Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Uniwersytecki Szpital Kliniczny, ul. Borowska, I piętro, oddział angiologii, nadciśnienia tętniczego i diabetologii.

Lada pielęgniarska dzieli go na część męską i żeńską. Vis-a-vis za szklanymi drzwiami jest pokój socjalny, gdzie pacjenci przychodzą oglądać telewizję. O godzinie 7 rano odbiornik jest wyłączony. Przy stole dziewięć pielęgniarek rozmawia o pacjentach. Trzy, które zejdą z dyżuru, relacjonują, kto w nocy spał, kto miał problemy z oddychaniem, kto dostał jakie leki i o czym trzeba pamiętać rano.

Słuchają:

Wiola (drobna blondynka o skupionej twarzy, bardzo sumienna; najbardziej boi się, że nie zdąży ze wszystkim),

Maria (najstarsza, łagodna twarz, dziś zastępuje pielęgniarkę oddziałową),

Gosia (ciemnoczerwone włosy, zdecydowany krok, lubi pożartować),

Magda (najmłodsza, nieśmiała, o nic nie pyta, ale wie, co ma robić),

Ola (od lat w zawodzie, ale na oddziale nowa),

Renata (wesołe oczy, postrach pacjentów, o pielęgniarstwie wie wszystko, o czym opowiada z pasją).

Wszystkie prócz Magdy są koło pięćdziesiątki. Pracują w zawodzie średnio 25 lat. Zarabiają mniej więcej dwa i pół tysiąca złotych na rękę.

Ich koleżanki po fachu za tę samą robotę dostają na Zachodzie dwa i pół tysiąca euro.

Na korytarzu jest cicho, pacjenci jeszcze śpią. Salowi roznoszą ręczniki papierowe do łazienek, wymieniają worki na śmieci. Myją podłogi. Czuję charakterystyczny szpitalny zapach środków dezynfekujących.

7.30

Wioletta ma dyżur od godziny 7 do 19. Chcę się z nią przywitać i porozmawiać, ale ucina, że musi się zająć toaletą. Ładuje na wózek pampersy, plastikowe miski, butelki dezynfekujących środków do mycia i lateksowe rękawiczki. Idę za nią i za Magdą. Wchodzimy do sali. Siedmiu mężczyzn. Dwóch to tzw. leżący. - Nie mogą wstawać. Ze względu na choroby krążenia mają poważne duszności. Sami nic wokół siebie nie zrobią. Trzeba rozebrać, przewinąć pampersa, umyć, poprawić pościel i poduszkę - wylicza Wioletta.

- Jak ktoś sobie zażyczy, to też wypłukać sztuczną szczękę - dodaje Magda.

Podchodzą do pacjenta z maską tlenową na twarzy. Wioletta: - Pan niech jeszcze odpocznie, bo się dusił całą noc. Jak zbierze siły, to wtedy umyjemy - zapowiada. Spogląda na chorego obok, który próbuje coś powiedzieć, ale nic nie rozumiem z jego mamrotania. Patrzy na mnie z niepokojem.

Wioletta reaguje. - Nie mogę się zgodzić, żebyś na to, co robimy, patrzyła. To nieetyczne - mówi i prosi, bym wyszła.

Czekam pod niedomkniętymi drzwiami. Po chwili czuję, jak zapach środków dezynfekujących miesza się ze smrodem ludzkich odchodów.

7.41

Pielęgniarki wychodzą. Ściągają rękawiczki, czyszczą dłonie płynem antybakteryjnym i zakładają kolejne rękawiczki.

Pacjentów jest 46, no, chyba że przywiozą kogoś niespodziewanie z SOR-u. Zmagają się z chorobami żył, z nadciśnieniem i z cukrzycą. Jeśli są sprawni ruchowo, wystarczy podać im leki i robić badania o wyznaczonych porach. Jeśli są leżący, trzeba im podłożyć basen, by pomóc przy wypróżnieniu się, a jeśli ważą zbyt dużo, to zmienić pampersa.

Pacjentom z cukrzycą trzeba też zmieniać opatrunki na ropiejących stopach. Jeśli o nie nie zadbają, to stopy gniją i śmierdzą.

8.14

W czteroosobowej sali starsza kobieta głośno wyje.

- Ma demencję. Jest u nas kilka dni. Krzyczy, wyzywa nas, czasem bije. Ma tzw. chorobę szpitalną, czyli jest chora, samotna i bardzo tęskni za rodziną - wyjaśnia pielęgniarka. - Podobnie zachowują się dzieci, które leżą w szpitalu bez rodziców. One kiwają się w kątku, starsze osoby stają się często agresywne.

Kobieta przerywa nam krzykiem: "Gdzie jest moja wnuczka?". Wiola odpowiada, że dopiero jest 8 godzina i pewnie niedługo przyjdzie.

Dwie sale dalej pacjentka, która przyjechała do szpitala w nocy. Ma 91 lat i rozsiany proces nowotworowy. Przy jej łóżku od rana czuwa wnuczka (atrakcyjna, około trzydziestki, zatroskany wzrok).

- Współczuję jej, babcia jest w bardzo złym stanie. Nie sądzę, by z tego wyszła - przypuszcza Wioletta.

Zna historię choroby każdego pacjenta. Ten ma raka, ten nie sypia, a tamta ma jesienią napady astmy.

8.34

Poranne mycie skończone. Pytam, czy ta toaleta nie jest trudna do wykonania.

- My jesteśmy obyte. Po tylu latach to żadna różnica, czy patrzę na buzię człowieka, czy na jego pupę. A pacjenci? Ci, którzy są obłożnie chorzy, cieszą się, gdy nas widzą. Wiedzą, że dzięki nam za chwilę poczują się czysto i świeżo.

8.35

Wioletta jest już w gabinecie zabiegowym i przygotowuje pompy insulinowe dla pacjentów z cukrzycą. Dziesiątki strzykawek, kroplówek, fiolek, termometrów i biurko, przy którym Małgorzata nakleja kody kreskowe na fiolki z pobraną krwią, skanuje je i wprowadza dane do komputera. Ola stoi przy metalowej szafie. W środku mnóstwo kartek z przyczepionymi do nich tabletkami w jednakowych plastikowych woreczkach. Każda to zalecenie, jak dawkować lek pacjentowi. Niektórzy przyjmują je kilka razy na dobę, inni do posiłków, inni o ściśle określonych godzinach. Zlecenia na lekarstwa wypisują lekarze, a pielęgniarki wysyłają je do apteki. Codziennie rano z apteki na oddział wraca nowa szafa z dobowym zaopatrzeniem.

- Muszę każdą kartę przeanalizować, rozdzielić według sal, potem według pacjentów, potem podzielić tabletki na godziny podania i poukładać wszystko na tacach. Nie, nie można się pomylić - Ola uprzedza moje pytanie.

Pacjenci potrzebują też leków podawanych dożylnie. Kroplówki przygotowuje Magda.

- Przez zamknięte drzwi nie widać, czym się tu zajmujemy. Chorzy często wchodzą, żeby o coś zapytać, i są zdziwieni, że pracujemy. Żartuję wtedy: "Co, myśleliście, że kawę pijemy?" - opowiada Wioletta i zabiera mnie do lady pielęgniarskiej.

8.50

Lada to centrum dowodzenia. Tu przychodzą lekarze, podchodzą pacjenci, rodziny, salowi. Co chwilę dzwoni telefon, włącza się poczta pneumatyczna (w specjalnych kapsułach można nią wysyłać próbki do laboratorium. Gdy kapsuła wraca, rozlega się głośny sygnał, identyczny jak ten poprzedzający komunikaty na dworcach kolejowych). Małgorzata żartuje: - Pociąg ze stacji laboratorium wjechał do stacji angiologia.

Wioletta już tego sygnału nie słyszy. Dziś jako dyżurna będzie się zajmować głównie przyjęciami i wypisami. Wyciąga z szuflady stertę niebieskich teczek, ale nie zdąży ich rozłożyć, bo ktoś włączył dzwonek, by ją przywołać. Chora kobieta prosi, by poprawić jej poduszkę.

Wracamy od niej i podchodzimy do ekspresu. Kawa, którą mnie poczęstuje, jest najmocniejszą, jaką w życiu piłam. Serce mi przyspiesza, drżą ręce. Za chwilę zacznę się pocić.

9.05

Renata krąży między salami, ladą a zabiegowym. - Bezdomny pacjent zażyczył sobie klapeczków. Jakbym wiedziała, tobym przyniosła jakieś z domu. Panie Mirku, niech pan skoczy do pań socjalnych, może one mają? Tylko duży rozmiar na spuchnięte stopy.

Pan Mirek to noszowy. Wozi pacjentów na badania. Jest jeden na dwa oddziały. Kobiety mówią, że niezastąpiony.

Wraca z damskimi skórzanymi papciami. Za małe, nie wejdą na stopę.

Mirek: - To ja oddam swoje.

9.20

Na oddział wchodzą dwaj nowi pacjenci. Wioletta przyjmuje od nich jakieś kartki (sterta dokumentów do wypełnienia i przepisania do komputera rośnie i sięga już do połowy monitora) i zaprasza do socjalnego, żeby poczekali, aż zwolni się łóżko.

Włączyli telewizor. Rotacja na oddziale jest duża. Pacjenci przebywają na nim średnio pięć dni. Codziennie jest od kilku do kilkunastu przyjęć i wypisów.

9.44

W zabiegowym wrzask. To wnuczka chorej na raka 91-latki. - Czym wy się, kurwa, zajmujecie, zaraz zacznę was nagrywać! Już trzeci raz mówię, że pościel brudna, że trzeba zmienić!

Magda biegnie zmienić pościel, a Wiola podnosi głowę znad papierów: - Kobieta jest sfrustrowana. Nie może nic zrobić, by pomóc babci. Wyżywa się na nas, jesteśmy na linii frontu. Obrywamy za wszystko: że pościel brudna, że obiad niedobry, że na śniadanie wciąż ser i szynka, że mięso bez soli, że za długo się czeka na łóżko. Ale mam zasadę, która sprawdza się od lat: spokojna pielęgniarka - spokojny pacjent. Jeśli nie damy się wyprowadzić z równowagi, awanturującemu się w końcu przejdzie. Trzeba poczekać i porozmawiać później na spokojnie. Pyskówka nie ma sensu.

10.00

Wioletta wstaje od biurka, bo w telewizyjnym czekają na przyjęcie kolejni pacjenci. Pyta ich o ciśnienie, o wcześniejsze choroby, o protezy zębowe, o uczulenia. Notuje i dokłada kolejne teczki do góry papierów, które musi przepisać do komputera.

10.15

Lekarz prosi o rękawiczki. Przychodzi nowa pacjentka. Sterta rośnie.

10.20

- Proszę, by ktoś pomógł mamie do toalety pójść - to ktoś z rodziny jednej z pacjentek. Wioletta zagaduje do koleżanek. - Ta pacjentka waży 120 kg. Sama nie dam rady, która pomoże?

10.50

Po powrocie dwa kolejne przyjęcia. W socjalnym już tłoczno, bo łóżka nadal nie są zwolnione (zwykle zwalniają się około 14). Pacjentowi trzeba zrobić gazometrię. - Muszę pobrać krew i biegiem zanieść ją do laboratorium. W tym badaniu jest ważne, żeby krew nie zakrzepła - wyjaśnia Wioletta w drodze na wyższe piętro. Gdy wracamy, pani Janina prosi, żeby jej podać nocnik.

10.54

Wiola wraca do komputera. System się zawiesił. Część dokumentów musi wypełniać od nowa.

- Oszalałabym - zauważam.

- Papierologia to najważniejszy obowiązek pielęgniarki i pacjent to przy tym zło konieczne, bo przeszkadza w ich wypełnianiu. A ja chciałabym z nim pogadać. Kiedyś wiedziałam, że córka jednej pacjentki idzie do szkoły, a z drugą wymieniałam się przepisem na ciasto. Teraz pacjent jest obcy. Przydałaby się sekretarka medyczna do wypełniania tych wszystkich dokumentów. Zawsze chciałam być pielęgniarką, jak byłam mała, robiłam lalkom zastrzyki, a teraz w papierach siedzę.

Godzinę później w pokoju socjalnym czeka na przyjęcie już siedmiu pacjentów. Zaglądam do zabiegowego, ale tam bez zmian. Ola przy zaleceniach, a Małgorzata wciąż koduje fiolki. - System się zacina, próbek jest dużo, co chwilę ktoś przeszkadza. Będę to robić cały dzień.

11.50

Dzwonią z SOR-u. Trzeba przygotować łóżko dla nadprogramowej pacjentki. Do lady pielęgniarskiej podchodzą lekarze. Skończył się obchód, zostawiają kolejne zlecenia na leki. Wioletta znów biegnie do sali zmienić nocnik. Po drodze mija pacjentkę i słyszy: "Znów ta szynka była na śniadanie". Wraca do dokumentów.

12.15

Pan Mirek przywiózł pacjentkę z SOR-u. Zasłabła, ma wysypkę, musi zostać na obserwacji. Wioletta decyduje, by położyć ją na korytarzu. - Jedyne wolne łóżko jest w sali z agresywną pacjentką. Tam nie zazna pani spokoju, a nocą nie zmruży oka - wyjaśnia. Nowo przybyła się zgadza.

12.25

Wraca wnuczka 91-latki. Pyta, kiedy będzie lekarz. Jest już spokojna, używa słów "proszę" i "dziękuję".

Do lady pielęgniarskiej podchodzi lekarz z innego oddziału. Tłumaczy Wioli, jak ma podawać leki jednemu z pacjentów.

13.09

Pacjentka z SOR-u informuje, że dostała kolejnej wysypki. Pielęgniarki obiecują przekazać lekarzowi.

13.10

Wraca wnuczka: - Gdzie ten lekarz?!

- Na innym oddziale. Jak tylko wróci, powiem, żeby przyszedł - zapewnia Wioletta.

Salowe przywożą pościel dla nowych pacjentów, a chwilę później przez korytarz toczy się wózek z obiadem. Będzie kasza z mięsem, buraczki, biała kapusta.

13.17

Dzwonek. Wioletta idzie wymienić basen. "Szmato pierdolona, kurwo" - słyszy. Podchodzi pacjent, który został wypisany: "Dziękuję za wszystko, do widzenia".

14.45

Renata wyjmuje spod lady mikrofon i nagle w radiowęźle rozlega się komunikat: pacjentów z cukrzycą zapraszam do sali telewizyjnej. Przeprowadza takie szkolenia codziennie. Dziś będzie o jedzeniu. Przyszło pięć osób.

- Nie powiem wam, że marchewkę można jeść bez ograniczeń. Raz powiedziałam, że można jeść bez ograniczeń paprykę, to jedna pani kupiła kilogram i zjadła na raz. Była zdziwiona, że jej cukier skoczył - opowieść Renaty wzbudza wesołość. Zostałabym dłużej, ale przez szybę widzę, że przy ladzie pielęgniarskiej znów zamieszanie.

To wnuczka 91-latki, znów grzecznie, że babci trzeba podać ten zastrzyk co wczoraj. Prosi, żeby "ktoś" to zrobił.

Wioletta znów tłumaczy, że bez zlecenia lekarza nie może podawać leków. - Jak wróci, przekażę. Na razie wciąż jest na neurologii.

Dwie minuty później wnuczka wraca i prosi o przywołanie lekarza przez telefon komórkowy. Wiola dzwoni.

15.16

Trzy pielęgniarki oficjalnie kończą zmianę, ale Maria jeszcze zostanie półtorej godziny, bo nie zdążyła ze wszystkim.

Na oddziale zostają Wiola, Gosia (wciąż przy kodach i fiolkach) i Magda (już dziewiątą godzinę podaje leki, przygotowuje i podłącza kroplówki, wypełnia papiery).

15.45

Po wyjściu od chorych Wiola znów dezynfekuje ręce. - Jak skóra dłoni znosi tę ciągłą chemię? - pytam, bo myje je od rana co kilka minut.

- Strasznie się niszczy, dłonie wyglądają staro. Zresztą my się w ogóle szybko starzejemy. Od stresu, od chemii, z niewyspania. Pracujemy raz 12 godzin w dzień, raz 12 w nocy. Organizm tego nie lubi.

16.01

Z Krakowa przyjechała siostra pacjentki przyjętej z SOR-u. Ma zastrzeżenia, że kobieta leży na korytarzu, nie na sali.

16.40

Na oddział przyjeżdża pielęgniarka Ewa. Ma zmianę dopiero od 19, ale z jej miejscowości nie ma późniejszego połączenia. Siada do papierów.

17.10

Wioletta zamyka gruby zeszyt podpisany: księga ruchu chorych.

- Kończy się moja rola sekretarki, znów mogę być pielęgniarką! Idę do zabiegowego na insulinę i cukierki! Oznacza to, że będzie szykować zastrzyki z insuliny dla pacjentów i urządzenia do badania cukru. Ma czerwone ze zmęczenia oczy, ale nie jest ospała. Mocna kawa z rana nadal działa.

Małgorzata wciąż walczy z kodami i fiolkami. - Wolałabym pójść do pacjentów, pogadać. A tak siedzę przed komputerem cały dzień i stresuję się, że coś pomylę. Jak się pomylę, muszę zacząć od nowa.

17.25

Nadchodzi salowa z kolacją. Próbuję poczuć zapach jedzenia albo herbaty, ale głowa mi pęka od środków dezynfekujących. Chodzę po korytarzu. Pacjentka z chorobą szpitalną wciąż jęczy i przeklina. W sali obok wnuczka przy łóżku chorej na raka 91-latki siedzi nieruchomo z wzrokiem utkwionym w ścianę.

17.36

Wnuczka 91-latki chce, by babci zmienić pampersa.

- Musi pani zaczekać, aż koleżanki wrócą. Sama nie dam rady, babcia ciężka. Chyba że pani mi pomoże - mówi Małgorzata. Wnuczka: - Chyba pani żartuje. I znika z powrotem w sali.

Wioletta wciąż podaje insulinę i bada cukier. Zagaduje do pacjentów: czy nie głodni, co słychać, jak minął dzień. Magda krok w krok za salową z kolacją. Rozdaje tabletki.

17.42

Wnuczka wraca. Domaga się zmiany pampersa. Słyszy to samo co sześć minut wcześniej. Małgorzata podkreśla: - Widzi pani, nas jest trzy, pacjentów 50. Trzeba zaczekać. Wnuczka odwraca się i mruczy pod nosem: "Dobrze, jeszcze zobaczymy, idę do dyrektora". Wychodzi z oddziału.

17.45

Wraca z dyżurną lekarką. - Niech pani patrzy, ona nic nie robi! - krzyczy, wskazując na Gosię.

- Prosiłam, żeby mi pomogła przewinąć babcię trzy godziny temu, ale jej się nie chce.

Małgorzata podnosi głos. Wnuczka krzyczy, lekarka próbuje się wtrącić i staje po stronie pacjentki. Przybiega Wiola. - Proszę nam nie mówić, jak mamy pielęgnować pacjentów - mówi stanowczo.

Wnuczka jest wściekła: - Wszystko, co mówicie, jest nagrywane! Ja dłużej tego nie wytrzymam, to jest skandal. Pójdę z tym do telewizji! Jak można tak traktować pacjentów!?

Pielęgniarki idą zmienić pampersa i wymienić pościel. Wnuczka czeka pod salą. Lekarka wychodzi.

18.10

Wioletta wyciąga papiery, bo musi dokończyć trzy wypisy. Małgorzata wstaje od komputera. Jest poruszona: - Nikt nie lubi leżeć z pełnym pampersem, ale przecież pytałam, czy mi pomoże. Nie chciała.

Wioletta: - I to mnie najbardziej wkurza. Jeszcze żebym faktycznie siedziała przy kawie i nic nie robiła, ale przecież widziała, że pracujemy...

Dzwoni dzwonek z jednej z sal. Małgorzata wraca po kilku minutach. - Kaczka była! Ale nie dziennikarska, tylko medyczna - patrzy na mnie i puszcza oko. Wraca do fiolek i kodowania.

18.36

Zbliża się koniec dyżuru. Został jeden obowiązek: zaczekać na nocną zmianę i przekazać, co się działo za dnia.

Wiola żali się na seriale o lekarzach i pielęgniarkach. Bo przychodzi pacjent, co się naoglądał "Daleko od noszy" i myśli, że jej praca polega na piciu kawy i jedzeniu ciasta.

- I zwraca się do mnie per "ktoś". Czy "ktoś" mógłby tu przyjść, czy "ktoś" mógłby mi podać. A to przecież jestem ja - człowiek! Ludzie nie mają do nas szacunku - zauważa.

Chwilę później kobiety przewidują swoją przyszłość za 10 lat.

Wiola: - Same będziemy wtedy nosić pampersy. I przewijać najpierw siebie nawzajem, potem pacjentów.

Małgorzata: - Ja będę wychodzić z pracy z tabliczką na szyi, a na niej będę miała zapisany adres, żeby nie zapomnieć, gdzie mieszkam.

Wiola: - Za 10 lat będę Gosię na wózku wozić po oddziale.

Ewa: - Ja to już na pewno będę na emeryturze.

Gosia patrzy na mnie: - A pani niech się nie śmieje. Bo za 10 lat będzie pani naszą pacjentką.

***

Według statystyk za 10 lat ubędzie do 40 tys. pielęgniarek. Na tysiąc mieszkańców Polski będzie przypadało o jedną mniej

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.