Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Dwa tygodnie po swoich 70. urodzinach szef "Wyborczej" odwiedził stolicę Dolnego Śląska, by spotkać się z czytelnikami gazety, którą kieruje bez przerwy już 27. rok. Dziś wieczorem Adam Michnik weźmie też udział w uroczystości wręczenia przez wrocławską redakcję corocznego tytułu Ambasadora Wrocławia dla osoby najlepiej rozsławiającej miasto w Polsce i na świecie.

Na naczelnego "Wyborczej" czekała wypełniona po brzegi sala budynku Wydziału Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego. A przed wejściem zaledwie kilku krzykaczy, którzy dzięki ustawieniu na chodniku solidnych głośników, ale pomimo tego bezskutecznie, próbowali przekazać mu swoją nienawiść.



To właśnie o takich jak zarządzający tą trupą Jarosław Bogusławski i Piotr Rybak, sądzony obecnie za spalenie w ub. roku kukły Żyda, Michnik mówił później, już w sali Uniwersytetu: - Kiedy słyszę takich jak oni, to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wciąż mam do czynienia z amatorami. Ja skórę mam już trochę wygarbowaną. Pierwszy raz aresztowany byłem w 1965 r., a od 1968 stale zaliczany jestem do tych, którzy określani są jako kwintesencja zła i paskudztwa. Od ludzi tego typu, tych wszystkich polityków i publicystów "dobrej zmiany" nie dowiaduję się więc niczego nowego - mówił naczelny "Wyborczej", zbierając za swoje słowa burzę oklasków.

Autorytety: Słonimski, Kuroń i Jan Paweł II

Pytany o rolę autorytetów, Michnik wymienił przede wszystkim swojego pierwszego szefa Antoniego Słonimskiego, ale zaraz potem swoich późniejszych przyjaciół: Jacka Kuronia, Leszka Kołakowskiego, Bronisława Geremka i Tadeusza Mazowieckiego. A także, co dla wielu, szczególnie krytycznie odnoszących się do szefa "Wyborczej", może stanowić pewne zaskoczenie - Jana Pawła II.

- Choć często się z nim spierałem, to w jego pismach i encyklikach nigdy nie było obrażania innych ludzi. Z nim w wielu rzeczach można się było nie zgadzać. Ale nie można było go nie podziwiać za jego szacunek i ekumenizm. Za to, czego w niektórych kręgach Kościoła tak bardzo dziś brakuje - mówił Adam Michnik.



Wspomnienie byłego polskiego papieża sprowokowało bardziej ogólne pytania o rolę Kościoła w dzisiejszej Polsce.

Michnik: - Patrząc na zapisy konstytucyjne, teoretycznie mamy w Polsce rozdział tronu i ołtarza. W praktyce wygląda to jednak różnie. W czasach dyktatury komunistycznej sojuszu władzy z Kościołem nie było. Ale to właśnie świątynie były oazą wolności. Autorytet księży był niepodważalny. I być może dlatego, szczególnie po wyborze Wojtyły na papieża, wielu biskupów uznało, że są kimś w rodzaju wicepapieży. W każdym razie po 1989 roku wielu z nich nie potrafiło odnaleźć się w nowej sytuacji. Zaczęli występować z pozycji depozytariuszy prawdy absolutnej. I dlatego dziś znów zasadnym wydaje się postulat zbudowania na nowo poważnego dialogu społeczeństwa z Kościołem.

Macierewicz - cynizm i brak skrupułów

Kolejną interesującą publiczność sprawą było, jak Adam Michnik ocenia dziś swojego byłego towarzysza z czasów konspiracji - Antoniego Macierewicza.

- Sprawa jest dość nieprzyjemna - zaczął po długim westchnieniu, co sala przyjęła salwą śmiechu. - Znam Antka jeszcze ze studiów i nie bardzo wiem, co mogę państwu powiedzieć. Byliśmy kolegami, byliśmy razem w KOR. I niezależnie do tego, co dzisiaj wyprawia, tamten czas wspominam bardzo dobrze. A dziś - koń jaki jest, każdy widzi. Mnie najbardziej interesuje dziś, do czego on tak naprawdę dąży. Bo w to, że on wierzy w zamach, to ja nie wierzę. To nie jest człowiek, któremu trzeba tłumaczyć, że dwa plus dwa równa się cztery. On to doskonale wie! Cechuje go jednak skrajny cynizm i brak skrupułów. I to są cechy, które wykorzystuje Jarosław Kaczyński. On wie, że nie ma takiej rzeczy, której Antek by nie zrobił. Oczywiście jeśli tylko uzna, że służy to jemu, ewentualnie spodoba się samemu prezesowi.

Nie mniej krytyczny Adam Michnik był również wobec pryncypała swojego byłego kolegi: - Jarosław Kaczyński to taki sam fenomen jak Putin czy Orban. Typ lidera populistycznego. Czy ktoś z państwa pamięta, żeby on kiedykolwiek powiedział coś dobrego o drugim człowieku, jeśli nie był to jego brat?

- O Gierku mówił! - rzucił ktoś z sali.

Michnik: - No tak, o Gierku. Czyli jesteśmy w polskim zoo. To może już lepiej uznajmy, że Jarosław Kaczyński lubi wszystkich ludzi z wyjątkiem kobiet i mężczyzn.

Sposób na PiS: zjednoczona opozycja

Nie do końca chętnie, ale naczelny "Wyborczej" próbował tłumaczyć zebranym (na ich wyraźną prośbę), co można zrobić dziś, by odsunąć PiS od władzy. Nie chciał odpowiedzieć, którą z obecnie działających partii widziałby na czele opozycji. Tłumaczył za to, że aby pokonać PiS, nie można go naśladować - posuwać się do kłamstw i oszczerstw. Unikać przemocy, pogardy dla innych, a także posługiwania się mową nienawiści. I jednoczyć.

- Nie jest ważne, czy w kolejnych wyborach jedna partia opozycyjna dostanie więcej głosów od innej opozycyjnej partii. Ważne jest, czy uda się stworzyć blok, który wystąpi przeciwko tej władzy solidarnie - mówił. - Jeśli do takiego połączenia wszystkich sił demokratycznych nie dojdzie, PiS będzie rządził jeszcze nie cztery, ale i osiem, a może i 12 lat - przestrzegał Michnik, który potrafił przyznać się do własnych błędów z ostatnich wyborów. - Byłem arogancki, mówiąc, że Komorowski przegra wybory tylko wtedy, gdy pijany przejedzie zakonnicę na pasach. Mam więc za swoje i dzisiaj muszę jeździć i przekonywać, że nigdy nie można być niczego zbyt pewnym. To, że rządzą nami dziś tacy ludzie, jacy rządzą, to wina nikogo innego, tylko nas samych. Każdy powinien potrafić spojrzeć sobie w twarz w lustrze i odpowiedzieć na pytanie: a ja co zrobiłem, żeby zastopować ich marsz do władzy?

Dlaczego więc Polacy rok temu wybrali Prawo i Sprawiedliwość?

- Nawet najpiękniejsza i najmądrzejsza kobieta ma taki wieczór, że byle łajdak jej zawróci w głowie. Ale na szczęście zawsze potem mądrzeje i nie mam wątpliwości, że nasze społeczeństwo też przejrzy na oczy, że nie najlepiej wybrało - mówił Adam Michnik. - Drugi raz Polska z łajdakiem nie pójdzie.



W geście samokrytyki naczelny "Wyborczej" pozwolił sobie na jeszcze jedno wyznanie: - Już jakiś czas temu, w pewnym gronie ogłosiłem swoją konwersję na feminizm. Zrobiłem to za sprawą "rewolucji parasolek" - wydarzenia absolutnie fantastycznego, które doprowadziło do sytuacji, w której Kaczyński po raz pierwszy w życiu chyba został zmuszony do tego, by połknąć własny język. A kobiety też po raz pierwszy wystąpiły jako suwerenny podmiot. To nie tylko wielki fakt polityczny, ale to przełom wręcz cywilizacyjny, wprowadzający nas, Polaków, do świata nowoczesnej Europy. Nie mam wątpliwości, że kolejnym pomnikiem, jaki stanie w Warszawie, powinien być pomnik czarnej parasolki.

Nacjonalizm to nie patriotyzm

Gość spotkania wyraźnie ożywił się na pytanie, czym różni się w jego ocenie patriotyzm od nacjonalizmu. A sala jego wykładu słuchała w absolutnym skupieniu.

- Rzecz jest banalnie prosta - mówił. - Nacjonalizm zaczyna się tam, gdzie przestaje mnie interesować dobro mojego kraju, a zaczyna się myślenie o tym, jak dokopać innym. Jak poniżać Żydów, Ukraińców czy Niemców. Inaczej niż patriotyzm, nacjonalizm polega na kłamstwie historycznym. Patriotyzm wymaga od nas często mówienia bardzo przykrych prawd o własnej historii, tożsamości. Nacjonalizm zaś pozwala, czy zgoła wręcz nakazuje historię zakłamywać. Jest więc niczym innym jak kompleksem z własnej niższości.

Na sam koniec Adam Michnik nie zostawił złudzeń wszystkim tym, którzy dziś źle życzą nie tylko jemu, ale i stworzonej przez niego "Gazecie Wyborczej". Pytany z sali o to, co zrobi, jeśli rządzący, tak jak miało to ostatnio miejsce na Węgrzech z dziennikiem "Nepszabadsag", będą chcieli "Wyborczą" zamknąć, odparł krótko: - To oczywiste. Będę ją wydawał w podziemiu.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.