Tytuł Światowej Stolicy Książki w kwietniu przekażmy afrykańskiemu Konakry. Postawiliśmy przed sobą zadanie wyprodukowania 100 tys. elementarzy dla dzieci z tamtejszych szkół - mówi kurator ESK do spraw literatury.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rozmowa z Irkiem Grinem*

Magda Podsiadły: Światowa Stolica Książki, co to znaczy?

Irek Grin: UNESCO wraz z kilkoma organizacjami związanymi z przemysłem książki nadaje ten tytuł od 2001 roku wybranemu miastu. Celem, oprócz promocji czytelnictwa, jest całoroczne działanie miasta zwycięzcy w bardzo szeroko pojętych przestrzeniach rynku książki. Pierwszą Stolicą był Madryt. Rok pracy dla książki zaczyna się 23 kwietnia, w Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich.

A w ubiegłym roku stolicą był Wrocław...

Wciąż nią jesteśmy. Tytuł przekażemy dopiero 23 kwietnia. Za Wrocławiem przemawiało mnóstwo powodów. Począwszy choćby od rangi i działań Miejskiej Biblioteki Publicznej, dynamiki życia literackiego w mieście, skończywszy na fakcie, że byliśmy w ubiegłym roku także Europejską Stolicą Kultury. Za zgodą UNESCO połączyliśmy dwa programy: literacki ESK i program Światowej Stolicy Książki, dzięki czemu mogliśmy zwielokrotnić nasze aktywności wokół literatury i czytelnictwa. Co jest szczególnie ważne dziś, wobec narastającego kryzysu branży książkowej na całym świecie. Tak jak kiedyś małe kina jednosalowe, tak dzisiaj znikają małe księgarnie, przegrywając z dużymi sieciami i sklepami internetowymi. Biblioteki stoją przed problemem przedefiniowania swoje podstawowej funkcji wypożyczania książek na znacznie szerszą – ośrodków kultury, zwłaszcza w małych miejscowościach – a także udostępnienia zbiorów w internecie.

Akcja "Książki dla Gwinei" [WSPOMÓŻ]

Tytuł przekazujemy Konakry, miastu w Afryce Zachodniej, stolicy Gwinei. Jakie są argumenty na rzecz tego wyboru?

Nie znam szczegółowego uzasadnienia jurorów, ale wiem, że ważny był kontekst epidemii eboli w tym kraju i próba pokonania traumy po niej również za pomocą działań proczytelniczych i edukacyjnych, a także rozwoju przemysłów książki. W Konakry działa księgarnia będąca przedstawicielem słynnej francuskiej oficyny wydawniczej Harmattan, która organizuje wiele wydarzeń kulturalnych, w tym doroczne święto książki „72 godziny z książką w Konakry”. Harmattan Guinée naturalną koleją rzeczy zostało też jednym z organizatorów Światowej Stolicy Książki. W związku z nadaniem tego tytułu w mieście zbudowano Bibliotekę Narodową, do której na razie przeniesione zostały zbiory z poprzedniej malutkiej wypożyczalni i opiekuje się nimi jeden bibliotekarz. My, jako miasto przekazujące pałeczkę Konakry, ogłosimy niedługo zbiórkę książek w języku francuskim we Francji i w Polsce, które przekażemy do gwinejskiej biblioteki. Ale to nie jest najważniejsze zadanie, które postawiliśmy przed sobą. Przede wszystkim wyprodukujemy 100 tysięcy elementarzy dla pierwszoklasistów w Konakry i w sąsiednich miejscowościach, i podarujemy je tym dzieciom.

To nasz projekt, ów elementarz?

Oczywiście gwinejski, po francusku, certyfikowany przez tamtejsze ministerstwo. Ale okładkę zaprojektują wrocławscy uczniowie. Rozpisaliśmy konkurs na nią, projekty można składać jeszcze do 10 marca. Elementarz przygotowywany jest na nowy rok szkolny, zaczynający się w Gwinei w październiku. Sygnalny egzemplarz prezydent Wrocławia przekaże Gwinejczykom 23 kwietnia, w dniu, w którym rozpoczną kadencję Światowej Stolicy Książki. Prosimy wszystkich o symboliczną nawet pomoc finansową w formie darowizny. Ogłosiliśmy już zbiórkę pieniędzy na Facebooku, akcja potrwa do 15 kwietnia. Koordynatorem zbiórki jest Fundacja Art Transparent.

A namówiliście Francuzów, by dorzucili wiersz Tuwima „Bambo”?

Nie mieliśmy takiego zamiaru. Za to dodaliśmy kilkanaście stron z innymi polskimi wierszami dla dzieci, co, mamy nadzieję, uatrakcyjni go i być może w przyszłości zaciekawi młodych Konakryjczyków polską kulturą. Elementarz posłuży około pół miliona gwinejskich uczniów, bo przewidujemy, że skorzysta z niego pięć roczników pierwszoklasistów. Gwinea ma według statystyki UNESCO z 2015 roku wysoki wskaźnik analfabetyzmu, ponad 30 procent.

Jak na kraj afrykański, taki wskaźnik nie jest wcale taki zły. Gwinea to też kraj, w którym pojawiły się pierwsze afrykańskie powieści, pisane w języku francuskim.

Proszę nie żartować, 30 proc. to nie jest źle? Przestańmy już myśleć o analfabetyzmie w kategoriach pozbawionych emocji cyfr. Analfabetyzm to plaga porównywalna z głodem, a jego skutki społeczne są przerażające. Jeżeli możemy podzielić się i pomóc w nauce czytania i pisania tak ogromnej grupie dzieci, to zróbmy to, nie oglądając się na statystyki. Natomiast jeśli chodzi o literaturę gwinejską, to rzeczywiście była pionierska w Afryce. Szczególnie dwie pozycje: znany w Polsce „Czarny chłopak” Camary Laye, z 1953 roku i „Maitre d’école” Fodéby Ke?ty, wydany w 1952 roku, jeszcze przed uzyskaniem niepodległości przez Gwineę w 1958 roku.

Fodéba Keita był też założycielem słynnych na cały świat „Baletów Afrykańskich”, narodowego zespołu tańca w Gwinei. No dobrze, ale literatura pisana zaczęła się rozwijać w Afryce pod wpływem białych, a wcześniej była to tradycja ustna, tak bogata, że, jak ujął to wielki malijski pisarz i etnolog Amadou Hampâté Bâ: Gdy w Afryce umiera stary człowiek, to jakby umarła cala biblioteka.

Tak, tylko że człowiek we współczesnym świecie jest niewidzialny i niewidomy bez umiejętności pisania i czytania. W jakimś sensie – strasznym – nie istnieje. Bez tych narzędzi nie jesteśmy wolnymi ludźmi i tracimy szanse na lepsze życie.

Nadużycie. Afryka dziś pisze swoją literaturę, i to całkiem niezłą, a ma tylko czterech noblistów w literaturze, i na dodatek dwóch jest białych. Siła afrykańskiej kultury jest jednak nadal w pamięci zbiorowej, w bogactwie tradycji ustnej, choć zachodni człowiek uważa, że jak historia nie została spisana, to jej nie ma.

Zachodni człowiek się myli. Ale nie łączmy w jeden wątek ogromnej kultury opowieści mówionej w Afryce z praktyczną umiejętnością pisania i czytania. Bo te światy się nie wykluczają, one się w sposób paradoksalny uzupełniają. Można i należy kultywować tradycję oralną i korzystać, i rozwijać się dzięki niej, zwłaszcza, gdy jest ona, tak jak w Afryce, również zbiorem porad życiowych, czy bez mała może pełnić funkcję terapeutyczną. Ale brak pomocy w walce z analfabetyzmem w Gwinei to również zgoda na niemożność normalnego życia w tym kraju. Przecież te elementarze służą także do nauki oficjalnego języka państwowego – francuskiego – którego większość dzieci w Gwinei nie zna, idąc do szkoły. W domach rozmawiają w językach różnych grup etnicznych, a jest ich tam kilkanaście. Zatem nie traktujmy umiejętności niezbędnych do lepszego życia we współczesnym świecie jako zagrożenia dla tradycyjnej kultury. Ja naprawdę doceniam tradycję ustną jako niezwykle ważny sposób przekazu kulturowego między pokoleniami, ja się nią nawet fascynuję, uwielbiam gawędę. Chciałbym kiedyś usiąść wieczorem pod drzewem w buszu i posłuchać takiej opowieści w gronie wiejskiej społeczności.

I słusznie, bo Gwinea to kraj griotów, takich afrykańskich Homerów, służących na królewskim dworze w czasach wielkiego średniowiecznego imperium Mandingów, poetów, muzyków, ambasadorów kultury, doradców króla, historyków.

Tylko że ich opowieści nie zostały spisane dawno temu, tak jak homeryckie. Minęło zbyt mało czasu i wciąż jest zbyt wielu analfabetów, by wszyscy Afrykanie nauczyli się, jak Europejczycy, owej nowej literackiej frazy, która towarzyszy twórczemu zapisowi tekstu mówionego.

Jednak Gwinejczycy zapisują dziś swoją tradycję ustną – wydają baśnie, jak choćby wybitny autor gwinejski Jean-Marie Touré.

Rzeczywiście, to się już dzieje od jakiegoś czasu. Jednak nowoczesny literacki zapis gubi wiele elementów z owej afrykańskiej tradycji ustnej. Bezpowrotnie utracone są: cała strona muzyczna, deklamacja, rytm opowiadanych eposów, baśni, czy przypowieści. Rozumienia takiego sposobu zapisu tekstu utrwalanego przez wieki w formie oralnej też się trzeba nauczyć.

A Europejczyk jest już zupełnie pozbawiony tego pierwotnego doświadczenia afrykańskiej tradycji, choćby z powodu tłumaczenia wielopoziomowego, bo przecież te baśnie najpierw były opowiadane w lokalnych językach, miały swoje lokalne konteksty, następnie musiały zostać przełożone na francuski, później spisane, a na koniec jeszcze przetłumaczone na inne języki europejskie. Bezpowrotnie się gubią sensy przy takich piętrowych tłumaczeniach.

Ale lubi pan czytać literaturę autorów pochodzących z Afryki?

Tak i zawsze szukam w niej właśnie śladów ustnej tradycji, czasem nawet próbuję głośno sobie deklamować, by odnaleźć rytm opowieści. To literatura bardzo zmysłowa, która schodzi w fascynujący sposób na poziom szczegółu. Gdy ktoś siada przy stole, to widzimy, co jest na tym stole, czujemy, że blat się lepi, a gdy ktoś przeciera go, to wiemy, czy ścierką, czy też kawałkiem wyprawionej zwierzęcej skóry. To literatura bardzo synestezyjna, a przez to ogromnie różnorodna i poszukująca. Sacrum przenika się w niej z profanum w naturalny sposób, nadprzyrodzone żyje w codzienności. Ona nie ma swoich źródeł w spisanych i powtarzalnych dosłownie tekstach religijnych. W Afryce wciąż – powszechnie – rozmawia się z Bogiem zupełnie inaczej. A realizm magiczny mają we krwi i używali go – również w życiu, nie tylko w sztuce – na długo przed tym, nim Cortázar sięgnął po pióro.

Irek Grin* – pisarz, kurator literacki ESK Wrocław 2016 i koordynator Światowej Stolicy Książki UNESCO Wrocław 2016

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem