Siedem obrazów Michaela Willmanna wróciło wczoraj do Wrocławia. Dzieła najsłynniejszego malarza śląskiego baroku zostały wywiezione w 1945 roku przez ekipę rewindykacyjną prof. Stanisława Lorentza i trafiły do magazynów warszawskiego Muzeum Narodowego. Nigdy ich nie pokazano, zobaczymy je po raz pierwszy 6 stycznia.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mówiono o nim "Apelles", "Rembrandt", "Rubens". Zawsze z przymiotnikiem "śląski", choć pochodził z Królewca. Na Śląsk trafił dopiero jako 30-latek, ale to tu objawił się jego geniusz. Pochodził z biednej rodziny (ojciec malarz), więc musiał sam sobie w życiu radzić. 20-latek spakował węzełek i wyjechał do Amsterdamu, żeby uczyć się u najlepszych. Na naukę nie miał jednak pieniędzy, taki Rembrandt do warsztatu by go nie przyjął, więc w amsterdamskich kolekcjach oglądał obrazy mistrzów i próbował ich warsztat naśladować. Od Rubensa uczył się ekspresji i operowania kolorem, z dzieł Rembrandta zaczerpnął mistrzowskie operowanie światłem i cieniem. No i po latach stał się "śląskim Apellesem".

Ta pochwała może się wydawać trochę na wyrost, bo Apelles był według opinii starożytnych najwybitniejszym malarzem greckim, a Michael Willmann tylko najwybitniejszym malarzem śląskiego baroku, ale wszedł niewątpliwie do ekstraklasy europejskiej. Wytrzymuje porównanie z najlepszymi.

Artysta eksportowy

Jego matecznikiem został Lubiąż, wspaniałe opactwo cysterskie położone wśród lasów, nad Odrą. Tu pracował - głównie dla cystersów - przez prawie pół wieku. Tu umarł w 1706 roku i w tutejszym kościele klasztornym został pochowany. Wciąż spoczywa w krypcie. Naukowcy pod kierunkiem prof. Andrzeja Kozieła, największego znawcy Willmanna, szykują się do zbadania zmumifikowanych zwłok malarza.

- Niezwykły artysta, bardzo ważny dla Śląska, europejski towar eksportowy. Cieszę się, że jego obrazy wracają. Formalnie to depozyt, ale warszawskie Muzeum Narodowe wszczęło już procedurę przekazania nam tych dzieł na własność - mówi prof. Piotr Oszczanowski, dyrektor wrocławskiego Muzeum Narodowego, do którego trafiły Willmanny. - Scalamy kolekcję, bo w 1980 roku do Wrocławia trafiło ze zbiorów warszawskich (dzięki dr Bożenie Steinborn) 18 płócien tego genialnego malarza. Teraz dostaliśmy trzy obrazy z opactwa w Lubiążu, trzy z Krzeszowa i jeden z Trzebnicy. Stołeczni muzealnicy zostawili sobie tylko dwa obrazy lubiąskie: "Stworzenie świata" oraz "Pejzaż ze św. Janem Chrzcicielem". Chcą je pokazywać w nowej galerii malarstwa obcego.

Złoto, obrazy i kosztowności. Jakie polskie skarby nie udało się jeszcze odkryć

Obrazy, które wróciły do Wrocławia, miały burzliwą historię. Trafiły do tzw. skrytek Grundmanna. W 1943 roku Günther Grundmann, konserwator zabytków prowincji śląskiej, rozpoczął operację zabezpieczania najcenniejszych dzieł sztuki. W piwnicach zamków, klasztornych lochach, położonych na uboczu plebaniach i sztolniach chował obrazy, rzeźby, numizmaty, rękopisy, starodruki, wyroby rzemiosła artystycznego. - Dzieła sztuki z Lubiąża, w tym płótna Willmanna i wspaniałe stalle anielskie z kościoła klasztornego, trafiły np. do Szklarskiej Poręby i Henrykowa (z przystankiem w skrytce kościoła Benedyktynek w Lubomierzu), a obrazy z Krzeszowa zostały ukryte w Kamieńcu Ząbkowickim. Tam je znalazła ekipa prof. Lorentza - opowiada prof. Andrzej Kozieł.

Alkohol za benzynę

Jeden z uczestników tej ekspedycji, ówczesny generalny konserwator Polski prof. Jan Zachwatowicz, wspominał po latach: "Wyruszyliśmy z Warszawy ciężarówką, zaopatrzeni w kilka skrzyń nie pieniędzy, ale alkoholu - nie dla własnego użytku. Wiadomo było, że to najpewniejszy środek płatniczy załatwiający np. tak ważne dla nas zaopatrzenie w benzynę. Poza tym mieliśmy przepustkę na tereny, na które nie wolno było wyjeżdżać. To wszystko. Naszą właściwą bazą były Katowice. Jechaliśmy na Śląsk".

Kałuże krwi na ulicach, hordy szczurów ucztujące przy niepogrzebanych trupach, zwęglone drewno unoszące się na wodach Odry

Trafili do eldorado (Śląsk uchodził za schron III Rzeszy), chociaż musieli się ścigać z szabrownikami. - Czasem szabrownicy byli szybsi. Dlatego lubiąski obraz "Pejzaż z powołaniem św. Mateusza" trafił do Muzeum Narodowego dopiero w 1977 roku. Milicja go zarekwirowała prywatnemu kolekcjonerowi - opowiada prof. Kozieł.

Dzieła Willmanna pojawiają się wciąż na rynku antykwarycznym.

- W czasie wyprawy ze studentami zobaczyłem w lubelskim muzeum obraz "Pokłon Trzech Króli". Został kupiony jako obraz włoski. Nie miałem wątpliwości, że to Willmann - tłumaczy Andrzej Kozieł. Notabene dyrektor Oszczanowski dostał ostatnio propozycję kupna "Ucieczki Świętej Rodziny do Egiptu". Szuka sponsora, bo Willmann kosztuje stosownie do swojej klasy, zwykle od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych.

Willmann na zawsze z Lubiążem

Przywiezione z Warszawy obrazy Willmanna będziemy mogli zobaczyć 6, 9 i 10 stycznia w Pawilonie Czterech Kopuł. To okazja, żeby jednocześnie obejrzeć płótna mistrza i stuletni budynek autorstwa sławnego architekta Hansa Poelziga, wyremontowany i przystosowany do potrzeb wystawienniczych. - Potem pawilon zamkniemy, bo musimy zacząć budowę ekspozycji sztuki współczesnej. Otworzymy ją 25 czerwca - zapowiada prof. Oszczanowski.

Polskie miasta w powojennej ruinie. Unikatowe zdjęcia

Nie wiadomo jeszcze, co stanie się dalej z obrazami. Piotr Oszczanowski podkreśla, że nie chce takich arcydzieł chować z powrotem do magazynu. - Sztukę należy pokazywać. Obrazy z dawnej kolekcji Hansa Heinricha XV von Hochberga i jego żony księżnej Daisy, które daliśmy w depozyt do Książa, obejrzało już 150 tys. osób. Willmann zasługuje na jeszcze więcej. Buduje tożsamość Dolnego Śląska. Rok bez pokazywania Willmanna uważam za stracony.

Od lat mówi się o konieczności stworzenia muzeum Willmanna i ściągnięcia rozproszonej spuścizny malarza, w znacznym stopniu zachowanej. Gorącym orędownikiem tego projektu jest prof. Kozieł, który uważa, że dobrym miejscem byłby klasztorny kościół w Lubiążu, w którym malarz wciąż spoczywa. Dziś jest pustą skorupą. Wydarto z niego wszystko, co się dało.

W ścianach kościoła klasztornego wciąż tkwią kute żelazne haki. To jedyny ślad po obrazach Willmanna. Gdyby wróciły do Lubiąża, powstałby tam na nowo wspaniały zespół muzealny, przyciągający znawców malarstwa barokowego z całej Europy.

- Willmann to najsłynniejszy malarz śląskiego baroku. A Dolny Śląsk nie umie wykorzystać jego spuścizny. To tak, jakby Amsterdam zrezygnował z utworzenia w domu, w którym mieszkał Rembrandt, muzeum tego artysty - tłumaczy prof. Kozieł. - Ile jest na świecie muzeów, w których jest i dzieło, i jego twórca? Lubiąż i Willmann są związani na zawsze.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Warszawka zagrabiła mnóstwo Śląskich dzieł sztuki i nie chce oddać.
    @totmes72 Gdyby "warszawka" nie "zagrabiła", to pewnie nie byłoby obecnie czego zwracać Muzeum wrocławskiemu. Obrazy najprawdopodobniej zostałyby rozszabrowane, zniszczone (pocięte na kawałki, żeby je łatwiej sprzedać) i zalegałyby do dziś w prywatnych posiadłościach, a od czasu do czasu wypływałyby na polskim lub - częściej - na niemieckim rynku antykwarycznym (tak, jak ten "Pejzaż z powołaniem św. Mateusza", który warszawskie Muzeum kupiło w 1977 z rąk pryw.!). I pewnie nie udałoby się zebrać ich wszystkich z powrotem, a odzyskanie nawet części z nich kosztowałby mnóstwo wysiłków prawnych, dyplomatycznych i kasy. Chciałbym różnym - świeżym - patriotom dolnośląskim przypomnieć, że w 1945 r., kiedy ciężarówki z Muzeum Narodowego w Warszawie jeździły na Dolny Śląsk zabierać z niemieckich tajnych składnic dzieła sztuki, by uchronić je przed rozgrabieniem i zniszczeniem, sytuacja była zupełnie inna niż obecnie. Wtedy to Warszawa była totalnie zrujnowana, spalona i splądrowana przez Niemców (także z wielu dzieł sztuki), na Dolnym Śląsku rdzennych polskich mieszkańców prawie nie było, a polska ludność napływowa (przesiedlona z Kresów, Podkarpacia, Mazowsza, Poznańskiego itd.) zupełnie nie utożsamiała się, ani z tymi ziemiami, ani z tutejszymi dziełami sztuki. I dużo bardziej była skłonna je niszczyć (lub w najlepszym razie przywłaszczyć sobie, po to, by je potem pokątnie odsprzedać) jako "pozostałości po Niemcach" niż chronić, jako "skarby Śląska". Notabene, wbrew temu, co zostało napisane w artykule, większa część obrazów Willmanna w Muzeum warszawskim nie zalegała w magazynach, lecz była przez lata eksponowana, m.in. na galeryjce II piętra, przed dawnym wejściem do galerii sztuki niderlandzkiej i niemieckiej.
    już oceniałe(a)ś
    10
    4
    @totmes72 TO nie ma znaczenia, 1. bo to nie Warszawsza tylko Polska 2. to były niemieckie rzeczy - jakie niby wieksze prawa do nich mieli napływowi we wrocławiu anizeli warszawa Pozdrawiam z Poznania
    już oceniałe(a)ś
    9
    2
    @awprawo zabytki powinny być tam gdzie je wytworzono. Skoro Warszawa je zabrała to powinna je teraz zwrócić. Zresztą niszczono zabytki bo cegły szły na odbudowę stolicy. Złodziej jest złodziejem, a kradzież kradzieżą. Zabrali bo taka była sytuacja, a po uporządkowaniu terenu winny wrócić. Wrocław był częścią Polski ale tzw. Zemie Odzyskane były przez rząd grabione w majestacie prawaPRLowskiego
    już oceniałe(a)ś
    7
    3
    @totmes72 Zabawny jest twój komentarz "i nie chce oddać" pod artykułem opisującym oddawanie ;-) Totalny odlot! Pisanie "ślaski" wielką literą, oraz "warszawka" też świadczy tylko o tobie. Nienajlepiej, dodam. Nierozróżnianie instytucji państwowych od miejskich też. Muzeum Narodowe, jak sama nazwa wskazuje, jest... narodowe. Cóż, sam takim stylem wypowiedzi zamykasz pole do dyskusji. Ale OK, to tylko twoja strata. --- BTW, jeśli obrazypowinny wisieć tam, gdzie powstały, to tylko i wyłącznie w Lubiążu. Niech Wrocław odda je niezwłocznie do Lubiąża! ;-) --- Zapewne jako rodowity wrocławianin wiesz o tym, że: - "Cenny ikonostas wywieziony z sosnowieckiej świątyni zdobi dziś cerkiew wrocławską" - "Kościół św. Krzysztofa: W czasie odbudowy wykorzystano elementy architektoniczne z nieczynnych dolnośląskich kościołów ewangelickich: manierystyczny tryptyk z Masłowa, neogotyckie ławki, ambonę, kamienną chrzcielnicę i organy firmy Schlag & Söhne z 1909 ze Słupca koło Nowej Rudy" - "Kościół św. Krzyża i św. Bartłomieja: Funkcję ołtarza głównego pełni pentaptyk z Przecławia" - "Kościół NMP na Piasku: W kościele znajduje się też barokowy (XVII wiek) obraz Matki Boskiej Zwycięskiej, przywieziony po wojnie z Mariampola" - "W kościele św. Wojciecha od 1959 znajduje się obraz Matki Bożej Podkamieńskiej z dawnego klasztoru dominikanów w Podkamieniu" - "Sztuka polska XVII-XIX w. – główny trzon kolekcji [Muzeum Narodowego we Wrocławiu] pochodzi ze zbiorów muzealnych Lwowa (Galerii Miejskiej we Lwowie, Muzeum Narodowego im. Króla Jana III, Muzeum Lubomirskich) i Kijowa" -itd. itp. Wypadałoby to pooddawać, nie?
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    W kościołach dolnośląskich jest sporo obrazów Willmanna i robią wrażenie. Pomysł utworzenia muzeum artysty w Lubiążu uważam za bardzo dobry, mam jednak nadzieję, że nie odbędzie się przymusowe zabieranie szeregu dzieł artysty z ich obecnych miejsc ekspozycji. Tu na marginesie wspomnę innego malarza: kilka lat temu zwiedzałem kościół i klasztor w czeskim Sternberku, blisko za polską granicą. Jest tam również szkoła sztuk plastycznych. Oprowadzający nas przewodnik z dumą pokazywał kolekcję wielkich rozmiarowo obrazów znanego tam artysty, "pana Handkego", jak mówił. Powiedział też, że część spuścizny pana Handkego znajduje się we Wrocławiu, ale nie wiedział gdzie (!?). Po powrocie sprawdziłem - obrazy Handkego znajdują się na uniwersytecie, w Auli Leopoldina. Napisałem o tym maila do klasztoru, ale nie wiem, czy coś z tym zrobili. Myślę jednak, że może warto nawiązać kontakt z klasztorem i choćby dla celów naukowych, ale i popularyzacyjnych, przeprowadzić wymianę opinii i wyników prac badawczych.
    @gustaw Jesli masz na mysli Jana Krzysztofa Handkego, malarza freskow z Olomunca, ktorego malarstwo kwadraturowe zdobi Aule Leopoldynska to z pewnoscia postac ta jest znana w Czechach i na Slowacji wystarczajaco dobrze, aby zdawac sobie sprawe, gdzie znajduja sie jego prace. Stad moze brak odzewu. Nie jest to po prostu takie odkrycie jak moze Ci sie wydaje. Moje zdziwienie raczej budzi fakt, ze prezentowano Wam malarstwo - z opisu wnosze - sztalugowe, olejne. Nie byla to jego specjalnosc i moze mamy tez do czynienia z bledna atrybujca :P Zaufaj mi, prace badawcze i wymiana opinii dziala.
    już oceniałe(a)ś
    3
    0
    Z Warszawy to dopiero Niemcy nakradli..... - ze zwykłych Warszawskich mieszkań Niemcy ukradli majątek który nastęnie wywieźli do Rzeszy w 45 000 (!) wagonów kolejowych..
    już oceniałe(a)ś
    11
    4
    Nie pokazujcie postronnych osób tylko same obrazy!
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Nie jestem fanem Willmanna, dla mnie to jednak "gorszy sort" ;) europejski choc na Slasku na pewno blyszczal. Natomiast warto podkreslic role jaka w jego odkryciu na nowo odegral dr Andrzej Koziel a po nim dr Piotr Oszczanowski.Bez takich zapalencow, jednostek ktore wykonuja czasem prace za cale instytucje, nie znalibysmy MW tak dobrze.Za tym krotkim artykulem w GW kryja sie lata badan i staran trudne do wyobrazenia dla zwyklego czytelnika gazety.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0