Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nad wejściami do kilku posterunków w powiecie powiesili orły w koronie. Urzędowe raporty pieczętowali orłem w koronie.

Meldunek pierwszy

Posterunek w Pisarzowie, dzisiejszych Pisarzowicach, objął Jurek Schweitzer "Klawisz". Miał patrol z czterema mieszkańcami ze straży obywatelskiej i po południu podeszli pod gospodarstwo numer 138. Czerwonoarmiejcy myszkowali w środku. "Klawisz" wszedł tam z jednym ze strażników i zobaczył dwóch, którzy natychmiast zostawili plądrowanie i rzucili się do bicia. To walnął z karabinu na postrach. Huk wyrwał z Niemki trzeciego, który ruszył na odsiecz strzelając. Ale chybił, bo słabo się celuje, zbiegając po schodach, jedną ręką podtrzymując gacie. Strażnik natomiast trzymał karabin w obu dłoniach i na dole schodów Ruski był martwy.

() Milicjanci którzy wybiegli na krzyk przyprowadzili płaczącą niemkę, która zeznała, że w tym domu znajduje się oficer rosyjski, który ją przemocą tam zaciągnął w celu zgwałcenia. Doprowadzony oficer, lejtnant Manijłow Aleksandr Aleksandrowicz, jak się okazało naczelnik razwiedki dywizjonu 375 artyleryjskiego płońskiego pułku (rozkaz nominacji 108 s.d. N 040 z dnia 21.04.1945 r.), wylegitymowany przezemnie przyznał się i potwierdził słowa niemki. Oddałem go za pokwitowaniem Komendzie Rosyjskiej. Sprawą zajął się wywiadowca sierżant Sobolewski, któremu sprawę przekazałem. Jak się później dowiedziałem oficer ten został z miejsca zwolniony i dopuścił się rabunku w domu burmistrza. ()

Meldunek drugi

W gromadzie Ptaszyn we wsi Rąbanek - dzisiaj Sędzisław - Rosjanie podjechali pod gospodarstwo numer trzydzieści, gdy zapadł zmrok.

Wprowadzili się wcześniej Cebulowie. Mieszkała tam jeszcze właścicielka, samotna Niemka Emma Kirshner, która miała Cebulom zostawić swoje włości. I nawet chciała. Nie udało się jej wepchnąć do żadnego transportu. Marzyła, by to wszystko się nareszcie skończyło. Gizela Brant również nie zmieściła się w wagonie, a że musiała z czegoś żyć, najęła się do pracy u Cebulów. Tego dnia wieczorem przyszedł do nich na ploty Ciaskowski spod piętnastki, Polakiewicz spod czterdziestki siódemki, Szabla z szesnastki i Dranka z siódemki.

Dranka udzielał się w straży obywatelskiej i gdy zapukali, myślał, że to koledzy z patrolu czegoś chcą. Otworzył drzwi i zobaczył wysokiego lejtnanta z wyciągniętą w jego stronę dłonią w lekko zakrwawionym bandażu, z którego wystawał pistolet.

Strzelił w Drankę. Przekroczył nad nim i wszedł do środka chałupy. Czystą polszczyzną zażądał wydania zegarków, broni, innych kosztowności i rozpoczął rewizję, uczciwie uprzedzając, że wszystkich zabije. Towarzyszący mu szeregowy po polsku nie mówił wcale, ale szybko przetrzepał szafy, układając na kupę lepsze ubrania i bieliznę. Wtedy lejtnant zrobił szybko, co obiecał i pierwszego trafił Ciaskowskiego. Drugi dostał mąż Cebulowej, a rozbryzg tak ubabrał Cebulową, że lejtnant nie zauważył, że pada bez strzału. Następne dwie kule przeznaczył dla Julii Cebulowej. Dostała jedną. Żyła. To zdjęli spódnicę i na widok jej reform ryknęli śmiechem. Też je zdjęli i jeden zaczął. Ale kolega namawiał, żeby zostawił, bo cały upaprze się krwią. Wtedy dostała drugą kulę. Następne poleciały do Emmy i Giseli. Polakiewicz miałby ostatnią, jednak wychodząc należało jeszcze przystanąć i dobić jęczącego Drankę leżącego na progu.

Nie wiadomo, w jakiej jednostce służył lejtnant. Nie wiadomo, jak się nazywał. Wiadomo tylko, że miał zabandażowaną dłoń, a to za mało, żeby wybrać wśród tysięcy i za nią złapać. Na teren jednostek sowieckich nie wolno było zresztą wchodzić i patrzeć na ręce.

() Walka z przestępcami, rekrutującymi się z szeregów Armii Czerwonej jest bezcelowa i bezowocna, gdyż dowództwo stacjonowanej w Kamieniogórze nie tylko, że nie stara się wogóle reagować, a utrudnia Milicji Obywatelskiej pracę. Żołnierze Armii Czerwonej ujęci na gorącym uczynku i doprowadzeni przez M.O. do Komendy Rosyjskiej, po wyjściu M.O., albo też najpóźniej w dniu następnym zostają wypuszczeni wolno i rabują bezkarnie dalej. ()

Meldunek trzeci

Ale o starszym lejtnancie, który przyjechał na świętego Mikołaja do leśniczówki w Ullersdorfie koło Lubawki, wiadomo więcej. W lubawskim posterunku pracowali Jurek Stanek "Jurek", Jasiek Kordeczka "Pomsta" ze starszym bratem "Bryłą". Lejtnanta to oczywiście zupełnie nie obchodziło, bo od maja nastrajał się na powrót do cywila i w grudniu czuł się już całkiem pokojowo nastawiony. Wiedział, że wojna się skończyła i nie strzelał do ludzi bez potrzeby. Jednak trofiejny padarok na dziadka Mroza się należał. Normalny oficer. Maksym Płachocki z Komendantury Garnizonu Kamieniogóra, telefon 447, poczta polowa 58 096.

Leśniczego Ericha Eichnera odwiedził rano razem z ośmioma innymi uzbrojonymi w pepesze armiejcami. Przyjechali ciężarówką i gdy dotarli tam zaalarmowani czterej milicjanci z Lubawki, paka wypełniła się po burty. Lejtnant popełnił błąd. Zamiast przepędzić milicjantów, korzystając z dobrego prawa prawdziwego gospodarza, zaczął odpowiadać na pytania i to stanowiło początek serii jego potknięć. Powiedział, że rewizji dokonuje na rozkaz marszałka Konstantego Ksawerowicza Rokossowskiego, a ponieważ znalazł pistolet, ciężarówka jest załadowana jako kara za jego ukrycie. Milicjanci chcieli zobaczyć, co złożyło się na karę, ale armiejcy grzecznie odmówili, celując w nich z automatów.

Pokazania dokumentów również odmówili. Odpalili ciężarówkę, gdy przyjechał komendant posterunku MO w Lubawce. Wtedy lejtnant popełnił drugi błąd. Dał mu swoje papiery, które zaraz wyrwał, widząc zbliżający się samochód z żołnierzami straży granicznej. Rosjanie zaczęli uciekać. Do pościgu dołączyli jeszcze milicjanci z Szymrychu i lejtnant zrozumiał, że nadeszła potrzeba strzelania. Posłali parę serii dla ostrzeżenia, że koniec żartów. Lekko tylko ranili kierowcę.

Ale za moment osłupieli, bo zdarzyło się coś nie do pomyślenia. Dostali serią! Skręcili w ślepą drogę, wjechali na mostek, a ten się załamał pod załadowaną ciężarówką. Nie to było najgorsze, że kara nałożona na leśniczego Eichlera okazała się zbyt ciężka. Najgorsze było to, że rozbrojeni armiejcy trafili na polski dołek w Lubawie. A zostać pierwszym w okolicy rozbrojonym przez milicję lejtnantem Armii Czerwonej to wstyd i pośmiewisko. Żeby z upokorzeniem nie przesadzać, rozdzwoniły się interwencyjne telefony i Maksym Płachocki ze swoimi żołnierzami odzyskali broń i spokojnie odjechali z karą za pistolet z długą lufą, parabellum nr 7981.

() Rosjanie ze swojej strony nastawieni są do nas wrogo. Na dowód przytoczę słowa zastępcy komendanta garnizonu rosyjskiego stacjonowanego w Kamieniogórze, u którego był komendant powiatowy Biela wraz z ref. personalnym Ślęczkiem. Oficer ten w trakcie rozmowy i powstałej sprzeczki powiedział: Jak wy polaczki nie przestaniecie się mieszać do nas i naszych ludzi zatrzymywać, to my się zorganizujemy, rozbroimy was i wystrzelamy jak psów. ()

Meldunek czwarty

Zdarzały się dni, że pot moczył mundury podczas ganiania i wyłapywania armiejców. W Kindelsdorfie - czyli w Dobromyślu - przyszli pod numer 50 kupić masło od Ziemianka. Chciał sprzedać, ale zrezygnowali z kupna. Zabrali. Do tego z szafy ubrania, a ze strychu mąkę, pszenicę i mak. Ziemianek poskarżył się na posterunku i zmontowano pościg. Rajd armiejcy robili furmanką. Szybko im nie szło, koń nie współpracował dobrze, a na dodatek zgłodnieli. Zatrzymali się u rzeźnika Wyrzykowskiego, uczciwie wymienili ciuchy Ziemianka na pięć kilo kiełbasy i może by się zdążyli najeść, gdyby rzeźnik zbyt długo nie targował ceny. Przez jego pazerność pościg doszedł Sidorenkę i Figla z 237. pułku strzelców, 2. batalionu, 2. minerskiej roty jeszcze na głodzie. Zabrali ich z pustymi brzuchami na posterunek i zaczęli przesłuchiwać, gdy wpadł goniec z oddalonego o ponad kilometr Trautliebersdorfu - dziś Kochanów - krzycząc, że pod trzydziestym dziewiątym rabują. Ta trzydziestka dziewiątka akurat była jeszcze polsko-niemiecka, bo mieszkał w niej Iskra i Puschmanowa z córką.

Lejtnant i jego dwaj żołnierze Bierbielejew i Pugaczow uraczyli się mocno wódką Puschmanowej i zabierali za córkę. Ale zwinna, szybka, udało jej się uciec, więc armiejcy wzięli zastaw. Dopadło ich pięciu milicjantów i wiejski posterunek pękł w szwach, ponieważ brakło cel, żeby ich pomieścić. Opornych wrzucono na wóz z pierwszego rabunku. Reszta wsiadła po dobroci i pod strażą pojechali do Wojennej Polskiej Komendy.

() W tym otrzymałem telefoniczną wiadomość z Pow.U.B.P, że kilkanaście kroków od ich budynku został zastrzelony przez rosjan milicjant z posterunku Czarnolesie. Natychmiast udałem się autem na miejsce wypadku. () W czasie szamotania się Kalisz Jan wyrwał się z rąk rosjan biegnąc w kierunku bezpieczeństwa celem przywołania pomocy. W odległości paru metrów od budynku P.U.B.P Kalisz został trafiony kulą w pierś. Zabił go żołnierz z Komendy Rosyjskiej puściwszy za nim serię z automatu. () Pełnomocnik Rządu, zawiadomiony o wypadku wyszedł z domu kierując się w stronę P.U.B.P, po ujściu paru kroków został otoczony przez żołnierzy rosyjskich. Nie pomogły tłumaczenia, że jest starostą powiatu, zażądano żeby oddał broń, lecz starosta oświadczył im, że odda najwyżej na Komendzie, dokąd go poprowadzono. Przez cały czas obchodzono się z nim grubiańsko (Ty, starosta, choj z toboj, chotiab ty był gienierał, my tebia zabierom) przy tym trącano go lufami automatów w plecy zmuszając go do przyśpieszenia kroku. ()

Meldunek piąty

Trzech sołdatów wymknęło się z magazynu amunicji w lesie pod Reussendorfem i poszło do rosyjskiego gospodarstwa rolnego we wsi, która dzisiaj nazywa się Rusinowa. Pili trochę i do bimbru dołączyło jeszcze dwóch. Wysechł. Bimber zawsze powoduje, że człowiek robi się bardziej towarzyski, ale źle się po nim prowadzi ciężarówkę, toteż przejechali tylko obok numeru sechzig zatrzymując się pod sześćdziesiąt jeden, czyli postanowili odwiedzić Polaków.

Dowodził starszyna. Rabunek poszedł sprawnie i prawie pokojowo. Tylko dla postrachu strzelili parę razy w kierunku nowego właściciela, żeby nie przeszkadzał, gdy zabierają to, do czego nie zdążył się przyzwyczaić. Zwykłe, szybkie ładowanie na pakę i pięciu armiejców odjechało te kilkaset metrów z powrotem.

Właściciel numeru sześćdziesiąt jeden mieszkał we wsi krótko, ale rozpoznał Niemca, który pracował w ruskim gospodarstwie. Dwie godziny później siedział już w celi. Milicjanci zadzwonili do dyżurnego ruskiego garnizonu, a ten natychmiast obiecał przysłać patrol. Nawet nie zdążyli spisać aresztanta, gdy pod komisariat podjechała ciężarówka i armiejcy z bronią w ręku odbili swojego Niemca.

() Wśród milicjantów słyszy się słowa: my nic nie znaczymy. Rosjanie rozbrajają nas, biją, nie mamy dalej zamiaru służyć, niech nas zwolnią w takich warunkach pracować nie można i pracować nie będziemy. ()

Wyroki

Milicjanci, którzy w lipcu 1945 roku wysiedli z pociągu w ówczesnej Kamieniogórze, mieli jeszcze jeden powód, by zwalniać się z posterunków. Nadal tworzyli zakonspirowany oddział AK.

Uzbroili się szybko w broń automatyczną, erkaemy i ckm. Pistolety w kieszeniach mieli wszyscy. W sylwestra zastrzelili rosyjskiego dezertera zatrzymanego podczas rabunku w Czarnolesiu (dzisiaj Czarny Bór) i zataili ten fakt. Półtora miesiąca później wydali wyrok i zastrzelili mieszkańca Czarnolesia Niemca Erwina Wagnera, którego podejrzewali o to, że jest byłym esesmanem i teraz za chwilę spokojnego życia współpracuje i informuje UB w Kamieniogórze o tym, co dzieje się w gminie. Śledztwo w tej sprawie prowadził wykonujący wyrok i sprawcy oczywiście nie znalazł.

W czerwcu 1946 roku dowódca oddziału porucznik Jan Tokarczyk "Baca" wydał wyrok na pełnomocnika do spraw referendum ludowego w Czarnolesiu Mariana Jasińskiego. Wyrok wykonał ledwie osiemnastoletni Jan Kordeczka "Pomsta", który mimo młodego wieku miał duże doświadczenie ze służby w patrolu egzekucyjnym 1 Pułku Strzelców Podhalańskich AK podczas okupacji niemieckiej. Na szosie do Grzęd zatrzymał jadącego na motocyklu Jasińskiego i strzelił mu w tył głowy. Gdy ubecy z Kamieniogóry przesłuchiwali w komisariacie świadka zdarzenia, "Pomsta" siedział im nad głową. W mieszkaniu piętro wyżej.

Ale szczególnie po ostatnim wyroku funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego zaczęli się baczniej przyglądać milicjantom z oddziału "Bacy".

Wstępując do milicji wszyscy podpisali zobowiązanie, że nie zwolnią się z pracy przed upływem trzech lat. Kilku zostało wyrzuconych ze służby dyscyplinarnie, kilku po redukcjach etatów. Mnożyły się dezercje.

Z powiatu kamieniogórskiego uciekł Marian Mordarski "Orzeł", który został niebawem dowódcą jednego z oddziałów Józefa Kurasia "Ognia". Dołączył do niego Zdzisław Potapski "Piorun", który niedługo potem zginął w potyczce z wojskiem. Zygmunt Wawrzuta "Śmiały" zdezerterował podczas szkolenia w komendzie we Wrocławiu i założył swój oddział w Gorcach. Do zbrojnego oddziału WiN działającego w województwie kieleckim przedarli się Jan Millan "Pantera" i Stanisław Filipiak "Żmijka". Natomiast do II Korpusu we Włoszech uciekli Sławomir Gryzina Lasek "Jacek" i Jerzy Stanek "Jurek". Podczas innej ucieczki przez Czechosłowację zaginął bez wieści Stanisław Kordeczka "Bryła".

Rozpoczęły się też aresztowania. UB w Kamieniogórze zamknęło Zygmunta Kołodziejskiego "Lecha". Uciekł z aresztu, ale został zastrzelony podczas obławy. Do cel trafili też Jan Kobel "Sikora", Zygmunt Frankowicz "Błyskawica", Jerzy Relinger "San", Eugeniusz Piksa "Harnaś", Mieczysław Kubacki "Pogan" i dowódca Jan Tokarczyk "Baca". Wojskowy Sąd Rejonowy we Wrocławiu skazał ich na kary wieloletniego więzienia.

Meldunek ostatni

() W czasie świat t. od 24 do 26 włącznie przeprowadziłem lotne inspekcje po wszystkich posterunkach w powiecie. () Najgorzej wypadły posterunki Marciszów, Szymrych, Czarnolesie ()

Prof. Mordarski. Z lasu do instytutu

Jednym z członków oddziału AK, który w lipcu 1945 r. wstąpił do milicji w powiecie kamiennogórskim, był urodzony w 1927 r. w Nowym Sączu Marian Mordarski, pseudonim "Orzeł" (na zdjęciu stoi w środku). Zdezerterował i wrócił w Gorce, gdzie został z czasem dowódcą jednego z oddziałów wchodzących w skład zgrupowania "Błyskawica" Józefa Kurasia "Ognia". Używał wtedy pseudonimu "Śmiga".

W 1948 r. rozpoczął studia na Wydziale Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu. Jeszcze przed ich ukończeniem prof. Ludwik Hirszfeld zaproponował mu pracę w Zakładzie Mikrobiologii Akademii Medycznej we Wrocławiu.

Mordarski został profesorem, dyrektorem Instytutu Immunologii i Terapii Doświadczalnej im. Ludwika Hirszfelda we Wrocławiu, członkiem PAN, redaktorem naczelnym pisma "Postępy Higieny i Medycyny Doświadczalnej". Zmarł w 2003 r.

* Tekst jest częścią książki Jerzego Wójcika pt. "Oddział. Historia żołnierzy" Łazika "", wydanej przez Wielką Literę, a która od 20 kwietnia będzie dostępna w księgarniach. To opowieść o kapralu Janie Wąchale, który był w Gorcach słynącym z brawury i porywczości egzekutorem. Po wojnie dowodził grupą żołnierzy AK, uciekających przed aresztowaniami. Część z nich przez jakiś czas działała jako milicjanci w okolicach Kamiennej Góry. Jego akcje często były napadami. Po jednym z mordów na kupcach Józef Kuraś "Ogień" wydał na niego wyrok śmierci.

W tekście wykorzystano meldunki posterunków MO do Komendy Powiatowej MO w Kamieniogórze z lat 1945-1946, w tym fragmenty meldunku specjalnego Komendy Powiatowej w Kamieniogórze do Komendy Wojewódzkiej MO we Wrocławiu z 4 II 1946 r., podpisanego przez komendanta powiatowego MO Stanisława Bielę i jego zastępcę do spraw polityczno-wychowawczych Józefa Wojnarowicza. Pisownia oryginalna.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.