Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Nic nie może być piękniejszego nad położenie samej Jeleniej Góry: pięknie zbudowane miasto z wieloma okazałymi budynkami w dolinie, otoczone wzgórzami ze wszystkich stron, ze wspaniałym widokiem na Karkonosze” – pisał ponad 200 lat temu John Quincy Adams, przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, wtedy jeszcze ambasador w Prusach.

Tekst niczym z folderu reklamowego, Adams jako dyplomata umiał po mistrzowsku oszczędnie gospodarować prawdą, ale wystarczy wejść na Wzgórze Krzywoustego, żeby mu uwierzyć. Wysokie nie jest, 375 m n.p.m., w zakolu Bobru, około 2 km na północny zachód od centrum miasta, ale to pramiejsce Jeleniej Góry, tu się podobno zaczęła jej historia.

Legenda mówi, że Bolesław Krzywousty, który wybrał się na łowy, zobaczył na wzgórzu jelenia. Zwierzę przemówiło do władcy ludzkim głosem, a dalej było jak w starej dziadowskiej pieśni: „Wszyscy się zbiegali / razem poklękali / na górze, na onej / na górze zielonej / klasztor budowali”.

Byli jednak i tacy, którzy twierdzili, że Krzywousty przeszył jelenia strzałą, a gdy ujrzał na jego złocistym rogu obraz Syna Bożego, pożałował swego czynu. Bez względu jednak na to, co zrobił z jeleniem, finał był taki sam; założył na wzgórzu gród. Archeolodzy potwierdzili jego istnienie, choć po ostatnich badaniach upierają się, że pierwotny zamek zbudowano dopiero w drugiej połowie XIII w., a więc ponad sto lat po śmieci księcia (co nie znaczy, że wcześniej nie było tu osadnictwa).

Jelenia Góra. „Grzybek” z pięknym widokiem

Zamek szybko został zniszczony, choć zobaczycie jeszcze fragmenty wałów (szerokość podstawy – około 20 m, wysokość – około 4 m), ale dzięki temu jeleniogórzanie mogli zdobyć wzgórze dla siebie. Już w XVIII w. wytyczono ścieżki spacerowe, zbudowano altanki, potem gospodę, kręgielnię, salę koncertową, restaurację, a w 1911 r. wieżę widokową, nazwaną na cześć cesarza Wilhelma „Kaiserturm”.

Wciąż stoi jak spod igły, bo kilka lat temu została wyremontowana i podświetlona, mieszkańcy nazywają ją „Grzybkiem”. Gwarantuje widok, który tłumaczy zachwyty Adamsa. Na Karkonosze, fortyfikacje miasta, wieże kościołów, ratusza i Górę Szybowcową, wabiącą ludzi marzących o skrzydłach. Każdej jesieni, kiedy masy ciepłego powietrza spływają znad Karkonoszy na dno Kotliny Jeleniogórskiej, miasto odwiedzają szybownicy z wielu krajów. Specyficzny układ wiatrów sprzyja powstawaniu „karkonoskiej fali”, wynoszącej szybowce i paralotnie na duże wysokości.

„Karkonoska fala” przeniosła do historii jeleniogórzankę Hannę Reitsch, wielką gwiazdę lotnictwa. Wielokrotna rekordzistka sportów szybowcowych, pilotka oblatywaczka, zdobywająca laury mistrzowskie w akrobatyce lotniczej, zaczynała swoją podniebną przygodę na lotnisku w Jeżowie Sudeckim, w szkole szybowcowej Wolfa Hirtha. Wprawdzie schodziła także bardzo nisko – była osobistą przyjaciółką wielu najwyższych rangą funkcjonariuszy III Rzeszy, nigdy nie wyrzekła się nazistowskim sympatii – ale sława szybowniczki przyćmiła legendę pupilki Hitlera. Próbowała go namówić na ucieczkę z Berlina, jako ostatnia drogą powietrzną opuściła płonące miasto, przelatując z szaleńczą brawurą między budynkami i nad jednostkami Armii Czerwonej.

Z Góry Szybowcowej też oczywiście rozciąga się piękny widok, ale wycieczka na szczyt zajmuje około dwóch godzin (ponad 6 km), więc lepiej jednak zejść ze Wzgórza Krzywoustego na ziemię, prosto do średniowiecznego miasta. Po to, żeby znów wspiąć się na wysokości.

Jelenia Góra. Za górami, za murami

Powstało na szlaku między Kamienną Górą a Lubaniem oraz na jednej z odnóg drogi między Wrocławiem a Zgorzelcem i przyjęło nazwę „Hirsberc” (zmieniała się na przestrzeni wieków, żeby ostatecznie ustalić się jako Hirchsberg). Na pierwszej urzędowej pieczęci rozpierał się dumnie jeleń na skalistym wzgórzu.

„Małe jest miasto, lecz wspaniale opasane” – pisał około 1500 r. Barthel Stein, śląski geograf i kronikarz, kierownik wrocławskiej szkoły katedralnej.

Małe, czyli liczące około 25 ha, ale z widokami na rozwój. Wspaniale opasane, bo miało podwójny pierścień murów, które rozdzielała 12-metrowa fosa.

Naprawiane i rozbudowywane umocnienia obronne przetrwały do XIX w., potem gorset fortyfikacji zaczęto stopniowo rozsznurowywać. Ale zachowały się relikty murów oraz baszt bramnych Wojanowskiej i Zamkowej. Ta ostatnia broniła miasta od strony zamku – wzniesiona w 1584 r. pełniła również rolę więzienia miejskiego.

MIASTO DWÓCH NARODÓW - ZGORZELEC/GOERLITZ

Można wejść na galeryjkę otaczającą wieżę pod ośmioboczną nadbudówkę (od godz. 10 do 19), choć już nie zobaczymy charakterystycznego dla Jeleniej Góry widoku bielonego płótna, porozkładanego nad rzekami. Rozsławiało miasto i napełniało sakiewki mieszczanom.

Podobno ojcem tego biznesu był szewc Joachim Girnth. Pojechał do Holandii na praktykę, ale w przerwach między szyciem butów podglądał również tkaczy. Zachwycił się delikatnymi tkaninami z lnu i skopiował potajemnie konstrukcję krosna, na którym je wyrabiano. W 1570 r. wrócił do Jeleniej Góry i razem z siostrami zaczął produkcję tzw. grubego tiulu. Błyskawicznie znalazł nabywców, choć tiul jeszcze nie był hitem Hirschbergu – sprzedawano go z metką „jaworskie płótno lniane”, bo Jelenia Góra nie miała swoich bielarni i musiała korzystać z usług Jawora. Ale do czasu.

Pół wieku później wnuczka Girntha, Marta Moybann, wyprodukowała cienki tiul, tzw. woal. Moritz Vogt, autor spisanej w XIX w. kroniki miasta, twierdził, że materiał zamówił niejaki Frakenberg lub Falkenberg, kanonik z Wrocławia, i zapłacił zaliczkę. A pani Moybann, „mimo że nigdy jeszcze nie tkała ona takiego rodzaju materiału, podjęła się tego zadania i wziąwszy na wzór cienki flor [cienka tkanina jedwabna, bawełniana lub wełniana], sporządziła pierwszy kupon tego tiulu. (...) Tkanina zdawała się być wysokiej jakości, jednak nie nadawała się do bielenia, a tym samym była nieprzydatna. Tkaczka wykonała jeszcze jedną próbę, również na koszt pana von Frakenberga lub Falkenberga, biorąc sobie tym razem do pomocy młodego tkacza o nazwisku Christoph Schwanitz (który uczył się fachu właśnie u niej) – i tym razem się udało”.

Jelenia Góra. Kto handluje, ten żyje

Woal sprzedawany był pod nazwą Hirschberger Schleier i schlesische Leinwaren, konkurując jakością z francuskim batystem czy holenderskim tiulem. Płynął do Afryki, obu Ameryk i Indii Wschodnich. Eksport przynosił duże dochody, bogacili się nie tylko tkacze, ale przede wszystkim kupcy.

Jak bardzo, widać po Ratuszu i zabudowie rynku. Wprawdzie kamieniczki to tylko powojenna, niezbyt udana rekonstrukcja domów z XVII i XVIII w. (oryginały rozebrano do fundamentów, nie wmontowano do nowych budynków cennych detali, jakość prac była fatalna), ale warto zwrócić uwagę na podcienia.

MIECZYSŁAW MICHALAK

Zostały zapożyczone z Włoch, za czeskim pośrednictwem. Łączyły przestrzeń prywatną z publiczną, prawdopodobnie nie były traktowane jako część lokacyjnej parceli mieszczańskiej (bo były publicznym ciągiem komunikacyjnym), ale jednocześnie pozwalały mieszkańcom na powiększenie powierzchni ich domów dzięki nadbudowie.

Doskonale nadawały się do handlu, o czym świadczą dawne nazwy. Świdnica miała np. podcienia Zbożowe, Chmielne i Warzywne, a Jelenia Góra – Sukiennicze, Pończosznicze i Białoskórnicze, Niciane, Maślane oraz Kuśnierskie.

Brzmi to dziś sielsko i prowincjonalnie, ale tak naprawdę dotykamy śladów wielkiego biznesu. Jeleniogórscy kupcy posiadali swoje domy handlowe w Hamburgu, Amsterdamie i Harlemie, Kadyksie i Genui.

Stojący w rynku posąg Neptuna (rocznik 1730) zdobił pierwotnie jedną z podmiejskich siedzib kupieckich, zaświadczając, że gospodarz na dalekomorskim handlu umie robić pieniądze. A na pieczęci Cechu Obywateli i Kupców, założonym w 1658 r., widnieje żaglowy statek handlowy.

Cech pilnował, że handel był uczciwy, a towar dobrej jakości. Sprzedawców, którzy próbowali szachrować, karano konfiskatą towaru, pręgierzem lub więzieniem. Kary były surowe, bo mieszkańcy Jeleniej Góry dbali o czystość sumienia. Wystarczy przeczytać statuty miejskie z 1592 r.

Do więzienia trafiały pary żyjące na kocią łapę, uciekający z niedzielnych kazań i awanturnicy wszczynający burdy w winiarni. Słono płacono za pociąg do hazardu, tańce bez zgody burmistrza lub flirty w czasie pląsów. A ten, kto stawał przed obliczem rady, musiał pamiętać, że pod karą chłosty nie wolno mu nikomu przerywać. Lepiej też, żeby nie wygłaszał „niepoważnej przemowy”, bo zostanie wsadzony do wieży.

Jelenia Góra. Łaska Pana na wieki

Dobrze widziane były również pobożne fundacje, dzięki czemu suto wyposażano jeleniogórskie kościoły. Najpiękniejszy to tzw. Kościół Łaski (pw. Podwyższenia Krzyża Świętego, dziś garnizonowy), zbudowany w latach 1709-1718, z politycznym rodowodem.

Śląscy luteranie dostali od katolickiego cesarza Józefa I Habsburga prawo do postawienia sześciu Kościołów Łaski – w Kożuchowie, Miliczu, Żaganiu, Cieszynie, Jeleniej Górze i Kamiennej Górze – dzięki interwencji króla szwedzkiego Karola XII. Poprosili go o opiekę, gdy maszerował z wojskiem przez Śląsk do Saksonii, żeby rozgromić elektora saskiego i jednocześnie króla polskiego Augusta II Mocnego. Nie zapomniał o tych suplikach i podpisując w 1707 r. ugodę altransztadzką z cesarzem Józefem, wymógł zwrot 121 protestanckich kościołów, a dwa lata później prawo do postawienia Kościołów Łaski.

Świątynia w Jeleniej Górze, należąca dziś do katolików, najlepiej się zachowała, Ma niemal kompletne wyposażenie. Zaskakuje ogromem, posiada 4 tys. miejsc siedzących. Wielkim skarbem świątyni jest wtopiony w ołtarz główny prospekt organowy ze wspaniałym 76-głosowym instrumentem, zbudowanym przez organmistrza Michaela Rödera z Berlina. Warto tu przyjechać na koncert.

MIASTO CZTERECH WIEŻ - SPACER PO OLEŚNICY

Warto też obejrzeć ambonę, bo jest dowodem, że życie przerasta wyobraźnię scenarzysty hollywoodzkich horrorów. Ufundował ją urodzony w Jeleniej Górze kupiec ze Zgorzelca, Melchior Bärthold. Została wyrzeźbiona z jednego bloku piaskowca i zwieńczona ośmiobocznym drewnianym baldachimem z rzeźbionymi figurami apostołów. W 1745 r. miejscowy pastor Adolph Gottlob wygłaszał z niej kazanie, gdy rozpętała się burza. Piorun uderzył w wieżę kościoła i spowodował zerwanie liny podtrzymującej zwieńczenie ambony. Baldachim spadł i zabił kaznodzieję.

Jelenia Góra. Piorun z jasnego nieba

Zagrożenie piorunami jest jednak w Kościele Łaski niewielkie, ale jeśli wybierzecie się na górę Chojnik (Jelenia Góra-Sobieszów), wszystko może się zdarzyć. Ściąga na siebie uwagę Nieba. Od wieków pławi się w blasku sławy, został bohaterem baśni, poematów i teatralnych dramatów. Malowany, rysowany, fotografowany, obnosi z dumą romantyczność w ruinie i piękne widoki ze szczytu.

Właściciele – ród Schaffgotschów – przez wieki piastowali godność starostów księstwa jaworsko-świdnickiego, posiadali olbrzymie połacie ziemi oraz rezydencje, m.in. w Żmigrodzie, Karpnikach, Cieplicach i Kowarach. Chojnik traktowali jak matecznik.

PR ma znakomity, bo przecież nikt go nie zdobył – husyci ponoć próbowali, Szwedom w czasie wojny trzydziestoletniej ochota odeszła po wstępnych oględzinach – a uległ jedynie piorunowi, który w 1675 r. wzniecił wielki pożar.

Posiada duchy płci obojga – to rzadkość, zwykle straszą złe kobiety, a tu oprócz księżniczki występuje jeszcze rycerz, i to na koniu. A turystyczną atrakcją jest od ponad 200 lat. Wystarczająco długo, żeby ściągnąć książąt, prezydentów, a nawet świętego papieża, jeszcze jako zwykłego księdza Wojtyłę.

MIECZYSŁAW MICHALAK

„Jest to zamek wysoki, poniszczony, stary, / Patrzący ostatkami swoimi na jary. / Na dolinę, na góry, na różne kamienie, / Żaląc się przed podróżnym na swoje zniszczenie” – entuzjazmował się w 1851 r. wierszopis i rysownik Bogusz Zygmunt Stęczyński.

John Quincy Adams, który w 1801 r. szturmował warownię, stwierdził z ulgą, że ruiny zamku – „widok tak częsty w tej części świata” – wzmagają w nim „poczucie szczęścia z pomyślnego stanu naszego kraju”. Ale on miał w sobie amerykański optymizm.

„Aby się dostać do ruin, należy dojechać powozem do oberży we wsi u podnóża góry, gdzie czekają tragarze z lektykami. Olbrzymie skały, porośnięte drzewami, których korzenie czepiają się niepożytych masywów lub wiją się wśród szczelin i mchu pokrywającego głazy, sprawiały wrażenie dziwaczne i zdumiewające zarazem. Na każdym zakręcie pojawiały się wspaniałe widoki i pejzaże z całym przepychem natury” – opisywała swą drogę do zamku w 1816 r. księżna Izabela Czartoryska.

Podróżnych bywa teraz sporo, około 40 tys. rocznie, ale na lektykę nie ma dziś co liczyć, raczej trzeba się przygotować na godzinny spacer. Na pewno jednak nie będziecie żałować. A jeśli poczujecie wysokość w nogach, Jelenia Góra ma doskonałe miejsca do regeneracji sił.

Jelenia Góra. Urlop w badzie

To cieplickie źródła, które zwabiały koronowane głowy, nawet rozkapryszoną królową Marysieńkę Sobieską.

Hugo Kołłątaj twierdził, że tutejsze wody pomogły mu na podagrę, i w liście do prawnika Franciszka Barssa, wysłanym w październiku 1792 r., pisał, jakoby zdrowie „dopiero w Warbrunn [Cieplicach] odzyskał. Teraz przecież mogę chodzić i jestem nieco rzeźwiejszy”.

MIECZYSŁAW MICHALAK

Z kolei Johann Wolfgang Goethe, mało poetyczna mękoła z podagrą i problemami natury emocjonalnej (wiecznie zakochany, w kilku kobietach jednocześnie), uznał, że „wody tutejsze są wyśmienite, nie tylko na moją chorobę, w której znaczną ulgę czuję, ale nadto na wzmocnienie żołądka”.

Termy cieplickie zapraszają też całkiem zdrowych – gorące źródła jak w Islandii, sauny, masaże i lodowe groty co najmniej poprawiają samopoczucie. A potem można znowu ruszyć na spacer.

Jelenia Góra i tramwaje

Mieszkańcy Jeleniej Góry zaczęli jeździć tramwajami w 1897 r. Najpierw gazowymi, a od 1900 r. elektrycznymi. Linia łącząca Hirschberg – Warmbrunn (Cieplice) i Hermsdorf (Sobieszów) miała 15 km długości. Potem uruchomiono jeszcze linię do Podgórzyna Górnego i zaplanowano uruchomienie kursów do Szklarskiej Poręby i Staniszowa, ale wybuch I wojny światowej, a potem wielki kryzys storpedował te plany.

Po II wojnie światowej tramwaje kursowały do 1969 r., 28 kwietnia wyjechały z zajezdni po raz ostatni i woziły pasażerów za darmo. O tramwajowej przeszłości miasta przypominają tylko trzy zabytkowe wozy stojące w rynku, przy zajezdni MZK i na dawnej pętli w Podgórzynie.

TRZEBNICKIE KLIMATY - SPACER Z MACIEJEWSKĄ

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.