- Mężczyzna wszedł na słup, ale zatrzymał się mniej więcej w połowie jego wysokości. Podobno sam miał wezwać policję przez telefon, a gdy usłyszał sygnały policyjne, wspiął się wyżej. Nie wiadomo, co nim mogło kierować - mówiła „Wyborczej” Anna, jedna z osób, które obserwowały sytuację z bliska.

Do akcji wkroczyli negocjatorzy, którzy znajdując się na wysięgniku próbowali namówić desperata do zejścia ziemię. Strażacy rozłożyli też pomarańczowo-biały skokochron, który w przypadku skoku powinien uratować życie mężczyźnie. 32-latek stał jednak bez ruchu z rękami w kieszeniach i kapturem na głowie.

Około godziny 10.30 przechylił się i spadł 30 m niżej w zarośla. 32-latek nawet nie próbował skoczyć na poduszkę ratującą życie, która znajdowała się po drugiej stronie słupa. Ze względu na skarpę pod wiaduktem strażacy nie mogli rozłożyć skokochronu w innym miejscu. Ratownicy od razu podbiegli z noszami i przetransportowali mężczyznę na wiadukt, gdzie na płaskim terenie trwała kilkudziesięciominutowa reanimacja. Niestety nieudana. Nie wiadomo dlaczego 32-latek postanowił wejść na słup i targnąć się na swoje życie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej