- Pojechałem na tego sylwestra, bo pokłóciłem się z żoną. W sklepie monopolowym spotkałem kolegę i to on mnie namówił, żebym poszedł z nim na dyskotekę do Miłoszyc. Na imprezie piłem z kolegami, tańczyłem, z różnymi dziewczynami, może też z Małgosią, ale nie wiem, bo jej nie znałem. Wyszedłem ok. godz. 4 i wróciłem do domu i położyłem się spać - mówił Ireneusz M., oskarżony o gwałt ze szczególnym okrucieństwem i zabójstwo Małgosi w Miłoszycach w nocy z 31 grudnia 1996 na 1 stycznia 1997 r. We wtorek w sądzie odtworzono jego zeznania, które złożył w czasie śledztwa.

Przekonywał, że z klubu wychodził dwa, może trzy razy. Tylko raz miał wejść na podwórko, gdzie znaleziono zwłoki Małgosi, po wódkę, którą tam schował. Gdy przesłuchiwano go kilka dni po morderstwie, 4 stycznia 1997 r. twierdził, że był tam trzy razy, po trzy kolejne butelki wódki.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej