Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Marta Mizuro: – Jechałam do pani tramwajami przez niemal cały Wrocław. Trochę to trwało, więc dla zabawy liczyłam, ile mijam motorniczych kobiet, a ilu mężczyzn. Kobiety były trzy, z czego jedna mnie wiozła, a mężczyzn dwunastu. Czy tyle mniej więcej, dwadzieścia pięć procent motorniczych, to kobiety?

Kobiety trzymają się razem?

– Jak najbardziej. Tuż po wygranej we wrocławskim konkursie spotkałam się z dużą życzliwością wśród moich koleżanek. Nawet pani prezes MPK Jolanta Szczepańska nie mogła wręcz uwierzyć, że to kobieta wygrała, pokonując wszystkich mężczyzn. Była dumna, że MPK tak dobrze mnie wyszkoliło i że udało się przełamać przeświadczenie, że to motorniczy mężczyźni zawsze są lepsi.

Czy w ogóle konkurujecie ze sobą?

– Ależ skąd. Przynajmniej ja tego tak nie odczuwam. Biorąc udział w konkursie, miałam na celu dobrą zabawę, ale też chciałam sprawdzić swoją wiedzę. Nie chodziło o wygraną, w którą na początku i tak nawet nie wierzyłam.

Wskazałabym jeszcze jedną różnicę: w hamowaniu. Dotąd nie przyuważyłam kobiety motorniczej traktującej pasażerów jak worki ziemniaków.

– Tu oczywiście wychodzi żeńska delikatność. Zgodzę się, że kobieta delikatniej ciągnie za wajchę i naciska hamulec. Maszyny przy tym też mniej cierpią (śmiech ).

Prowadzenie tramwaju to coś, o czym marzyła pani od dziecka? Dlaczego właśnie o tym?

– Sama właściwie nie wiem. Nie chodzi o to, że z zapałem dążyłam do tego, żeby spełnić to marzenie, ale zawsze sobie o tym myślałam. Natomiast a propos marzeń, ostatnio rozmawiałam z mężem o tym, że chciałabym być pilotem (śmiech ), tak że poprzeczka gdzieś tam rośnie, ale mąż mówi, że już na to trochę za późno w moim wieku. Pewnie mam w genach to, że lubię duże maszyny, dlatego chciałam też wyrobić sobie uprawnienia na duże auta czy pociągi. Inna sprawa, że mam małe dziecko i niedługo urodzę drugie, więc w najbliższym czasie raczej nie pojadę w trasę. Mimo wszystko chciałabym poprowadzić np. pendolino. Wszystkie gabarytowo większe pojazdy mnie pociągają, chyba mam do tego żyłkę.

W maju 2016 roku we wrocławskim autobusie linii 145 została podłożona bomba. Jak wiadomo, tragedii zapobiegł kierowca, a sprawca został złapany po paru dniach. Czy po tym doświadczeniu pracownicy MPK musieli nauczyć się czegoś nowego?

– Oczywiście. Odbywały się specjalne zajęcia, prowadzili je policjanci wyszkoleni w tego rodzaju sytuacjach. Zaprezentowali nam m.in. robota, który niebezpieczne ładunki wywozi z tramwaju czy autobusu. To było po tym, jak wygrałam wrocławski konkurs na najlepszego motorniczego, więc miałam okazję tym robotem posterować. Świetna sprawa. Ale przede wszystkim uczono nas, jak się zachowywać w tego typu sytuacjach i jak dbać o bezpieczeństwo pasażerów.

A czy wcześniej zastanawiała się pani, co by zrobiła w takiej sytuacji?

– Tak, myślałam o tym. Zaraz po tym zdarzeniu wszyscy zaczęliśmy się bać. Ledwie ktoś zauważył pozostawioną torbę czy reklamówkę, od razu panikował. Wcześniej byliśmy bardziej ufni. Jeśli motorniczy znalazł torbę, to ją brał, zaglądał, sprawdzał, czy jest w niej jakiś dokument, czy można ją jakoś oddać. Kilka dni po podłożeniu bomby w autobusie chwilę grozy przeżyła moja koleżanka. Przyjechała na pętlę na Gaj i znalazła w tramwaju torbę. Byłam tego świadkiem. Też interweniowała wtedy policja, kazano nam natychmiast opuścić pojazd, w którym na szczęście nie było już pasażerów. Okazało się jednak, że to zwykła sportowa torba ze sportowymi rzeczami.

Kierowca autobusu podobno zachował się nieregulaminowo.

– Tak mówiono, a ja nie wiem, czy na jego miejscu nie zrobiłabym tego samego. Przecież to jest moment, stres, emocje. Teraz, na zimno, każdy jest mądry. Najważniejsze, że zachował trzeźwość umysłu, o nic innego nie chodziło.

Czy znajomość regulaminu też jest elementem konkursu, do którego pani przystąpiła?

– Zarówno znajomość regulaminu, jak i cen biletów: wszystko jest punktowane.

Mówiła pani w wywiadach o swojej ulubionej konkurencji, czyli jeździe po śliskim torze, która mogła się skończyć lądowaniem w kartonach. A jaka konkurencja była dla pani najtrudniejsza?

– Najtrudniejsza była pomoc przedmedyczna. Tutaj również trzeba było zachować zimną krew. W ogólnopolskim konkursie to zadanie było dużo trudniejsze, bo człowiek, któremu mieliśmy pomóc, mówił, że mu słabo, po chwili osłabł, następnie stracił przytomność i na samym końcu przestał oddychać, więc te czynności trzeba było cały czas uzupełniać o jakieś następne elementy.

A w życiu musiała pani korzystać z tej wiedzy?

– Na szczęście nie. Też nie wiem, jak bym zareagowała, ale mam nadzieję, że udałoby mi się utrzymać nerwy na wodzy.

W jakiej sytuacji najbardziej się pani bała?

– Mniej więcej po trzech miesiącach pracy, kiedy byłam jeszcze mało doświadczonym motorniczym, miałam poważną kolizję z TIR-em. Wjechał na skrzyżowanie dokładnie sześć sekund po zgaszonym cyklu świetlnym. Nie było czasu na reakcję. Skutki kolizji usuwano prawie trzy godziny. Na szczęście nikt nie został ranny. Pomyślałam wtedy, że nigdy już nie wsiądę do tramwaju. Jednak jest to silniejsze ode mnie.

Kto lub co jest największym zagrożeniem na ulicy?

– Przede wszystkim piesi, którzy nieustannie wkraczają przed tramwaj. Naprawdę nie wiem, o czym myślą, wchodząc na przejście dla pieszych na czerwonym świetle.

A kierowcy aut?

– Też oczywiście. Można by wyliczać w nieskończoność. Ale bardziej niebezpieczna jest sytuacja spotkania człowieka i tramwaju niż tramwaju i samochodu. My zawsze reagujemy, hamujemy, zmniejszamy prędkość, aby móc uniknąć zderzenia, więc refleks w tej pracy jest niezbędny. Natomiast człowiek w starciu z tramwajem praktycznie nie ma szans.

Najgłupsze zachowania kierowców?

– Przede wszystkim zawracanie w dziwnych miejscach. Dwie ciągłe linie, a auta zawracają tuż przed tramwajem, którego jakimś cudem nie widzą. Dodatkowo wszystkie wymuszenia pierwszeństwa, przeciskanie się obok tramwaju, przejeżdżanie przez przystanki na jezdni, kiedy odbywa się wymiana pasażerów. Mogłabym opowiadać bez końca, jak bezmyślni potrafią być kierowcy. Mnóstwo jest takich sytuacji. Albo prawie codzienna sytuacja na Tarnogaju, gdzie kierowcy parkują zbyt blisko torowiska i tarasują przejazd dla tramwaju, więc żeby ruszyć, trzeba wzywać służby.

A co dziwnego wyczyniają pasażerowie w pojeździe? Zwisają na uchwytach do trzymania się?

– Jak są podchmieleni, zwykle właśnie to robią. Trafił się też jeden pan, który się rozebrał i wyrzucał ciuchy przez okno. Musiałam interweniować. Podeszłam do niego i powiedziałam, że jeśli się nie ubierze, nie będzie mógł kontynuować podróży, bo innym pasażerom może to przeszkadzać. Pan grzecznie opuścił pojazd i zapewne udał się na poszukiwanie swojej odzieży. Nie wiem, jak sobie w takich sytuacjach radzą mężczyźni motorniczy, ale mam wrażenie, że kobiety mają większy posłuch. Innym razem musiałam zwrócić uwagę panom, którzy wariowali i wieszali się na rurkach. Zażartowałam, mówiąc, że to nie jest zoo i że w jego kierunku nie jadę, więc jeśli się nie uspokoją, będą musieli zmienić środek lokomocji. Wszystko zależy od podejścia. Wiadomo: jeśli ktoś reaguje agresją, to agresja udziela się drugiemu człowiekowi.

„ W czasie jazdy rozmowa z motorniczym jest surowo zabroniona”. Gadają?

– Oczywiście, że gadają, ale wszystko zależy od sytuacji. Czasami staramy się odpowiedzieć, nie odwracając wzroku. Zwykle jednak jest tak, że dojeżdżamy do przystanku, wychodzę z tej swojej kabinki – szczelnie zabudowanej w nowych tramwajach, więc i tak nie słyszę tego, co ten ktoś mówi – by udzielić jakiejś tam informacji.

Pracując wcześniej na poczcie i prowadząc swoją firmę, miała pani nieustający kontakt z ludźmi, a teraz siedzi pani w dźwiękoszczelnej kabinie, gdzie kontakt jest ograniczony. Nie żal pani?

– Żal. Natomiast pytana już o to, zawsze odpowiadam, że nadrabiam śpiewem. Zawsze jak mi smutno, śpiewam.

Co pani śpiewa najczęściej?

– Głównie polskie ballady rockowe, bardzo je lubię. Piosenki Oddziału Zamkniętego, Dżemu, Maanamu, Perfectu, Lady Pank itp. Ale też nie potrzebuję tak bardzo kontaktu z przypadkowymi ludźmi. Dobry kontakt mam z pracownikami, bo jak dojeżdżamy na pętlę, to spotykamy się i zawsze te pięć-dziesięć minut można porozmawiać, jeśli nie jesteśmy spóźnieni.

Za chwilę znowu zostanie pani mamą i zapewne obserwuje pani matki z małymi dziećmi jeżdżące tramwajami. Jakie udogodnienia wprowadziłaby pani dla nich, gdyby mogła?

– Udogodnienia nie są najważniejsze. Niech człowiek będzie dla drugiego człowieka człowiekiem, po prostu, bo najbardziej pomagają właśnie ludzie. Też teraz jestem tylko pasażerką, bo jestem w ciąży, ludzie tego czasem nie zauważają, bywa więc różnie. Nie patrzmy wilkiem, tylko bądźmy ludźmi. Oczywiście, powinno być jak najwięcej tramwajów niskopodłogowych, by mamy z wózkiem i maluchem mogły swobodnie wsiąść. Chciałabym też, żeby pojazdy były coraz bardziej nowoczesne, coraz lepiej dostosowane do ludzi, którzy tego potrzebują, także niepełnosprawnych. Ale i tutaj jest ważne, żeby nie udawać, że się ich nie widzi. Kiedy motorniczy podjeżdża tramwajem wysokopodłogowym, powinien wysiąść i pomóc. Ja osobiście pomagam.

A wyobraża sobie pani, że kiedyś maszyny będą się mogły obejść bez kierowców?

– Czy sobie wyobrażam? Nie. Chociaż jest zdalnie sterowane metro, ostatnio widziałam też auta bez kierowców. Jednak ten zawód bardzo kojarzy mi się z człowiekiem i nie wiem, czy do takiej sytuacji w ogóle dojdzie. Inna sprawa, że te maszyny są coraz bardziej zmechanizowane, mają więcej opcji, a nowe tramwaje, które teraz są wprowadzane, mają specjalne zderzaki, które kiedy wykryją pieszego, same reagują, zwalniając prędkość. Możliwości jest coraz więcej i niewykluczone, że kiedyś to nastąpi. Ale wtedy byłoby mi ogromnie przykro.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.