleżanka, mówiliśmy jej „mam kolegę, któremu się podobasz” – tłumaczył Imiela. - Chyba trochę musiałem dostać od życia potwierdzeń, że już nie muszę się kontrolować. I lubię twórczość, w której ktoś opowiada mi swoje historie. Dużo bliżej mi do prawdziwych historii niż do zmyślonych.

Jeden z utworów na płycie nawiązuje do pobicia, którego padł ofiarą Konrad Imiela. – Ta historia nauczyła mnie, że nie jestem obojętny. To, co dostałem od ludzi, za co wszystkim dziękuję, zmieniło moją konstrukcję w głowie. Odebrałem mnóstwo słów wsparcia od osób anonimowych, obcych. Miałem lawinę pytań na ulicy: „Panie Konradzie, jak pan się czuje?”, „Panie Konradzie, modliliśmy się za pana”. I mnóstwo wizyt przyjaciół, esemesów, telefonów. I to było chyba największe doświadczenie tego czasu – mówił.

MIECZYSŁAW MICHALAK

- Jak ci się udało pozbyć strachu po tym zdarzeniu? – pytała Dorota Wodecka.
-Tak właśnie – odpowiedział artysta, pokazując na płytę. Mówił później: - Nie wierzę, że człowiek godzi się z genem zła, coś w życiu tych mężczyzn poszło nie tak. Wpadłem na pomysł zorganizowania koncertu, który nazwałem „Agresją miłości”. Rozmawiałem z policjantami i doszliśmy do wniosku, że takie historie zawsze zaczynają się w domu. Wszystkie pieniądze przekazaliśmy na organizację zwalczania przemocy w rodzinie.

- Jesteśmy bardzo podatni na podkręcanie się przeciwko innym. To chyba nasza cecha narodowa – zauważył artysta. - Naród, który przez ostatnie kilkaset lat ma ciągle wroga, teraz ma go tak zakodowanego, że rozumiem pewne przejawy nienawiści w społeczeństwie. Ale musimy robić wszystko, żebyśmy w miarę szybko się z tej cechy otrzepali, a nie potrzebowali kilkunastu pokoleń na wyjście.

Imiela mówił też o obecnej sytuacji w Teatrze Polskim: - Niedawno spotkałem się z kolegą z Teatru Polskiego. Był bardzo smutny, stracił wiarę, że da się to posklejać, bo teatr to bardzo delikatna materia. Batalia o Polski skończy się wtedy, gdy przyjdziemy na premierę i będzie świetna i gdy ten teatr znów będzie miał świetny zespół, bo ten się rozsypał.

Ktoś z publiczności zapytał jeszcze Konrada Imielę, co to znaczy, że pobicie na ul. Kościuszki zmieniło jego podejście do świata: - Żyłem w przekonaniu, że świat jest dobry, miły, ludzie nawzajem się lubią, a jestem w świetnym mieście. Niosła mnie chyba jeszcze fala musicalu, który wcześniej stworzyliśmy i który był naładowany energią peace and love. I po raz pierwszy w życiu zetknąłem się z taką brutalną, bezinteresowną agresją. Zostałem pozbawiony telefonu i 70 zł. Do tego momentu rozumiem, choć nie pochwalam, wiadomo, „Robin Hood”. Nie rozumiem od momentu po oddaniu tych rzeczy. Bo wtedy zaczął się koszmarny łomot, w którym ktoś miażdżył mi czaszkę butem. Pierwszy raz w życiu spotkałem się z bezinteresowną agresją. I namacalnie zdałem sobie sprawę z istnienia tej drugiej, ciemnej strony.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.