W środę już mogło nie być koalicji PiS i Bezpartyjnych Samorządowców, którzy Dolnym Śląskiem rządzą od listopada ubiegłego roku. Ten układ polityczny przetrwał. Koło ratunkowe rzucił mu były senator SLD, który do sejmiku dostał się z list PSL-u.

Gdyby nie on, opozycja mogłaby składać wniosek o odwołanie zarządu. Ale to też nie byłoby takie proste.

Bezpartyjny idzie na urlop

Ostatnia sesja sejmiku była najważniejszą w roku dla władz województwa. Radni po raz pierwszy, co narzuciła na nich nowelizacja ustawy o samorządzie, głosowali nad wotum zaufania dla marszałka i jego zastępców. Traktowane jest ono jako nowa forma potwierdzania mandatu do sprawowania władzy, która niesie za sobą polityczne konsekwencje. Nieudzielenie wotum równoznaczne jest ze złożeniem wniosku o odwołanie zarządu.

PiS i BS musiały mieć w środę 19 głosów „za”. Jednego im brakowało, bo na sesji nie zjawił się przebywający na urlopie członek zarządu i radny BS Tymoteusz Myrda. Dalsze trwanie koalicji zapewnił jej jednak Mirosław Lubiński, obecnie radny niezrzeszony.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej