Rozmowa z mec. Michałem Kelmem

Ewa Wilczyńska: Po uniewinnieniu Tomasz Komenda przedstawił listę osób, które doprowadziły do jego skazania, mimo że był niewinny. Jest tam też pana nazwisko, jego dawnego obrońcy z urzędu.

Michał Kelm: – Pracowałem dla pana Tomasza Komendy przez osiem lat. Na początku jako jedyny miałem z nim bezpośredni kontakt, bo rodzina nie miała zgody na tzw. widzenia przy stoliku. Ten kontakt był wówczas – w tych najtrudniejszych dla nich latach – wypełniony zaufaniem.

Dowodem na to jest fakt, że mimo zakończenia procesu o zbrodnię miłoszycką wyrokiem skazującym pan Komenda zlecił mi obronę w innej sprawie, w której był oskarżony o gwałt. I doprowadziłem do uchylenia wyroku skazującego i uniewinnienia go z tamtego zarzutu w 2008 r.

Pracowaliśmy więc przez ponad trzy lata po zakończeniu procesu w sprawie zbrodni miłoszyckiej. Uważam, że to najlepsza ocena mojej pracy i zaangażowania w jego obronę. Bo czy to prawdopodobne, by oceniając mnie wówczas, tak jak obecnie czynią to pan Tomasz i jego mama, powierzyliby mi kolejną sprawę?

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej