Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Bartłomiej Łoś-Tynowski do grudnia był pracownikiem dolnośląskiego oddziału PCK. Zarabiał ok. 1,2 tys. zł, ale przed wyborami w 2015 r. wpłaca aż 7 tys. zł na kampanię Anny Zalewskiej. Skąd miał pieniądze? Dyrektorem PCK był wówczas Jerzy G., do niedawna członek zarządu wałbrzyskiego PiS, radny tej partii w sejmiku dolnośląskim i współpracownik Zalewskiej. Łoś-Tynowski był w PCK jego prawą ręką. Teraz twierdzi, że to właśnie G. kazał mu wpłacić pieniądze na kampanię Zalewskiej. I nie był to jedyny raz, kiedy usłyszał podobne polecenie.

Łoś-Tynowski: – Na początku kampanii przed wyborami w 2015 r. dyrektor G. poinformował mnie też, że poseł PiS Piotr Babiarz (szef dolnośląskich struktur partii) chce wydać gazetkę ze swoimi osiągnięciami. I że mam mu zawieźć pieniądze. 7 tys. zł pobrałem z konta, na które przelewane były środki ze sprzedaży odzieży używanej zbieranej na rzecz PCK. Włożyłem je do koperty.

Pamiętam dokładnie, że spotkaliśmy się na tyłach hotelu Agro przy ul. Zwycięskiej we Wrocławiu. W ogródku. Poseł wziął kopertę.

Wyborczą gazetkę Babiarza można znaleźć na jego profilu na Facebooku: prezentacja kandydata, trochę obietnic, zdjęcia z żoną i prezydentem Andrzejem Dudą. Czy to na nią pieniądze przekazał Łoś-Tynowski? Babiarz nie ma ochoty na spotkanie i rozmowę. – Bzdura! Nie mam nic więcej do powiedzenia – rzuca do słuchawki.

Jak wyprowadzano pieniądze

O aferze w PCK głośno jest na Dolnym Śląsku od kilku tygodni. Sprawę bada prokuratura, jeszcze nikomu nie postawiono zarzutów. Doniesienia o nieprawidłowościach złożyło niezależnie od siebie kilka osób, m.in. prezes oddziału PCK i jeden z pracowników.

Mechanizm przekrętu był prosty. Szeregowi pracownicy PCK w 2015 r. założyli firmę, która – choć nie miała podpisanej umowy z PCK – zbierała z kontenerów Czerwonego Krzyża używaną odzież. Następnie sprzedawano ją i w ten sposób przez mniej więcej rok wyprowadzano zysk poza PCK. Nieoficjalnie mówi się, że może chodzić nawet o 1 mln zł. Po ujawnieniu tych informacji wiosną przez księgową PCK zarząd główny Czerwonego Krzyża zawiesił władze dolnośląskiego oddziału.

TAK ROBI SIĘ KARIERY ZA RZĄDÓW PIS. SALOWA CZY WŁAŚCICIEL BUDKI Z KEBABAMI NA LUKRATYWNYCH POSADACH - REPORTAŻ MULTIMEDIALNY

Do tego czasu prezesem był tam Rafał Holanowski, były radny PiS w sejmiku dolnośląskim, od kilku lat poza partią. Wiceprezesem – poseł Piotr Babiarz. Dyrektorem – Jerzy G. Jest zawieszony w prawach członka PiS w związku z nieprawidłowościami w PCK. Ale jego nazwiska nie podajemy, bo od kilku lat jest oskarżony w procesie dotyczącym wyprowadzenia blisko 13 mln zł z Południowo-Zachodniej SKOK (był tam wiceprezesem).

Wypłaty pod stołem, wpłaty na kampanię

Z Łosiem-Tynowskim w ciągu ostatnich dwóch tygodni spotykam się kilka razy. Jest wystraszony i zrezygnowany. Przyznaje, że brał udział w mechanizmie wyprowadzania pieniędzy z PCK. Udaje się go namówić na rozmowę pod nazwiskiem.

Opowiada, że firma zbierająca odzież z kontenerów i sprzedająca ją na lewo służyła początkowo m.in. temu, by szeregowym pracownikom PCK przelewać dodatkowe pieniądze za pracę. Byli zatrudniani za najniższe stawki, a resztę wypłaty dostawali niejako pod stołem. W pewnym momencie pieniędzy było tak dużo, że pracownicy mający dostęp do konta firmy wydawali je na prywatne cele. Aż przyszła kampania wyborcza i wpłaty na PiS.

CZERWONY KRZYŻ POSŁA PIS. JAK WYPROWADZANO PIENIĄDZE Z PCK

– W szerszym gronie Łoś-Tynowski miał kiedyś wyznać, że na kampanię PiS poszło ok. 50 tys. zł. Mnie przy tej rozmowie nie było, znam ją z relacji osób trzecich – mówi Marek Brodzki, członek Zarządu Głównego PCK w Warszawie. Łoś-Tynowski przyznaje, że o zasilaniu kampanii mówił kilku innym pracownikom PCK. Ich nazwisk nie chce wymienić. Mówi, że czuł się uwikłany. Też korzystał z lewej kasy, ale w pewnym momencie chciał z tym skończyć. – Jerzy G. mną manipulował. Mówiłem o tym kilka razy w gronie innych pracowników. Chciałem, by ktoś pomógł mi to przerwać – opowiada Łoś-Tynowski.

Kiedy wybuchła afera, tydzień temu sam zgłosił się do prokuratury, gdzie złożył zeznania dotyczące mechanizmu wyprowadzania pieniędzy.

Z Jerzym G. pomimo wielu prób nie udaje mi się skontaktować. Telefonu nie odbiera, na SMS-y nie odpisuje.

Pytam Zalewską, dowiaduje się G.

Z minister Anną Zalewską także próbuję się skontaktować przez kilka tygodni. We wtorek przez dyrektora generalnego MEN Mirosława Sanka przekazuje mi, by pytania wysłać na adres mailowy jej biura poselskiego w Świdnicy. Wysyłam je w południe. Pytam Zalewską m.in., czy miała świadomość, że środki wpłacane na jej kampanię mogły pochodzić z funduszy wyprowadzonych z PCK. Pytam też o funkcję, jaką pełni w jej otoczeniu Jerzy G.

Godzinę później G. zjawia się w mieszkaniu Łosia-Tynowskiego. „Masz mi coś k... do powiedzenia?” – pyta. Łoś-Tynowski. – W komórce miał maila z pańskimi pytaniami. Zauważyłem, że jego nadawcą był Łukasz Apołenis.

We wtorek późnym wieczorem, zamiast odpowiedzi od Zalewskiej, dostaję oświadczenie Apołenisa. To zastępca Zalewskiej w okręgu wałbrzyskim PiS. Pisze, że kampania Zalewskiej była prowadzona zgodnie z prawem. Na pytanie, czy moje pytania do Zalewskiej udostępnił Jerzemu G. Łukasz Apołenis, już nie odpowiedział.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.