Przyjeżdżają we wtorek do NFM, bilety są dawno wyprzedane (choć najtańsze kosztowały 170 zł), czemu trudno się dziwić, Wrocław nie mógł się doczekać koncertu Berliner Philharmoniker, choć ten w Breslau występowali regularnie. Nic w tym zresztą dziwnego, wracali do domu, ich historia zaczęła się bowiem na Śląsku, od Johanna Ernsta Benjamina Bilsego z Liegnitz (Legnicy).

Zanim został pierwszym skrzypkiem w orkiestrze Johanna Straussa ojca, a potem stworzył własną Musikkapelle, uwodzącą paryską, zepsutą publiczność, klepał biedę w prowincjonalnym miasteczku. Legnica w początkach XIX w. liczyła zaledwie 7 tys. mieszkańców, a choć podróżni opiewali jej urodę – Jan Ossoliński twierdził nawet, że jest znacznie piękniejsza i przyjemniejsza od Wrocławia – nie była najlepszym miejscem do rozpoczęcia podboju świata. Tym bardziej że Bilse, rocznik 1816, na wsparcie rodziny nie mógł liczyć. Ale Legnica jednak mu pomogła.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej