W zasadzie Abrahamowi został po niej tylko jeden ślad: niewielkie czarno-białe zdjęcie z naderwanym rogiem.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Na zdjęciu chłopiec z odstającymi uszami, w pasiastym serdaczku i białej koszuli. Trzyma ręce w kieszeniach krótkich spodenek - to on jako trzylatek, 65 lat temu.

Za nim nastoletnia dziewczyna. Blondynka, włosy upięte z tyłu głowy. Poważny, może nieco przestraszony wyraz twarzy. Jasna bluzka, ciemna spódnica, solidne trzewiki za kostkę. Trzyma ręce na ramionach chłopca, który sięga jej ledwie do pasa. Oboje patrzą prosto w obiektyw aparatu.

Stoją na łące, na delikatnie opadającym zboczu. Jest ciepły, słoneczny dzień. Z tyłu, za nimi, rozciąga się sad, dalej pnie się iglasty las. W pobliżu musi być jakieś większe drzewo - miejsce, w którym stanęli, przykrywa plama cienia. Zdjęcie prawdopodobnie wykonano po południu.

Wiadomo, że blondynka z fotografii ma na imię Ilsa. Że jest Niemką. Że w momencie, kiedy zdjęcie zostało zrobione, miała naście lat - może szesnaście, równie dobrze trzynaście. I że bardzo Abrahama kochała. Tak właśnie mówiła matka, kiedy pytał o tę fotografię. - Ach, to Ilsa - tłumaczyła. - Zajmowała się tobą, kiedy byłeś mały, w Wałbrzychu. Bardzo cię kochała.

Abraham nie pamięta nic z tego czasu. Ani blond włosów Ilsy, ani koloru jej bluzki, ani dotyku dłoni na ramieniu, ani jej uważnego spojrzenia. Przytulała go? Całowała w policzki? Nosiła na rękach? Mierzwiła grzywkę nad czołem, kiedy próbował ją przekonać do jakichś szaleństw? W pamięci nie zachował się żaden, najmniejszy nawet ślad. I ani jedno z niemieckich słów, jakimi się do niego zwracała.

Nie pamięta też mieszkania w kamienicy przy dzisiejszej ul. Piłsudskiego 51, gdzie mieszkali jego rodzice i gdzie prowadzili niewielki sklep spożywczy. Żadnego pokoju, widoku z okna, sąsiadów, tej łąki pod lasem z widokiem na sad ze zdjęcia - też nie.

I z tą długą listą niewiadomych Abraham Ravett, filmowiec, wykładowca na Hampshire College, lat 68, wyjeżdża z Northampton w Stanach Zjednoczonych do Wałbrzycha. Żeby ją odnaleźć.

Jak Abraham szukał śladów swojej niemieckiej opiekunki

Rodzinne straty

Na co liczy, jadąc do Polski z fotografią w garści i imieniem, które w latach 30. i 40. było w Niemczech jednym z najpopularniejszych? Do Wałbrzycha, gdzie dzień w dzień trafiają autobusy pełne dawnych mieszkańców szukających śladów swojej przeszłości. I gdzie pewnie łatwiej znaleźć perłę z naszyjnika księżnej Daisy niż blond Ilsę bez nazwiska sprzed 65 lat.

Ale Abraham jest specjalistą od mission impossible. Wcześniej szukał swojej siostry, chociaż miał absolutną pewność, że jej nie znajdzie. Tońcia była córką jego matki z poprzedniego małżeństwa. Zginęła w obozie koncentracyjnym w Auschwitz, kiedy miała zaledwie osiem lat. Abraham miał tylko jej zdjęcie, na podstawie którego opowiedział historię siostry w dwóch filmach dokumentalnych. Sięgnął do wspomnień matki i połączył je z wyobrażoną wizją życia Tońci.

Więcej tu pytań niż odpowiedzi: kim byłaby dzisiaj, gdyby udało jej się przeżyć? Jak by wyglądała? Co by ją cieszyło, a co smuciło?

Jego rodzinna historia nieodmiennie wiąże się ze stratą - rodzice poznali się po wojnie w obozie przejściowym gdzieś na Dolnym Śląsku. Mama, Fela, pochodziła z Sanoka. Ojciec, Chaim Rawet, miał w Łodzi firmę krawiecką. Oboje zostali wywiezieni do obozów koncentracyjnych - do Płaszowa i Auschwitz, oboje stracili tam najbliższych - małżonków i dzieci. Feli udało się przetrwać marsz śmierci dzięki kostkom cukru znalezionym po drodze w stodole w jednym z gospodarstw. Dwa lata po wojnie w Wałbrzychu przyszedł na świat Abraham. W 1950 r. Rawetowie wyjechali do Izraela, a stamtąd - pięć lat później - do Stanów Zjednoczonych i osiedlili się na nowojorskim Brooklynie.

Ojciec zmarł w 1979 r., matka - w 1998.

Powroty i filmy

- W moim domu zawsze istniały sekrety, były tematy, których się nie poruszało - opowiada Abraham. - Kamera stała się dla mnie pretekstem, żeby ich dotknąć.

Z jej pomocą zarejestrował opowieści o czasie wojny. Matce poświęcił m.in. dokumenty "Marsz" i wzruszający, zrealizowany już po jej śmierci "Lunch z Felą". Ojcu, który przeżył getto w Łodzi i Auschwitz - "To wszystko jest dla ciebie".

Najmniej oboje mówili o latach spędzonych w Wałbrzychu. - Zostawili mi w dziedzictwie negatywny przekaz dotyczący Polski - mówi. - Ciążył na tym przede wszystkim antysemityzm, którego doświadczyli. Ze wzmianek o przeszłości wyłowiłem m.in. opowieść o rodzinie mojego ojca, która ukrywała się podczas wojny i została wydana Niemcom przez polskich sąsiadów. Przyjechałem tu z takim obrazem w głowie, ale sam doświadczam tu pozytywnych rzeczy.

Z Wałbrzycha Abraham ma kilka innych zdjęć. Na tym z 1946 r. pozują oboje rodzice - uśmiechnięci, szyję matki otula kołnierz z lisa. W 1947 r. pchają już przed sobą wiklinowy wózek wzdłuż muru, za którym jest park miejski. Jest jeszcze to, na którym widać małego Abrahama w objęciach mamy. W tle - ul. Piłsudskiego.

Do Polski wrócił po raz pierwszy sześć lat temu - przyjechał na Biennale WRO, podczas którego były prezentowane jego filmy. Wtedy też na krótko wrócił po raz pierwszy do Wałbrzycha. - Na tamten wyjazd nakładały się wspomnienia rodziców - mówi. - Czułem się źle z wielu powodów. Także dlatego, że zdałem sobie sprawę z tego, jak ciężka musiała być podróż, którą odbyliśmy w 1950 z Wałbrzycha do Izraela.

Efektem powrotu były kolejne dokumenty: "Z Pragi do Polski" i "Co mój ojciec zobaczyłby w Polsce".

Ale zdjęcie Ilsy nie dawało mu spokoju. Swój kolejny film chce poświęcić właśnie jej. Ma już tytuł: "Holding Hands with Ilsa" - "Ręka w rękę z Ilsą".

Jasnowidz go nie zatrzyma

Nie wiadomo, kiedy i gdzie została zrobiona ta fotografia. Ani przez kogo. Wokół Wałbrzycha podobnych terenów jest mnóstwo. Abraham ma tu trzy lata, więc musiało to być pod koniec wałbrzyskiego okresu, w 1950 r., tuż przed wyjazdem do Izraela. Kto trzymał aparat? Rodzice? Koleżanka Ilsy? Jej chłopak?

Zawadiacka pewność siebie chłopca kontrastuje tu z powagą dziewczyny - może już wiedziała, że zbliża się pożegnanie, że się więcej nie zobaczą? A z jakiegoś powodu ten mały chłopiec był dla niej ważny. Przecież tak bardzo go kochała - jak mówiła mama.

- Mam przyjaciela, jasnowidza - opowiada Abraham. - Powiedział mi, że nie uda mi się znaleźć Ilsy, bo ona już nie żyje. Spotkam się za to z jej córką. To też byłby piękny finał tej historii, ale ja nie przywiązuję się do tej wizji. Bo tutaj tak naprawdę nie chodzi o to, czy ją znajdę. Ważny jest sam proces poszukiwania.

Dlaczego postanowił szukać Ilsy? - Jestem przekonany, że to, co się wydarzyło podczas pierwszych lat mojego życia, miało na mnie istotny wpływ. Odkąd przeszedłem bardzo ciężki rozwód, staram się zrozumieć ten stan bycia opuszczonym. I zdałem sobie sprawę z tego, że to kolejny moment w moim życiu, kiedy musiałem się z nim zmagać. To zaczęło się wtedy, w Wałbrzychu, kiedy miałem trzy lata. Musiałem dotknąć tej historii, żeby się z nią uporać. Dlatego postanowiłem wrócić do tego momentu. To musiało być bolesne doświadczenie dla trzylatka - opuścić rodzinny dom w dramatycznych okolicznościach i rozstać się z osobą, której byłem tak bliski.

Swoje pierwsze wspomnienie ma już z Izraela. - Leżę na łóżku polowym. W namiocie. Po jego płachcie bębnią krople deszczu. Mam gorączkę, chorowałem wtedy na dyfteryt. Nie mogę zasnąć. To pamiętam, ale z Wałbrzycha, z ul. Piłsudskiego - nic.

Dziś pod numerem 51 na tej ulicy stoi nowy budynek. Zaledwie od 24 lat. Wcześniejszą kamienicę zburzono. Nie wiadomo, dokąd wykwaterowano poprzednich lokatorów. Nikt z nich tu nie wrócił.

Mateusz Mykytyszyn, prezes Fundacji Księżnej Daisy von Pless, podpowiada sprawdzenie starych ksiąg adresowych z lat 40. Być może ktoś z Niemców mieszkających wówczas w kamienicy wciąż żyje w Wałbrzychu. I pamięta rodziców Ravetta. A może i Ilsę - skoro zajmowała się małym Abrahamem, mogła mieszkać w pobliżu, kto wie, czy nawet nie w tym samym domu.

Wśród Niemców i Żydów

Niemieckie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne działa w Wałbrzychu od 1957 r. Doris Stempowska, prezes, to żywa historia powojennego miasta. - Tuż po wojnie mieszkało tu 30 tys. Niemców - opowiada. - Większości nie objęły wysiedlenia, bo to rejon górniczy - nowe władze potrzebowały fachowców.

Na początku lat 50. można było wyjechać tylko na zasadzie łączenia rodzin. Dopiero w 1956 r. granica dla Niemców się otworzyła i sporo Niemców skorzystało z szansy wyjazdu. Ale jeszcze w 1958 r. działała tu niemieckojęzyczna szkoła, bo wielu jednak zostało. Dziś towarzystwo skupia 500 osób z Wałbrzycha i okolic.

Doris Stempowskiej fotografia sprzed 65 lat nie mówi nic. Ale imię dziewczyny - owszem. - Jest wciąż bardzo popularne - przyznaje. - Miałam kilka rówieśniczek Ils. Ale to żadna z nich.

Nie widzi też żadnej sensacji w tym, że niemiecka nastolatka w powojennej Polsce zajmowała się żydowskim dzieckiem. - To było częste - przyznaje. - Miałam 10 lat, kiedy skończyła się wojna, ale moje niewiele starsze koleżanki pracowały w ten sposób. To były czasem bardzo młode dziewczyny, nawet 13-letnie. Wśród nich moja znajoma, Lisbeth, która miała wówczas 14 lat. Bardzo sobie zresztą tę pracę chwaliła. Żydzi dobrze ją traktowali. Do Wałbrzycha trafiło ich wielu po obozach przejściowych. Tu był taki wielonarodowościowy kocioł - Polacy ze wschodu, z zachodu, Niemcy, Żydzi.

Zdjęcie pokazujemy innym członkom towarzystwa. Kręcą tylko głowami w odpowiedzi.

Ks. Waldemar Szczugieł, proboszcz parafii ewangelicko-augsburskiej w Wałbrzychu, sugeruje ogłoszenie w "Waldenburger Heimatbote", czasopiśmie kolportowanym wśród Niemców, którzy wyjechali stąd po wojnie. Namawia też Abrahama na wyjazd do Niemiec - tam są większe szanse na odnalezienie śladów Ilsy.

- To całkiem sensowne - przyznaje Abraham. - Tylko dokąd jechać?

- Większość Niemców z tego rejonu trafiła do Dortmundu - podpowiada Doris. - Tam też przez wiele lat odbywały się uroczyste doroczne zjazdy. Z czasem przesiedleńców było coraz mniej, więc ich organizację zawieszono - teraz spotykamy się raz do roku w Hanowerze razem z innymi Ślązakami.

Sabina Chrapek, prezes wałbrzyskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce, urodziła się już po wojnie. Jej ojciec został wyzwolony z obozu Gross-Rosen, mama przyjechała do Wałbrzycha z Warszawy. Społeczność żydowska była tu jedną z liczniejszych na Dolnym Śląsku - prawie 10-tysięczna. Dziś została zaledwie garstka, towarzystwo liczy ok. 20 członków. Większość to starsi ludzie. Nawet dom modlitw trzeba było zamknąć - nie sposób było uzbierać 10 Żydów, żeby przeczytać Torę.

- Żeby chociaż pan znał jej nazwisko - wzdycha, patrząc na fotografię Ilsy. - Ale nic nie jest niemożliwe. To przecież w Wałbrzychu Szewach Weiss znalazł rodzinę, która ukrywała go podczas wojny w Borysławiu. Więc może i panu się poszczęści?

Szukam dalej

Kilka dni po naszym spotkaniu dzwonię do Abrahama. - Znalazłeś Ilsę? - pytam. - Wciąż szukam - odpowiada pełen energii. - Dziś rozmawiałem z taksówkarzem, który wiózł mnie z Nowego Miasta. On mówił po polsku, ja po angielsku, on pamiętał kilka słów po niemiecku, ja znam jidysz. Więc nasz dialog toczył się w mieszance czterech języków. Zainteresował się moją historią. Zasugerował wyprawę do Niemiec albo poszukiwania w wałbrzyskich archiwach.

Pytam jeszcze, czy odnalazł cokolwiek, co wypełniłoby lukę w pamięci. - Nie, nic sobie nie przypomniałem - mówi. - Ale wiesz co? Mam wrażenie, że polskie jedzenie smakuje jakoś znajomo. No i któregoś ranka poszedłem na spacer do parku. Wspinając się po schodach w górę alejki, poczułem, jakbym tu kiedyś tu był. Nie mogę odpuścić - muszę szukać dalej.

Ktokolwiek rozpoznaje Ilsę lub może podpowiedzieć trop poszukiwań, jest proszony o kontakt z Abrahamem Ravettem: arPF@hampshire.edu lub autorką reportażu: magdalena.piekarska@wroclaw.agora.pl.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Takie spotkanie to dobry znak dla ludzkości..porusza głębie duszy.
już oceniałe(a)ś
3
0
Oby sie udalo. Kibicuje panu i czekam na dalszy, pozytywny, ciag tej historii.
już oceniałe(a)ś
3
0
Powodzenia.
już oceniałe(a)ś
3
0
Za bardzo podobny do rodzicow to on nie jest.
już oceniałe(a)ś
0
4