Był piątek, 14 czerwca, godz. 22. Tadeusz Świrski jechał samochodem ul. Sienkiewicza we Wrocławiu. Nagle jedno z aut potrąciło przebiegającego przez ulicę psa. Kierowca uciekł i nie udzielił zwierzęciu pomocy.

– Pies leżał na torach, w oddali jechał tramwaj, więc zawróciłem. Ludzie podbiegli do zwierzęcia, ktoś go zabrał – relacjonuje Świrski.

Razem z przechodniem Wiesławem Sotkowskim wniósł zakrwawionego psa do samochodu. Panowie pojechali do kliniki weterynaryjnej na Uniwersytecie Przyrodniczym, ale była zamknięta. Dyżurów nocnych tam nie ma, a w tygodniu chore zwierzęta przyjmowane są do godz. 20.

Dlatego pojechali do innej kliniki przy ul. Ślężnej, ale została zamknięta o godz. 22.

Świrski: – Zadzwoniliśmy pod 112, ale usłyszeliśmy, że musimy kontaktować się ze strażą miejską. Tam dowiedzieliśmy się, że zwierzętami się nie zajmują i podali telefon do kierowcy ze schroniska, który mógłby zabrać rannego psa. Skontaktowaliśmy się z nim, ale nie mógł od razu przyjechać, a nam zależało na czasie. Do tego usłyszeliśmy, że lekarz będzie rano.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej