Jak wieszczą klimatolodzy, wszyscy się wkrótce ugotujemy, jako że letnie upały stają się coraz bardziej zabójcze. Chyba że wcześniej wykończą nas huragany i tornada, bo pogodowe ekstrema zaczynają być normą. A choć ich uciążliwość znamy od lat, wcale lepiej sobie z nimi nie radzimy.

Wysychająca Odra

2 lipca 1946 r. termometry we Wrocławiu pokazały 36 st. C. Brzegi Odry błyskawicznie zapełniły się plażowiczami. Rok później wrocławianie mogli się cieszyć równie gorącym początkiem lipca. Upały przekroczyły 30 st. C. Skończyło się takim oberwaniem chmury, że z domów spadały kawałki murów, a ulice zamieniły się w rwące rzeki. Grad tłukł bez litości, po uderzeniu pioruna w „dziewiątkę” wstrzymano ruch tramwajowy, wyłączono telefony i prąd.

Z kolei pod koniec czerwca 1950 r. termometry w mieście pokazały 34 st. C. W Odrze było tak mało wody, że – jak pisała prasa – koło mostu Grunwaldzkiego dzieci brodziły na środku koryta. W lipcu i sierpniu było jeszcze goręcej, więc w sklepach sprzedawano wyłącznie skwaśniałe mleko.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej