Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Sławny Kościół Pokoju na liście UNESCO, sławna katedra Pomnikiem Historii, jedyne w Polsce Muzeum Dawnego Kupiectwa i znane z urody rynkowe kamienice. Sława wylewa się zresztą z każdego zabytkowego kąta, bo Świdnicę front ominął, a choć peerelowska mizeria doprowadziła do ruiny część starej zabudowy, wciąż zasługuje na przydomek „małego Krakowa” i cieszy oko sepiowym wdziękiem.

Najbardziej jednak imponuje bogactwo sławnych mieszkańców. Sławnych en masse i indywidualnie.

En masse z zaradności, przedsiębiorczości, kreatywności. To miasto zdolnych kupców i równie zdolnych rzemieślników, a potem fabrykantów.

W XVI w. Świdnica liczyła ok. 12 tys. mieszkańców i miała ponad 650 zakładów rzemieślniczych. Oraz znakomitych browarników.

Świdnica. Daj nam piwa, piękne dziewczę

Wszyscy chcieli pić piwo świdnickie. We Wrocławiu, Pradze, Krakowie, Heidelbergu i Pizie, Toruniu, Brzegu i Oleśnicy otwierano „Piwnice Świdnickie”, w których podawano boski trunek. Tajemnica jego wyjątkowego smaku tkwiła ponoć w wodzie, którą w Świdnicy czerpano z głęboko bijących źródeł.

„Śnieżysta ręka dziewczęca przynosi ci w szklanym pucharze / Z piwnic lodowych wśród lata trunek, co długo się pieni / Łyk każdy serca weseli i myśl ci smutną ożywia” – kreślił wizję odwiedzin w renesansowej Świdnicy Pancratius Vulturinus.

Piwo i handel przynosiły mu duże dochody. Handlową przeszłość można prześledzić w jedynym w Polsce Muzeum Dawnego Kupiectwa (w ratuszu). Zmyślnie zaaranżowano tu dawne wnętrza.

W XIX-wiecznej aptece obok ozdobnej kasy stoi nerwoton „uznany jako znakomicie ból uśmierzający” i benignina „doskonała do usunięcia piegów i plam wątrobianych". W sklepie kolonialnym barwne puszki kryją tytoń i herbatę, a srebrna kasa na korbkę wygląda na sprawną. Natomiast Dom Wagi Miejskiej to kantorek sprzed dwóch wieków, z moździerzami, tabliczką do zapisywania kredą kredytu oraz łokciami do odmierzania tkanin.

Akcja mojej ulubionej kupieckiej anegdoty rozgrywa się akurat w sklepie bławatnym. Bohaterowie: stary kupiec, jego subiekt i marudne klientki.

Akt I. Dama: – Ile kosztuje łokieć jedwabiu i dlaczego tak drogo? Mogę zapłacić połowę.

Kupiec: – Radzę jednak wziąć. Będzie jeszcze droższy, bo na jedwabniki przyszedł pomór.

Akt II. Dama: – Nie macie wstydu, żeby żądać tyle pieniędzy za kawałek tasiemki.

Subiekt: – To nie nasza wina. Cena rośnie, bo tasiemce wyzdychały.

Ten argument nie podziałałby na świdnickie elegantki, które doskonale wiedziały, że kondycja zdrowotna przedstawiciela gromady płazińców ma jednak luźny związek z ekonomią. W XVIII-wiecznym mieście były manufaktury wytwarzające wstążki jedwabne, jedwabną serżę oraz kamlot, a także rękawiczki i pończochy. Choć oczywiście to tylko ułamek towarów, na których świdniccy kupcy zbijali fortuny.

Świdnica. Interesy na byczą skalę

Matecznikiem Świdnicy jest kamienica stojąca przy rozwidleniu ulic Długiej i Pułaskiego. Od 1828 r. mieści się tu apteka, ale dom nosił przed wojną nazwę „Grundhof”, trudno przetłumaczalne określenie miejsca, które jest fundamentem miasta. Na szczytowej ścianie znajdował się niemiecki napis opowiadający o tym zdarzeniu:

„Słusznie dwór stojący w tym miejscu

nazwany został dworem pramiejscowym

już w owej chwili

gdy łucznicy z psami

polowali na dziki

bo na tym terenie

powstały zaczątki Świdnicy".

Dzik trafił do herbu miasta, ale chyba nie z powodu myśliwskich pasji świdniczan. Symbolizuje odwagę i siłę, która miastu podnoszącemu się z najgorszych nieszczęść – w wojnie trzydziestoletniej straciło ponad połowę mieszkańców, z cechu złotników wszyscy wyginęli – bardzo była potrzebna.

Apteka pod bykamiApteka pod bykami MIECZYSŁAW MICHALAK

Ale na fasadzie „Grundhofu” rozpierają się naturalnej wielkości byki. Miasto z pewnością zarobiło na nich więcej niż na dzikach. Na świętego Galla, czyli 16 października, odbywał się wielki jarmark, na którym handlowano bydłem i innymi zwierzętami. W 1784 r. naliczono 5108 sztuk bydła rogatego, 2799 świń, 296 baranów oraz 168 koni!

Najwięksi ludzie interesu mieszkali w rynku, tutejszy zespół kamienic wabi oczy renesansowymi i barokowymi elewacjami oraz efektownymi godłami, a fontanna Neptuna z 1732 r. przypomina, że prowincjonalny handelek świdniczan nie zadowalał.

Ale robi błąd, kto się ogranicza do oglądania tych cudów. Warto poznać inwestorów, najlepiej z pomocą Sobiesława Nowotnego, autora książki „Świdnicki rynek. Kamienice mieszczańskie”. Wielu miało życie jak z telenoweli i dzisiaj byliby królami mediów.

Świdnica. Ogniem i kulą

Pod numerem 1 (róg z Franciszkańską) mieszkało kilku burmistrzów, czasem świętych, częściej grzesznych, ale zawsze twardych, jak na ludzi pieczętujących się dzikiem przystało.

Johannes Bernwalt, pięciokrotny burmistrz Świdnicy, a wcześniej wieloletni ławnik i radny, w okresie sporów o tron czeski został wsadzony nawet do więzienia. Za politykę. Postawił na złego konia, bo przystał do obozu stronników husyckiego króla i podpadł zwycięzcy, czyli królowi węgierskiemu Maciejowi Korwinowi.

Posiedział dwa lata w więzieniu, wypuszczono go w 1490 r., już po śmierci Korwina, ale zdrowia nie dostał z powrotem. Chodził o lasce, zmarł sześć lat później na plebanii kościoła pw. św. Stanisława i Wacława, w obecności proboszcza, rodzonego brata. Zamiast dzieci zostawił dobrą pamięć. Fundator Kaplicy Jerozolimskiej, społeczny opiekun kaplicy św. Wolfganga przy bramie Ściętych (stała u wylotu Franciszkańskiej na plac św. Małgorzaty), człowiek oddany miastu i Bogu.

Nie to co Caspar Freund, jeden z następnych lokatorów kamienicy nr 1. Czterokrotny burmistrz, konserwatysta i legalista, za nic mający pomruki suwerena, buntującego się przeciwko wprowadzeniu do obiegu monety o obniżonej wartości kruszcu. Biedni jeszcze bardziej zbiednieli, więc nie mając nic do stracenia, ruszyli na ratusz. Skończyło się dla nich jak zwykle, czyli na szafocie we Wrocławiu, a ponieważ Freund nie był w stanie zapobiec tej egzekucji, mógł spodziewać się, że świdniczanie popierający rewoltę kark mu za tę akcję skręcą.

Apteka pod bykamiMIECZYSŁAW MICHALAK

Kazał zakopać armaty i proch należący do miasta, po czym razem z trzema innymi radnymi uciekł do Legnicy, pod opiekę księcia Fryderyka II, rozjemcy – z nakazu królewskiego – w sporze mieszkańców z Radą Miasta. Mieszkańcy Freundowi nigdy nie przebaczyli (choć mieli mnóstwo czasu, bo żył sto lat), splądrowali jego kamienicę, a gdy książę Fryderyk nakazał miasto ostrzelać, odpowiedzieli ogniem. Gdy kula przeleciała nad głową księcia i tchórzliwych radnych, Fryderyk momentalnie zamienił argument siły na siłę argumentów.

Taka była właśnie Świdnica, samodzielna i bitna. Na wojowaniu się znała, bo wyrabiano tu doskonałe zbroje, misiurki, pancerze, sierpy, kosy i noże. Używać ich też umiała – ostatecznie król czeski Wacław IV zgodził się w 1384 r., aby Świdnica, Jawor i Strzegom zorganizowały własne oddziały zbrojne dla ochrony kupców pochodzących z tych miast lub też do nich zdążających. W walkach z raubritterami można było nieźle się wyszkolić.

Świdnica. Kobiety zdolne do wszystkiego

Martin Friese, który do kamienicy nr 1 wprowadził się w 1538 r., okazał się dużo zręczniejszym politykiem od Freunda. Też burmistrz, i to w ciężkich czasach walk reformacyjnych. Wpadł w walec sporów religijnych, bo z jednej strony stał na czele miasta będącego bastionem luterańskim, a z drugiej – miał na karku katolickich Habsburgów, nowych zwierzchników Śląska.

Ale ocalił nie tylko głowę, ale i majątek. To on kazał przebudować kamienicę w stylu renesansowym, ale ta inwestycja przyczyniła się do śmierci kobiety oskarżonej o czary.

Była nią Anna Gottes, aresztowana w lipcu 1545 r., bo „podała truciznę gwardianowi franciszkanów i siostrze Stentzla Fischera, którą sporządziła z młodych, nieowłosionych szczurów, i zmieszała ją z wrocławskim piwem”. Zdaje się, że pchnęło ją do tego uczucie, bo na samego Stentlza próbowała rzucić urok, zakopując pod progiem jego sypialni sztuczną nogę kaleki. Miała wyraźnego pecha, bo w momencie, kiedy sąd pod przewodnictwem Friesego zebrał się, żeby rozstrzygnąć o winie lub niewinności Anny, runęła wieża kamienicy nr 1. Fuszerka budowlańców, którzy ledwie robotę skończyli, ale sędziowie uznali, że to panna Gottes ujawniła swoje moce. I biedaczkę skazano na ścięcie.

WROCŁAW PŁASKIM MIASTEM? NIC BARDZIEJ MYLNEGO. POZNAJCIE WROCŁAWSKIE WZGÓRZA

Przed śmiercią trzykrotnie przeklęła członków rady i ławy miejskiej, ale tym razem nic się nie stało. Notabene, Friese lepiej by zrobił, gdyby pilnował porządku u siebie, bo do jego studni niejaki Matthes Eubener z Krzeszowic wrzucił żonę, pozorując samobójstwo, a jego służąca podrzuciła do ogrodu sąsiada martwego noworodka. Eubenera połamano kołem, ale z służącą dziwnym trafem sprawy nie wyjaśniono, co też jest pewnym wyjaśnieniem.

Anna Gottes czy pani Eubenerowa to ofiary, ale bywały świdniczanki wyemancypowane, które podbijały męski świat. W kamienicy nr 8, Pod Złotym Chłopkiem (bardzo eleganckim, w surducie i z laseczką) mieszkała czterysta lat temu Maria Kunitz, sławna astronom. Wykształcenie: domowe.

W domowych pieleszach poznała sześć języków, studiowała matematykę, astronomię i medycynę, znakomicie grała na lutni i malowała, korespondowała z Keplerem i Heweliuszem. Obliczyła trajektorie planet Układu Słonecznego, dokonała pierwszych obserwacji Wenus i Jupitera, a dzieło „Urania propitia...", wydane drukiem w 1650 r., wprowadziło ją do grona najwybitniejszych astronomów epoki. Jej nazwiskiem nazwano jeden z kraterów na Wenus.

Mówi się, że za każdym wielkim mężczyzną stoi wybitna kobieta. Za Marią stało dwóch mężczyzn: ojciec Heinrich, lekarz miejski i astronom, pionier wodolecznictwa, oraz mąż, także astronom, dr Elias Krätschmair von Löven. Podziwiał żonę, starał się stworzyć jej jak najlepsze warunki do pracy naukowej, pisał o niej pieszczotliwie „mea Cunitia”. Prawie disnejowska bajka.

Świdnica. Małżeństwo prawie doskonałe

A skoro o bajkach mowa, nie sposób pominąć historię Anny Świdnickiej, kobiety, która przez małżeństwo zrobiła zawrotną karierę, została królową czeską i cesarzową rzymską.

Była córką księcia świdnickiego Henryka II, ale osierocona przez rodziców wychowywała się na dworze węgierskim Elżbiety Łokietkówny, siostry swojej babki. Znakomicie wykształcona i urodziwa, korespondowała nawet z Petrarką. Wyszła za mąż dzięki skomplikowanej kombinacji politycznej za Karola IV Luksemburskiego.

Miłości na początku nie było, ale podobno żadna kobieta nie wychodzi za mąż z chęci zysku, po prostu cesarzowi i milionerowi się nie odmawia. A przynajmniej nie odmawiało. Annie małżeństwo służyło, Karolowi też. Bez problemu rozwiązał największy problem żonatych mężczyzn – jak z jednej pensji utrzymać żonę i państwo. Był cesarzem. A gdy Anna urodziła mu syna, zaczął ją nazywać „najukochańszą żoną”. Niestety, ta historia ma jeden cień, Anna zmarła po zaledwie dziewięciu latach małżeństwa, w wieku 23 lat. Została pochowana w praskiej katedrze św. Wita. A Karol znowu się ożenił. Jednak to syn Anny, Wacław IV, zasiadł na czeskim i niemieckim tronie.

Nie wszystkie związki damsko-męskie bywają jednako korzystne, więc warto poznać zagrożenia. Najlepiej w katedrze św. Wacława i Stanisława, przy portalu Oblubienicy. Nie zwraca uwagi turystów, znajduje się po północnej stronie katedry, a jego nazwa wiąże się ze starą, średniowieczną tradycją udzielania ślubów w tym właśnie miejscu.

We wspornikach portalu wykuto dwie zabawne (jak dla kogo...) sceny, będące przestrogą dla młodych par. Pierwsza nawiązuje do historii Arystotelesa, który zakochał się nieszczęśliwie w pięknej heterze Filis i gotów był zrobić dla niej wszystko. Nawet pozwolić, żeby wskoczyła mu na plecy, co też ochoczo zrobiła, oznajmiając obserwatorom: „Jak łatwo ze starego mędrca zrobić osła”.

Druga scena to opowieść o Samsonie i zdradzieckiej Filistynce Dalili, pozbawiającej siłacza jego nadzwyczajnej mocy. Nie wiadomo, czy te przestrogi przed kobiecą przewrotnością i podstępnością robiły wrażenie, ale kobiet nikt nie przestrzegał przed męską zdradliwością.

Katedra, dawna fara miejska, dostała w marcu tytuł Pomnika Historii. Cudo z gotyckim rodowodem i barokowym wyposażeniem. Katedralna wieża o wysokości 101,5 m góruje nie tylko nad miastem – jest najwyższa na Dolnym Śląsku i piąta w Polsce. Tu w ogóle wszystko jest największe: gotyckie okno o powierzchni ponad 138 m kw., kubatura wnętrza wynosząca wraz z poddaszem prawie 57 tys. m sześc., ołtarz główny.

„Fara w rzeczy samej jest jak wielka biblioteka, w której przeplatają się żywoty niezliczonych autorów z losami fikcyjnych postaci. W niej zapisane są dzieje fundatorów, budowniczych, wyobraźnia artystów, pokora wiernych, ich wielkość oraz małość i podłość naszego gatunku” – mówi proboszcz fary, ks. Simon, jeden z bohaterów książki Wojciecha Korycińskiego „Niebieskie zakony”.

Wrocławski filolog Martin Schulz, który przybył do Świdnicy na zaproszenie Simona, miał uporządkować jezuicką bibliotekę. W ręce filologa wpadła tajemnicza księga, która doprowadziła wrocławskiego gościa do odkrycia morderstwa sprzed wieków. Fikcja, ale klimat katedry wręcz prowokuje do snucia fantastycznych historii.

Świdnica. Pokój niech będzie z nami

Podobnie jak klimat Kościoła Pokoju. Pierwszy włącza się zmysł węchu, podrażniony zapachem próchna, wosku i politury. Potem zaczynają boleć oczy oszołomione przepychem ozdób. A w końcu wyostrza się słuch, odbierający wibracje dźwięku odbijającego się od drewna. Tylko od drewna.

Kościół Pokoju w Świdnicy jest jedną największych na świecie drewnianych świątyń, może pomieścić 7,5 tysiąca wiernych. Dziś ósmy cud świata na honorowej liście UNESCO. To wielka kariera jak na budowlę, mającą być w zamyśle piętnem ludzi „gorszych", wyrzuconych poza nawias społeczeństwa. Piętnem wypalonym przez katolicką władzę na luteranach.

Po wybuchu wojny trzydziestoletniej protestantom odebrano prawo do własnej wiary i kościołów. Jednak w pokoju westfalskim, kończącym w 1648 roku ten rujnujący Europę konflikt, katoliccy Habsburgowie przyznali luteranom prawo do postawienia świątyni. Zrobili to pod naciskiem protestanckiej Szwecji, stawiając upokarzające warunki. Według nich budować można było tylko poza obrębem murów miejskich, na ziemi wyjętej spod ochrony, wyłącznie z drewna, piasku, słomy i gliny. Szczególnie boleśnie odebrano zakaz postawienia dzwonnicy, żeby świątynia nie była z daleka widoczna.

Miała wyglądać jak wielka stodoła, ale stała się rajskim azylem ludzi prześladowanych. Strop pokrywają ośmioboczne malowidła ze scenami z Apokalipsy św. Jana, a ściany i balustrady – niezliczone malunki, epitafia, sentencje i piękna snycerka. Przepych szokujący w luterańskim kościele.

Apteka pod bykamiMIECZYSŁAW MICHALAK

Przez wieki kościół był nieprzerwanie czynny, nie ucierpiał także podczas ostatniej wojny. Podobno tuż po wojnie wierni spali w świątyni, żeby uchronić ją przed rabusiami.

Luterańska enklawa w Świdnicy to nie tylko kościół, ale także czterohektarowy plac Pokoju otoczony murem. Stare lipy ocieniają brukowaną drogę, a kwitnące magnolie i różaneczniki przyciągają wiosną ludzi szukających romantycznych krajobrazów. To osobne miasteczko – dzwonnica, kilka szachulcowych 300-letnich budynków i cmentarz.

Najpierw Luterheim – szkoła ewangelicka założona w 1708 r. (skończył ją m.in. Karl Gotthard Langhans, architekt Bramy Brandenburskiej). Potem mieściła się tu ochronka dla dzieci, dziś w odnowionym budynku są pokoje dla gości.

Potem dom stróża, w którym mieści się klimatyczna kawiarenka Baroccafe. Dalej dom wdów, w którym po śmierci mężów mieszkały żony pastorów.

Zatopiony w zieleni cmentarz to nie tylko malowniczy zakątek Świdnicy, ale punkt wyjścia do poznania dawnych, sławnych mieszkańców Schweidnitz. Najwcześniejsze nagrobki pochodzą z XVII w., ostatni pogrzeb odbył się w 1957 r. Chowano tu pastorów, notariuszy, ławników i sekretarzy sądowych, ludzi będących miejscową elitą, o czym świadczą ich ostatnie mieszkania.

W cieniu Kościoła Pokoju spoczywają m.in. August Friedrich von Bismarck, pradziadek kanclerza, Hugo Roither, konstruktor rakiety tenisowej, i rodzina Schlag, prowadząca znaną na Śląsku firmę organową. Przecież Świdnica to miasto sławne swoimi mieszkańcami.

WROCŁAW LEŻY NA KOŚCIACH. CO JEST W MIEJSCU DAWNYCH CMENTARZY

 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.