Rozmowa z dr. inż. Andrzejem Strupczewskim*

Dorota Oczak-Stach: Czy spodobał się panu serial HBO „Czarnobyl”?

Andrzej Strupczewski*: Obejrzałem go z zainteresowaniem. Spodobał mi się, ale chcę podkreślić, że twórcy sięgnęli do elementów, które miały pogłębić grozę i napięcie, ale były niezgodne z rzeczywistością. Mieli prawo udramatyzować historię awarii, by uczynić ją ciekawszą dla widza. W szczególności, że w ostatnim odcinku filmu powiedzieli ustami głównego bohatera, prof. Legasowa, na czym polegała sprawa.

Czyli film jest zgodny z faktycznymi zdarzeniami i wiedzą naukową?

– Są w nim elementy przesadzone, dodane, żeby było bardziej dramatycznie. Jednakże są one niezgodne z rzeczywistością. Przede wszystkim gigantyczne rozmiary pożaru. W sumie 30 ognisk pożaru zostało ugaszonych do godziny 6-6.30, przed rozpoczęciem pierwszej zmiany. Szczyt pożaru był o godz. 4 nad ranem. Potwierdza to wywiad z operatorem reaktora nr 4, który przyjechał do pracy na pierwszą zmianę.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej