– Powiedzieć, że miałem trudne dzieciństwo, to jakby nic nie powiedzieć – mówi Karol Chum*, a właściwie Przemysław Kowalczyk, bo tak naprawdę się nazywa. Od kilkunastu lat używa jednak autorskiego pseudonimu. Urodził się w 1974 r. we Wrocławiu. Był pierwszym dzieckiem. – Ojciec był wykształcony, pracował w kuratorium, mama skończyła gastronomik, zajmowała się domem. Pamiętam chwile, gdy byli normalnym, zgodnym małżeństwem, ale to nie trwało długo. Ojciec ją zdradzał, kochanki przyprowadzał do domu. Nie pił alkoholu. Ale bił. Ją i nas. Kiedy próbowała nas bronić, dostawała jeszcze mocniej.

Gdy Przemek miał sześć lat, matka uciekła od ojca, a dzieci zostawiła u swoich rodziców. Z dziadkami alkoholikami nie było wiele lepiej niż w domu. – Nie przejmowali się nami, ważna była tylko wódka.

Po kilku latach ojciec zaczął odwiedzać dzieci. Przekonywał, że się zmienił, i namawiał, by znów z nim zamieszkali. Kusił: dostaniecie swój pokój. Dzieci miały być jego przepustką do większego mieszkania z przydziału, ale o tym Przemek dowiedział się dopiero po latach. Ojciec złożył w sądzie wniosek o ograniczenie praw rodzicielskich matce. – Zeznawałem to, co tata kazał. Chciałem się uwolnić od dziadków – mówi Przemysław-Karol.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej