Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ilona Niebał: Fundacja towarzyszyła pani już od dłuższego czasu. Jak czuje się pani w nowej roli?

Anna Apel: Bogatsza o wiedzę, która jest sumą doświadczeń zespołu, i chyba bardziej pewna kierunków rozwoju fundacji. Niezależnie od tego, jak będziemy ją rozwijać, nigdy nie zmieni się cel, którym jest wsparcie dzieci w walce z chorobą nowotworową oraz ich rodzin w tym trudnym momencie w życiu.

Anna ApelAnna Apel fot. Materiały prasowe

Trudności z pewnością potęguje pandemia. Jak ten czas odbił się na działalności fundacji?

- Pandemia jest dodatkowym obciążeniem, ale też wielu osobom pomogła wyobrazić sobie, jak czuje się dziecko i mama albo tata zamknięci przez rok lub kilka długich miesięcy w szpitalnym pokoju. Każdy z nas w czasie pandemii doświadczył dyskomfortu związanego z ograniczeniem relacji społecznych z rodziną i przyjaciółmi, niemożności wychodzenia z domu, czy wręcz decydowania o sobie, kiedy dla naszego dobra zostały nam narzucone obostrzenia. W takich ograniczeniach dzieci z chorobą nowotworową i ich rodziny żyją przez bardzo długi czas, niekiedy latami.

Pandemia pokazała też nam, jak trudno pozyskać środki na leczenie dzieci. Firmy ograniczały środki na działalność społeczną, ukierunkowując się na pomoc swoim własnym pracownikom i przetrwanie. Dla fundacji był to ważny moment, ponieważ skłonił nas do poszukiwań innowacyjnych form pozyskiwania pieniędzy na leczenie dzieci.

Martyna Wojciechowska z pacjentami Przylądka NadzieiMartyna Wojciechowska z pacjentami Przylądka Nadziei mat. Fundacji

Zazwyczaj leczenie jest bardzo kosztowne – kwoty, jakie słyszą firmy, to 50 tys., 100 tys., czy 1 mln 300 tys. zł, ile kosztowała terapia CAR-T, zanim zaczęła być refundowana. Doświadczyliśmy, jak dużą moc ma zebranie wokół celu osób indywidualnych. W trakcie zeszłorocznej kampanii Złotej Wstążki jedna z firm zgodziła się na czas trwania kampanii podwyższyć cenę swojego produktu o bardzo niewielką kwotę, która była niezauważalna dla klientów, aby przekazać nam różnicę pomiędzy ceną regularną produktu a ceną ustaloną na czas Złotej Wstążki. Z tysięcy transakcji, które dziennie były realizowane, finalnie mogła przekazać 100 tys. zł na działalność fundacji. Nie prosiliśmy konkretnie o tę kwotę, ale efekt skali pozwolił nam uzyskać wsparcie, jakiego nie spodziewaliśmy się w czasie pandemii, a firmie umocnić relacje z klientami, zintegrować ich wokół wspólnego celu i ocieplić swój wizerunek.

Drugim obszarem jest wdrożenie banerów interaktywnych, polegające na tym, że po zakończeniu zakupów klientom sklepów internetowych wyświetlany jest baner, na którym mogą wybrać kwotę, jaką chcą przekazać na leczenie dzieci: 5 zł, 10 zł lub dowolną. Wystarczy wpisać adres e-mail i kod BLIK, a kwota automatycznie księguje się na koncie fundacji. Instalacja baneru na stronach internetowych sklepu, portalu, witryny internetowej zajmuje działowi IT 5 minut. W ten sposób wsparły nas Merlin, Limango i sama "Gazeta Wyborcza". Pierwszy raz w Europie na taką skalę użyto takiego rozwiązania fundraisingowego dzięki Tpay oraz Quitsnap.

Prowadzimy też program „Piątki do Przylądka", który umożliwia regularne wsparcie małymi kwotami. Suma małych gestów ma moc. Dzięki temu możemy realizować kolejne programy pomocy dla chorych dzieci i ich rodzin.

W zeszłym roku po raz pierwszy w Polsce pojawiła się koordynowana przez panią kampania Złotej Wstążki. Czy i w jaki sposób będzie kontynuowana?

- Podczas tej kampanii zwracaliśmy uwagę na pierwsze symptomy białaczki. Choroba nowotworowa może być mylona ze zwykłym przeziębieniem czy osłabieniem. Dzieci często zaczyna się leczyć w trzecim lub czwartym stadium choroby, ponieważ nowotwór u dzieci rozwija się niezwykle szybko. Kampania Złotej Wstążki wejdzie na stałe w kalendarz fundacji. To ważne w budowaniu świadomości onkologicznej, by dzieci udawało się szybciej diagnozować.

Ma pani za sobą doświadczenie choroby nowotworowej. Jak pamięta pani ten czas?

- Minęło tak wiele lat, że nie wszystko pamiętam. Ja i moi rodzice nie byliśmy w tej chorobie sami. Byli przy nas lekarze, moi nauczyciele, którzy zachęcali koleżanki i kolegów z klasy, aby towarzyszyli mi w chorobie, pisząc listy czy kartki. Pomagali też sąsiedzi, przyjaciele i pracodawcy moich rodziców, którzy gwarantowali im miejsce powrotu do pracy. Z choroby zostało mi doświadczenie siły i dobra, a doświadczenie wspólnoty jest dla mnie ważne także dziś, w kontekście działań fundacji.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.