Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

wyborcza.pl/nazywowyborcza.pl/nazywo  W niedzielę na targach książki we Wrocławiu Mariusz Szczygieł opowiadał o swojej nowej książce "Projekt: prawda".

- Egotyk i narcyz - przedstawiła Mariusza Szczygła prowadząca spotkanie dziennikarka "Wyborczej" Dorota Wodecka.

- Uważam, że każdy reporter jest egocentryczny - odparł Szczygieł. - Nawet ci najbardziej skromni są skromni pozornie. Reportaż to bardzo subiektywna opowieść, którą robią moje serce, moja głowa, mój mózg, moje oczy, moje uszy. W skromność reporterów nie wierzę.

Kiedy Szczygieł "myśli tekstem"?

Sala konferencyjna w Centrum Kongresowym przy Hali Stulecia, gdzie odbywają się 25. Wrocławskie Targi Dobrych Książek, wypełniła się czytelnikami. Na początku spotkania reporter zdradził jedną ze swoich prawd: - Nie przekraczam granicy, jeśli nie mam walizki.

Szczygieł co tydzień publikuje w "Dużym Formacie" felietony, w których pyta ludzi o ich życiowe prawdy. - Czy traktujesz ludzi jako podmiot literacki? - pytała Wodecka.

- Jeśli usłyszę, że kasjerka za kasą mówi językiem literackim, że mnie uwodzi, to od razu myślę tekstem. Ale tekstem kończą się tylko te spotkania, z których może coś wyniknąć także dla czytelnika. Chociaż znajomi przyznają, że boją się ze mną rozmawiać na imprezie. Ja nie mam żadnego poczucia obciachu, ze wszystkimi rozmawiam jak z bratem czy siostrą cioteczną.

Polski patriota w Czechach

Mariusz Szczygieł zdradził, że w Czechach odzywa się w nim Polak. - Czasami zadaję pytania o wiarę, patriotyzm - mówił.

Później zaproponował, że zrobi show: - Mam taką wadę jako reporter - podsłuchuję. Robię to dla czytelników.

I przeczytał publiczności jeden z tekstów ze swojej nowej książki, "Prawda o niemożliwości całkowitej zmiany".

Podsłuchane w pociągu

Wodecka pytała także o bohatera jednego z reportaży, który przez długą podróż pociągiem wchodził i wychodził z przedziału, głośno rozmawiał przez telefon i pił piwo.

- Podsłuchałem ułamek jego rozmowy telefonicznej i w ciągu sekundy zmieniłem do niego stosunek. To ciekawego, że najpierw byłem na niego zły, ale za chwilę mu współczułem - opowiadał.

Ten reportaż kończy się słowami bohatera wykrzyczanymi do telefonu: "Syn mi, k...a, umiera na raka". - Podoba mi się to w naszym zawodzie, że proste rzeczy mogą tak wiele wnieść. A jak mogę je jeszcze czytelnikom przekazać... - mówił Szczygieł.

O konkretnych ludziach

Jeden z czytelników poprosił Szczygła, by napisał reportaż o pograniczu polsko-czeskim i jego mieszkańcach. - Temat musi być o konkretnych ludziach - odparł Szczygieł.

- Czy do napisania reportażu może cię zainspirować jedno zdanie? - zapytała Wodecka.

- Może, ale nie pamiętam, czy tak było - odpowiedział. - W książce Milana Kundery "Nieznośna lekkość bytu" było zdanie o Prohazce, że zabiły go jego własne słowa puszczone w telewizji.

Bohatera trzeba lubić

Wodecka pytała o nielubianych bohaterów reportaży.

- Żeby napisać duży reportaż, muszę lubić bohatera - powiedział Szczygieł. - Gdy pisałem o nauczycielce, która zabiła swojego pasierba, to jej współczułem. Zrozumiałem, że rodzice zgotowali jej taki sam Holocaust jak ona temu dziecku. Mogę się nie zgadzać z poglądami tego człowieka, ale mogę polubić jego wdzięk lub sposób opowiadania. Reportaże się pisze po to, by zrozumieć drugiego człowieka. W literaturze faktu najpiękniejsze jest to, że można na chwilę wejść w życie innego człowieka. To niezwykła wartość dla czytelnika.

Szczygieł zdradził, że własne teksty nie robią na nim żadnego wrażenia, najwyżej by coś w nich poprawił.

Porażkę przekuje w przygodę

Czytelnik: - Nauczyłem się z pańskiej książki, że jak się podsłuchuje, to trzeba podsłuchiwać do końca.

Szczygieł: - Ja w ogóle lubię suspens. Jeden z czeskich krytyków napisał, że piszę tak, jakbym robił striptiz. Nauczyłem się, że każdy nowy akapit musi wnosić coś nowego.

Zapytany o reporterską porażkę, odpowiedział: - Jestem typem, który porażkę przekuję w przygodę. Natomiast moją porażką był tekst "Śliczny i posłuszny", za który dostałem wiele nagród, choć wręczający mówili mi, że to sukces. Byłem przekonany, że potrafię zadbać o anonimowość bohaterki, pracowałem nad tym bardzo długo, ale to się nie udało. Nie chcę drżeć o mojego bohatera, bez względu na to, co zrobił. Nie chciałem, by na tej kobiecie odbył się lincz.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.