Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Mówiono o nim "Apelles", "Rembrandt", "Rubens". Zawsze z przymiotnikiem "śląski", choć pochodził z Królewca. Na Śląsk trafił dopiero jako 30-latek, ale to tu objawił się jego geniusz. Pochodził z biednej rodziny (ojciec malarz), więc musiał sam sobie w życiu radzić. 20-latek spakował węzełek i wyjechał do Amsterdamu, żeby uczyć się u najlepszych. Na naukę nie miał jednak pieniędzy, taki Rembrandt do warsztatu by go nie przyjął, więc w amsterdamskich kolekcjach oglądał obrazy mistrzów i próbował ich warsztat naśladować. Od Rubensa uczył się ekspresji i operowania kolorem, z dzieł Rembrandta zaczerpnął mistrzowskie operowanie światłem i cieniem. No i po latach stał się "śląskim Apellesem".

Ta pochwała może się wydawać trochę na wyrost, bo Apelles był według opinii starożytnych najwybitniejszym malarzem greckim, a Michael Willmann tylko najwybitniejszym malarzem śląskiego baroku, ale wszedł niewątpliwie do ekstraklasy europejskiej. Wytrzymuje porównanie z najlepszymi.



Artysta eksportowy

Jego matecznikiem został Lubiąż, wspaniałe opactwo cysterskie położone wśród lasów, nad Odrą. Tu pracował - głównie dla cystersów - przez prawie pół wieku. Tu umarł w 1706 roku i w tutejszym kościele klasztornym został pochowany. Wciąż spoczywa w krypcie. Naukowcy pod kierunkiem prof. Andrzeja Kozieła, największego znawcy Willmanna, szykują się do zbadania zmumifikowanych zwłok malarza.

- Niezwykły artysta, bardzo ważny dla Śląska, europejski towar eksportowy. Cieszę się, że jego obrazy wracają. Formalnie to depozyt, ale warszawskie Muzeum Narodowe wszczęło już procedurę przekazania nam tych dzieł na własność - mówi prof. Piotr Oszczanowski, dyrektor wrocławskiego Muzeum Narodowego, do którego trafiły Willmanny. - Scalamy kolekcję, bo w 1980 roku do Wrocławia trafiło ze zbiorów warszawskich (dzięki dr Bożenie Steinborn) 18 płócien tego genialnego malarza. Teraz dostaliśmy trzy obrazy z opactwa w Lubiążu, trzy z Krzeszowa i jeden z Trzebnicy. Stołeczni muzealnicy zostawili sobie tylko dwa obrazy lubiąskie: "Stworzenie świata" oraz "Pejzaż ze św. Janem Chrzcicielem". Chcą je pokazywać w nowej galerii malarstwa obcego.

Złoto, obrazy i kosztowności. Jakie polskie skarby nie udało się jeszcze odkryć
Czytaj więcej

Obrazy, które wróciły do Wrocławia, miały burzliwą historię. Trafiły do tzw. skrytek Grundmanna. W 1943 roku Günther Grundmann, konserwator zabytków prowincji śląskiej, rozpoczął operację zabezpieczania najcenniejszych dzieł sztuki. W piwnicach zamków, klasztornych lochach, położonych na uboczu plebaniach i sztolniach chował obrazy, rzeźby, numizmaty, rękopisy, starodruki, wyroby rzemiosła artystycznego. - Dzieła sztuki z Lubiąża, w tym płótna Willmanna i wspaniałe stalle anielskie z kościoła klasztornego, trafiły np. do Szklarskiej Poręby i Henrykowa (z przystankiem w skrytce kościoła Benedyktynek w Lubomierzu), a obrazy z Krzeszowa zostały ukryte w Kamieńcu Ząbkowickim. Tam je znalazła ekipa prof. Lorentza - opowiada prof. Andrzej Kozieł.

Alkohol za benzynę

Jeden z uczestników tej ekspedycji, ówczesny generalny konserwator Polski prof. Jan Zachwatowicz, wspominał po latach: "Wyruszyliśmy z Warszawy ciężarówką, zaopatrzeni w kilka skrzyń nie pieniędzy, ale alkoholu - nie dla własnego użytku. Wiadomo było, że to najpewniejszy środek płatniczy załatwiający np. tak ważne dla nas zaopatrzenie w benzynę. Poza tym mieliśmy przepustkę na tereny, na które nie wolno było wyjeżdżać. To wszystko. Naszą właściwą bazą były Katowice. Jechaliśmy na Śląsk".

Kałuże krwi na ulicach, hordy szczurów ucztujące przy niepogrzebanych trupach, zwęglone drewno unoszące się na wodach Odry
Czytaj więcej

Trafili do eldorado (Śląsk uchodził za schron III Rzeszy), chociaż musieli się ścigać z szabrownikami. - Czasem szabrownicy byli szybsi. Dlatego lubiąski obraz "Pejzaż z powołaniem św. Mateusza" trafił do Muzeum Narodowego dopiero w 1977 roku. Milicja go zarekwirowała prywatnemu kolekcjonerowi - opowiada prof. Kozieł.

Dzieła Willmanna pojawiają się wciąż na rynku antykwarycznym.

- W czasie wyprawy ze studentami zobaczyłem w lubelskim muzeum obraz "Pokłon Trzech Króli". Został kupiony jako obraz włoski. Nie miałem wątpliwości, że to Willmann - tłumaczy Andrzej Kozieł. Notabene dyrektor Oszczanowski dostał ostatnio propozycję kupna "Ucieczki Świętej Rodziny do Egiptu". Szuka sponsora, bo Willmann kosztuje stosownie do swojej klasy, zwykle od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych.

Willmann na zawsze z Lubiążem

Przywiezione z Warszawy obrazy Willmanna będziemy mogli zobaczyć 6, 9 i 10 stycznia w Pawilonie Czterech Kopuł. To okazja, żeby jednocześnie obejrzeć płótna mistrza i stuletni budynek autorstwa sławnego architekta Hansa Poelziga, wyremontowany i przystosowany do potrzeb wystawienniczych. - Potem pawilon zamkniemy, bo musimy zacząć budowę ekspozycji sztuki współczesnej. Otworzymy ją 25 czerwca - zapowiada prof. Oszczanowski.

Polskie miasta w powojennej ruinie. Unikatowe zdjęcia
Czytaj więcej

Nie wiadomo jeszcze, co stanie się dalej z obrazami. Piotr Oszczanowski podkreśla, że nie chce takich arcydzieł chować z powrotem do magazynu. - Sztukę należy pokazywać. Obrazy z dawnej kolekcji Hansa Heinricha XV von Hochberga i jego żony księżnej Daisy, które daliśmy w depozyt do Książa, obejrzało już 150 tys. osób. Willmann zasługuje na jeszcze więcej. Buduje tożsamość Dolnego Śląska. Rok bez pokazywania Willmanna uważam za stracony.

Od lat mówi się o konieczności stworzenia muzeum Willmanna i ściągnięcia rozproszonej spuścizny malarza, w znacznym stopniu zachowanej. Gorącym orędownikiem tego projektu jest prof. Kozieł, który uważa, że dobrym miejscem byłby klasztorny kościół w Lubiążu, w którym malarz wciąż spoczywa. Dziś jest pustą skorupą. Wydarto z niego wszystko, co się dało.

W ścianach kościoła klasztornego wciąż tkwią kute żelazne haki. To jedyny ślad po obrazach Willmanna. Gdyby wróciły do Lubiąża, powstałby tam na nowo wspaniały zespół muzealny, przyciągający znawców malarstwa barokowego z całej Europy.

- Willmann to najsłynniejszy malarz śląskiego baroku. A Dolny Śląsk nie umie wykorzystać jego spuścizny. To tak, jakby Amsterdam zrezygnował z utworzenia w domu, w którym mieszkał Rembrandt, muzeum tego artysty - tłumaczy prof. Kozieł. - Ile jest na świecie muzeów, w których jest i dzieło, i jego twórca? Lubiąż i Willmann są związani na zawsze.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.