Według oficjalnych statystyk polskiego i czeskiego parku narodowego, Karkonosze co roku odwiedza aż 10 mln turystów. Czeski urząd statystyczny dodaje do tego, że Polacy są na trzecim miejscu turystycznej listy odwiedzin - częściej do Czech przyjeżdżają tylko Niemcy i Słowacy. I choć nasze góry to nie Cieszyn, żeby wystarczyło przejść przez ulicę, aby znaleźć się w innym państwie, to wreszcie zaczęły nas nasze góry łączyć, zamiast dzielić.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Urodziłam się w małej górskiej miejscowości między Vrchlabi i Spindleruvym Mlynem. Gdy dorastałam, nie znałam żadnych Polaków. Nie myślałam nawet, że ich poznam, bo przecież trwał komunizm. Chociaż oficjalna trasa szczytami Karkonoszy nosiła nazwę Drogi Przyjaźni, to po obu stronach granicy stali żołnierze z karabinami. O tajnych spotkaniach czeskich i polskich dysydentów na Śnieżce my, zwykli obywatele, przez cenzurę, nie wiedzieliśmy. Grzebień Karkonoszy rozdzielał nas do tego stopnia, że moje pierwsze prawdziwe kontakty z Polakami to lata 90., gdy studiowałam w Nowym Jorku.

Ale od 15 lat Wrocław to mój drugi dom; oba kocham. Teraz co chwilę mijam tę granicę i widzę, jak zmienia się ruch polsko-czeski, który stopniowo zaciera bariery – fizyczne i te w naszych głowach. Otwarcie granic pozwoliło na rozwój handlu i współpracy ekonomicznej. Jeszcze kilkanaście lat temu trudno było znaleźć w czeskich Karkonoszach restaurację z polskim jadłospisem. Kelnerzy skakali wokół niemieckich gości, Polaków omijali. Dziś polskie menu jest w wielu lokalach.

Karel Vitovec, mój przyjaciel i właściciel rodzinnej górskiej knajpy z pensjonatem Mohwaldova Bouda, mówił mi: – Jeździmy do Polski na zakupy, dlatego że dzięki niższym podatkom ceny produktów też są niższe. I z tych dobrych polskich produktów robimy później dobre czeskie obiady i kolacje. Na przykład pieczoną golonkę z chlebem albo smażony ser, które tak chętnie zamawiają polscy turyści.

Ma dużo gości z Polski (na początku stycznia było ich więcej niż Czechów), chociaż do Mohwaldovej Boudy trzeba iść przez 1,5 kilometra pod górę albo zjechać na nartach z wyższego szczytu.

Moja mama jest pediatrą w Spindleruvym Mlynie. W swojej przychodni coraz częściej przyjmuje też polskich pacjentów – turystów z dziećmi, które coś sobie zwichnęły na nartach albo zachorowały w trakcie urlopu.

– W takim turystycznym miejscu mam bardzo różną klientelę – z różnych krajów, różnego pochodzenia. Wszystkich traktuję tak samo, ale muszę powiedzieć, że jestem zawsze pod wrażeniem tego, jak Polacy traktują dzieci. Trafiają do mnie bardzo rozsądni ludzie, skromni i uprzejmi. Mój jedyny problem to język, chociaż polski i czeski powinny być podobne, to zwykle rozmawiamy po angielsku albo na migi, rękoma i nogami. Nie mam szans, żeby nauczyć się takich polskich słów jak na przykład „oskrzela” – mówiła mi.

Zgadza się z tym Petr Horsky, mój znajomy nauczyciel narciarstwa, w którego ręce oddaję dzieci moich polskich przyjaciół. Czasem słychać go na stoku, jak wydaje czesko-polskie polecenia: „Kijki dej tak, narty k sobie!”. Ostatnio przyznał, że będzie chyba musiał nauczyć się języka polskiego, bo ma coraz więcej uczniów z Polski.

Według oficjalnych statystyk polskiego i czeskiego parku narodowego, Karkonosze co roku odwiedza aż 10 mln turystów. Czeski urząd statystyczny dodaje do tego, że Polacy są na trzecim miejscu turystycznej listy odwiedzin – częściej do Czech przyjeżdżają tylko Niemcy i Słowacy. I choć nasze góry to nie Cieszyn, żeby wystarczyło przejść przez ulicę, aby znaleźć się w innym państwie, to wreszcie zaczęły nas nasze góry łączyć, zamiast dzielić.

Tak było, gdy w lecie 2013 roku mama znalazła w Spindleruvym Mlynie zagubionego psa, dwuletniego owczarka niemieckiego. Nikt się po niego nie zgłaszał, a chociaż miał w uchu tatuaż, żaden czeski weterynarz nie rozpoznawał numerów. Obdzwoniła mnóstwo miejsc, wreszcie zadzwoniła do mnie, a ja – do polskiego związku kynologicznego. Okazało się, że właściciele psa to starsza para ze Szklarskiej Poręby. Pies poszedł za kimś, kto wychodził w góry. Zgubił się i doszedł aż do Czech. Właściciele szybko po niego przyjechali i gdy tylko otworzyli drzwi od samochodu, pies od razu tam wskoczył. Wszyscy płakali – nawet policjanci, a właścicielka cała we łzach wzruszenia zdjęła bransoletkę z ręki i dała mojej płaczącej mamie jako oznakę wdzięczności.

Te wszystkie historie nie byłyby możliwe, gdyby nie Unia Europejska i otwarcie granic. Chodzi nie tylko o względy ekonomiczne i mobilność, ale także to, co mamy w głowach. Mój mąż – Polak – szybko stał się częścią lokalnej społeczności w mojej rodzinnej miejscowości, naszej części gór, gdzie jest „nasz”. I ja tak samo czuję się we Wrocławiu.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem