Wszystko zaczęło się od anginki-geranium, odmiany pelargonii o charakterystycznym cytrynowym zapachu. Kiedyś gościła niemal w każdym polskim domu, ale – jak wiele rzeczy, w tym roślin kojarzonych z epoką peerelowską – trafiła na śmietnik. Wraz z monsterami i paprociami, a także modą i nostalgią za projektami powojennego modernizmu.

Kasia Roj, kuratorka BWA Dizajn, bardzo lubi zaparzyć sobie herbatę z anginki, która ma właściwości lecznicze; działa przeciwzapalnie, łagodzi obrzęki, pozytywnie wpływa na układ nerwowy. Takim naparem częstowała Dominikę i Pawła Bucków, projektantów i właścicieli słynnego Buck.Studio. W takiej relaksującej atmosferze, na fali sentymentu za dawnymi uzdrowiskami i przy aromacie anginki, rodził się pomysł na Żyjnię.

– Słowo „żyjnia”, jednocześnie retro i futurystyczne, ma ciekawą etymologię. Pojawiło się w latach 60. jako tłumaczenie angielskiego „living room”, można je znaleźć także w tekstach Stanisława Lema – opowiada Katarzyna Roj. – Żyjnia to miejsce w domu, gdzie nie przyjmujemy gości, ale po prostu żyjemy. Jemy, rozmawiamy, odpoczywamy, spędzamy czas.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej